← Table of contents
Ironia Pozorów

Front matter (continued 4)

Reading edition

Ostrożnie, z wolna, dwaj panowie posuwać się zaczęli. Czynność to zaś niełatwą była. Prócz oba­wy niezręcznego potrącenia kogoś z wytwornego, a ścieśnionego grona - musieli oni pozatem lawirować jeszcze bardzo zręcznie pomiędzy długiemi tre­nami pań... Ładyżyński jednak radził sobie wybor­nie. Co chwila kłaniał się komuś uprzejmie z dale­ka, lub witał z bliska, przystawał, rzucał dowcipnych słów parę - rozstępowano się przed nim. Szedł dalej.

- Uf, nous y voilŕ!..- rzucił po niejakim cza­sie towarzyszowi swemu.

- Widzę Romana, jak peroruje, cŕ va sans di­re, o społecznych sprawach... - Och, i pani Ola jest również niedaleko!.. Quelle chance...

I pan Emil, odwróciwszy się, skorzystał z wol­niejszej nieco około siebie przestrzeni, wziął pod ra­mię młodego człowieka i zbliżać się począł wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiającymi żywo panami, Dzierżymirskiemu. Idąc zaś, podrwiwał z cicha, cytu­jąc dolatujące głośniejsze wyrazy i zdania.

- A co? nie miałem racyi ? słyszy pan ? Cel­ społeczny, - potęga działalności, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieża Babel szumnych frazesów!

Młody człowiek słuchał uważnie, uśmiechając się z lekka, tymczasem zaś jednak znaleźli się obaj tuż koło grupy rozprawiających zapalczywie męż­czyzn.

- Stój, panie hrabio, skromnie, aż ja zatamu­ję, przerwę ten oto rwący potok dyskusyi!.. - odezwał się znów Ładyżyński.

Nie okazało się to jednak potrzebnem. Dzierż­ymirski, bierniej od innych biorący udział w rozmowie, dojrzał już właśnie zbliżającego się pana Emila. Wyciągając przyjaźnie rękę ku niemu, z serdecznością, przemówił:

- Emilu? Jak się masz? cóż tak późno?

Romana z Ładyżyńskim łączyły obecnie stosun­ki przyjaźni szczerej. Dzierżymirski polubił szczerze tego wesołego zawsze, patrzącego na życie trzeźwo bywalca, a przyjaciela rodziny - żony, nie mającego mu przytem za złe - jak wiadomo - postępku ongi z Olą.

- Bynajmniej nie za późno - odrzekł swobodnie zapytany, - od godziny dziś tak rojno, niby u ministra... Dojść do Jego Ekscelencyi nie mogłem... - z ukłonem, dokończył ironicznie.

- A... tak. Rzeczywiście. Żegnają mnie czu­le, - w tym samym tonie odparł z uśmiechem Dzierżymirski.

- Czy widzisz, Romanie, - ciągnął Ładyżyń­ski - tego młodzieńca w monoklu, z takiem znaw­stwem dyskretnem oglądającego w tej chwili tors hrabiny P ?

- Widzę i nie znam!.. - zadziwił się Dzierży­mirski.

- Co? pas possible!., - zadrwił pan Emil. - Nie znasz swoich gości? O, panie prezesie, wstyd i hańba!.. No, ale nic, wybawię cię z kłopotu i przed­stawię ci go. Ja go znam!..

- Jak się nazywa? Il a l'air assez bien!..

- Parbleu, çŕ va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia Topola-Topolski - objaśnił Ładyżyński, z ironią.

- No, już "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zaśmiał się Roman - ale skądże go wyr­wałeś?..

- Przybył z Galicyi, rodem z Księstwa Poznań­skiego - zaprosiła go twoja żona. Strzeż się, prezesie, pani prezesowa ma swoich protegowanych!..

- No, nie gawędź, przedstaw mi go, bo bie­dak się zanudzi, tak czekając - rzekł Roman, i ująw­szy ramię przyjaciela, skierował się ku Topolskiemu, idąc zaś, nachylony dyskretnie, szepnął:

- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topol­ski, bo ja zmuszonym będę wobec drugich uczynić to samo... Przecież to nonsens wierutny tytułować jakiegoś tam Topolskiego hrabią tu u nas, gdzie roi się od autentycznych, historycznych rodów...

- E !.. daj pokój, obrazi się, zresztą bogaty i epuzer... - odrzekł z niechęcią Ładyżyński - in faut lui laisser son illustre illusion.

- Ależ właśnie, przeciwnie! - przerwał Dzierżymirski. - "Bez złudzeń", to najlepsza reguła. Et je t'en prie, zrób, jak cię proszę...

- No, dobrze, dobrze... Uspokój się zresztą... Połknę "comte", ale jeśli mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz być sekundantem! - zawyroko­wał, po swojemu, Ładyżyński.

- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucił po chwili, gdy znaleźli się koło czekającego na nich młodzieńca.

- Dzierżymirski...

Pośpieszył osobiście przedstawić się Roman uprzejmie i natychmiast zagaił rozmowę.

- Bardzo mi miło widzieć u siebie gościa z za Kordonu... Wszak pan przybywa z Galicyi?..

- Tak jest. Wczoraj właśnie miałem zaszczyt przedstawić się... i tam dalej - recytował pośpiesznie Topolski banalną światową odpowiedź, wyjaśniającą jego tutaj obecność i dotychczasową znajomość z go­spodarzem.

- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wy­słuchawszy go cierpliwie do końca, przemówił Dzierżymirski - tymczasem przedstawię pana par ci, par lŕ, zgoda?.. Venons! - dorzucił przyjaźnie.

- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej sa­mej chwili tuż obok nich rozległo się powitanie zwrócone do młodzieńca, i przed trzema panami stanęła Ola, w prześlicznej jasnozielonej sukni balo­wej, mieniącej się, przetykanej srebrem, wdzięcznie ubranej kwieciem wodnych nenufarów.

Topolski skłonił się wytwornie i przywitał z go­spodynią domu, oraz, z wprawą obytego światowca, rozpoczął natychmiast rozmowę.

Po twarzy Dzierżymirskiego tymczasem na sło­wa powitalne żony przemknęło niezadowolenie widoczne i skrzywił się nieznacznie. Postał chwilę w niepewności, poczem, zrezygnowany, rzucił Topolskiemu uprzejmych słów parę i znikł w tłumie gości.

Topolski tymczasem, pomimo powierzchowności, na pierwszy rzut oka aroganckiej nieco, okazał się miłym i wprawnym "causeur em", a idąc wolno obok Oli, z ożywieniem rozmawiać z nią nie przestawał.

- Jak to? - mówiła Dzierżymirska - więc to pan odziedziczył majątek w naszych stronach... Wolno wiedzieć nazwisko dóbr pańskich?..

- Szczęsnaja - odparł Topolski.

- Ależ to zaledwie o pięć mil od Gowartowa, gdzie z mężem mieszkamy - objaśniła towarzysza Ola. - Śliczna rezydencya, znam z widzenia... Nie przypuszczałam zgoła, że będę miała w pana sąsia­da. Bardzo mi miło! - dokończyła uprzejmie. Topolski skłonił się, rzuciwszy jednocześnie zdaw­kowo - banalną grzeczność.

- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Iren­hauzie? wszak prawda? - pytała dalej Ola.

- Tak, pani; to był mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan... Znałam doskonale swe­go czasu dziadka, pańskiego, nous sommes donc en pays de connaissance... Był to bardzo dystyngowa­ny, zacny i miły człowiek...

- Oh, vous ętes bien aimable, madame...- za­czął swą wytworną francuszczyzną młodzieniec, lecz przerwała mu, snać niedosłyszawszy, Ola:

- I objął pan już swe dobra ?..

- Nie, pani, jadę tam dopiero za parę tygodni...

- Pozna pan zatem Ukrainę, - ciągnęła da­lej swobodnie młoda kobieta, - kraj to cudny, śli­czny, zobaczy pan... Ja go tak lubię, tak kocham, z całego serca!.. - kończyła, z ożywieniem.

- Ot bynajmniej nie jest mi obcą Ukraina -­ pośpieszył z odpowiedzią Topolski. - Zaznałem już jej uroku, bywałem bowiem u stryja dawniej, et je suis tout ŕ fait de votre opinion madame, c'est un pays charmant... Tyle wdzięku, cichego czaru, w tych drzemiących stepach i polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tęsknoty we wszystkiem!.. - z zapałem, wygłosił ostatnie słowa Topolski.

Ola, po raz pierwszy, spojrzała nań uważniej. Twarz młodzieńca w tej chwili pozbyła się całkiem nałożonej konwenansowej maski światowca, złago­dniała jakby i wypiękniała.

Przesunąwszy uważnie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego nowopoznanego sąsiada wiejskiego w przyszłości, Ola zdziwiła się w duszy niepomier­nie, tymbardziej, że nie poza bynajmniej, ale przeci­wnie, szczerość w ostatnich słowach jego dźwięczała. Nie spodziewała się podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeciętnego salonowca, za jakiego wzięła nowego gościa, zamyśliła się zatem chwilę, umilkła, i dopiero, w parę minut później, przypomniawszy snać sobie obowiązki gospodyni, uprzejmie bardzo zwró­ciła się do Topolskiego.

- Gawędzę z panem, et j'oublie tout ŕ fait, comte, que vous connaissez ici trčs peu de monde... Wszak prawda? Przyjechał pan dni temu parę zaledwie... Przedstawię pana... donnez moi votre bras, s'il vous plait.

Z wdziękiem, Topolski podał natychmiast Oli swe ramię, rozpływając się jednocześnie w podziękowaniach, grzecznościach i zasypując zręcznymi kom­plementami młodą kobietę... Uprzejma gospodyni tymczasem prowadziła go ku grupie siedzących star­szych dam. Im naprzód przedstawiwszy gościa, ski­nęła następnie na jednego z kręcących się bezczyn­nie młodych ludzi, a zapoznawszy z nim swego pro­tegowanego, poleciła zaprezentować go młodszym pa­niom i pannom.

- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...- rozległo się po chwili tu i tam po salonach, w milknącym właśnie rozmów gwarze, tło fortepianu bowiem, stojącego na zaimprowizowa­nej estradzie, zbliżała się w tej samej właśnie chwili sławna artystka, śpiewaczka włoska...

Akompaniować jej zamierzał znany profesor i muzyk.

Topolski zaczął przyciszonym głosem zabawiać grupę pań i panien, wespół z wyfraczoną i wymuskaną młodzieżą, uwaga zaś powszechna zwróciła się jednocześnie na młodą i piękną Włoszkę.

Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w koń­cu, niby morze, tłum wytworny i słuchać poczęto, z pozornem zajęciem...

Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały się pierwsze akordy, a w ślad zatem obił się o ściany salonów i uszy słuchaczy melodyjny, o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Złączona w harmonijną całość z muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała uczuciem włoska pieśń namiętna i jak świeże tchnienie z pod nieba Italii, spłynęła urocza, na rojną masę gości...

Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów przepełnione salony, poleciała pieśń czysta, skrzydlata, daleko - wyrwała się przez okna na ulice miasta potężna, silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania Dzier­żymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzą­cego w zadumie w jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.

Podniósł głowę instynktownie, wsłuchał się w modulowaną artystycznie pieśń i westchnął po kilkakrotnie...

Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na ma­jący się rozpocząć wkrótce popis koncertowy, Dzierżymirski znużony schronił się był tutaj.

Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz zaś, sły­sząc daleki, cichnący stopniowo szmer tłumnego zebrania, a później wyraźne tony pieśni znakomitej śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne, marzące, drgające uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał nieporuszony - jakby zaklęty... I odejść stąd nie chciało mu się wcale...

Poddając się bowiem urokowi słuchanej pieśni, poruszały się, trącone jakby czyjąś dłonią z lekka, ja­kieś struny w jego duszy, kwiliły cicho, grały...

Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, potęż­niał...

Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, do­nośne, słowa pieśni zabrzmiały - polały się lawą jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrząsnęły ścianami cichej komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy Dzierżymirskiego, i zgasły...

Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, poczem, zgłuszony nieco oddaleniem, zabrzmiał oklask przeciągły, długi, szczery...

Roman przetarł dłonią czoło i powstał... Trze­ba było powracać do obowiązków niestrudzonego gospodarza domu.

A tak dobrze było mu tutaj! Dawno nie pa­mięta tak cichej, niczem nie zamąconej chwili, bez zgrzytu żadnego, bez rozterki...

Rozterka!.. Była przecież ona jego życiem. Tak. Nie tem zewnętrznem, dla ludzi, dla świata, ale tem prawdziwem, wewnętrznem - dla siebie.

Cień smutku powlekł piękne rysy Dzierżymirskiego; rozpamiętując coś, zadumał się on znowu.

Nagle brwi zmarszczył, i jakby przypomniaw­szy coś sobie, sięgnął szybko do kieszeni fraka, skąd wyjął welinową podłużną kopertę. Rzuciwszy uważnem okiem na wypisany, drżącą ręką, dokładny adres, odczytywać go począł. Był to zaś list do niejakie­go pana Wiktora Orlęckiego w Paryżu. O pismo to chodziło Romanowi bardzo od kilku już tygodni, to jest od czasu, gdy się dowiedział, że wzmiankowany powyżej, Wiktor Orlęcki, zamieszkał w stolicy świata z oszczędności i musu po stracie -majątkowej, wyni­kłej, jak mówiono, ze zguby, przed samym terminem licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej.

Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, ude­rzyło Romana Dzierżymirskiego. Rodziny Orlęckich nie znał, szczegółów dowiedzieć się nie mógł... Wiadomość ta jednak niepokoiła go; ogarniać go po­częła chęć niezbadana stanowczego zobaczenia się, z owym Wiktorem Orlęckim, oraz wybadania go zręcznego.

I od chwili tej nie znał już pragnień innych...

Wreszcie poznał się umyślnie pewnego dnia z bogaczem, sławnym odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orlęckim, jedynym krewnym zamieszkałego, w Paryżu Wiktora, by w jakikolwiek bądź spo­sób móc dotrzeć przez niego do nieznanego mu zgoła człowieka, a trzymającego, może, kto wie, nić jego własnej zagadki! Dziś dopiero, na kilka godzin przed rautem, udało się zdobyć list od starego samo­luba, dla którego napisanie go nawet było ofiarą niewątpliwie wielką, zerwał bowiem zupełnie stosunki ze swym krewnym.

Pismo to było w kwestyi oderwanej całkiem; treść, poddana przez samego Romana, polecała tylko oddawcę w pewnej sprawie względem synowca starego bogacza, posiadając jednak list ów w kieszeni, Dzierżymirski odetchnął. Łatwiej mu już bowiem było, mając sposobność poznania owego Orlęckiego, potrącić w rozmowie z nim o temat pieniężnej zgu­by, którego, jako obcy zupełnie, prawdopodobnie tknąć by nawet z nim nie mógł.

- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnął Dzierży­mirski i skierował się śpiesznym krokiem ku rozbrzmiewającym już wrzawą salonom.

Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzo­no właśnie do dużej pustej jadalnej sali, by z kolei przystąpić do uczty ciała i pokrzepić się jadłem, za stawionem pokaźnie i suto, na olbrzymim podłużnym, przybranym kwiatami, stole.

Roman stanął w cieniu portyery, u wejścia je­dnego z ustronnych buduarów, gdzie w tej chwili nie było nikogo, i objął spojrzeniem swych gości.

W jego ogromnych salonach było już nieco prze­stronniej; tu i tam siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano się swobodniej... Wypuklej występowały teraz wspaniałe toalety kobiet, mieniły się tęczowy­mi kolory.

Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujących się zalotnie dam, łatwiej można było dojrzeć obecnie wspaniałe klejnoty, połyskujące, na równi ze spojrzeniami ich oczu...

Na lewo zaś, ku sali jadalnej, ścisk natomiast panował. Wiele osób dyskretnie w ostatnim, trze­cim z rzędu, salonie, oczekiwało, rautując tymczasowo, kolei swej, bo przy stołach biesiadnych pełno już było gości, posilających się, przeważnie stojąc, wystawną, urządzoną na zimno kolacyą. Paniom i pan­nom usługiwali panowie, jedząc, flirtując, śmiejąc się i bawiąc wesoło.

Obejmując sale wzrokiem, dłuższą już chwilę stał tak Dzierżymirski, a na twarzy jego, w ślad za

pewnym jakby odblaskiem wewnętrznej próżności, zawitał teraz melancholijny cień...

- Przyszli tutaj - myślał - tak, stawili się z różnych obozów, sfer, przybyli i wielcy, i mali, ba­wią się obecnie swobodnie, weseli, splatając zarazem swą obecnością dług grzeczności światowej, zaciągnięty u niego - pożyczkę moralnych usług, czynności, zabiegów...

Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzia­nie, nagle, dowiedzieli się tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierżymirskiego, powłoką się kryje, gdyby w zawrotną głąb duszy jego zajrzeli!..

O, niewątpliwie! Przeczytawszy ukrytą tam ta­jemnicę, odwróciliby się ze wzgardą...

Dzierżymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wi­ceprezes, człowiek czynu, energii, żelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i poważany w szerokich kołach miasta?..

Jakaś pełna zgrzytów, piekąca ironia roześmia­ła się na glos w duszy Romana.

- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki! Zasypujesz im oczy błyszczą­cym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich wszyst­kich!..

Roman wstrząsnął się... W przywidzeniu na­głem ujrzał on te klasy, sfery - tych wszystkich, przechadzających się przed nim, strojnych ludzi, unikających jego wzroku, ukłonu, uchylających się od podania mu ręki, ze wzgardą zimną, suchą na obli­czu...

I Dzierżymirski, wzburzony nagle, podniósł gło­wę hardo, wstrząsnął bujną czupryną, śniada twarz jego przybrała wyraz energii, oraz niezłomnej woli, i wyszeptał:

- Nie dam się, nie dam!.. - zacisnął instyn­ktownie pięści i dokończył ciszej jeszcze: - Korzą się oni przede mną, kornymi zostaną; bo ja tak chcę i tak być musi!..

Dzierżymirski bowiem w tej chwili nie bał się rzeczywiście ciemnej, nierozwiązanej jeszcze życia zagadki - ufał w siebie!..

W ukryciu swem, niedostrzeżony przez nikogo, stał długo jeszcze... Uspakajał się stopniowo, a z ró­wnowagą umysłową, wywalczaną zwykle wolą żelazną - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pełny samowiedzy, po raz setny znowu wstępował do du­szy jego.

- Galernikiem jestem!... - szepnął Roman z goryczą. - Nie tym, z piętnem ludzkiej sprawiedliwości na czole, potępianym, ale może gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucają hojnie, a on je z rumieńcem wsty­du ukryć by rad przed sumieniem, lecz nie może!. W ciemnię zagadki wpatrzony błędnie, wijący się bezustannie w ducha rozterce, niewolnikiem błędnego koła przeznaczenia własnego jestem, bryzgają­cym światu fałszem mego "ja", potrafiącym go odu­rzyć komedyą, graną znakomicie, nie mogącym zaś, niestety, zagłuszyli tylko - siebie!..

(przypis - tu książką jest spalona, elementy wzięte w nawias kwadratowy są dokończeniem wyrazu, bądź oznaczeniem przerwy w tekście)

I Dzierżymirski przesunął dłoń po czole, jakby pragnąc zetrzeć z niego ostatecznie myśli nieposłuszne. Stanął po chwili przed lustrem, rozczesał starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły swej] toalety, a przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza - przestąpił sprężyście próg z[ bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po salac[h ].

Druga, czy trzecia partya gości [ ]raz wieczerzę, a tamci, syci, przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ] szukającej uparcie wzrokiem kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały się, Ola uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła skinieniem głowy. [Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za rękę Romana.

- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos Ładyżyńskiego. - Co z tobą się dzieje? Kolacya rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście dopytują się o ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój się Boga, wielki człowieku, cóż z ciebie za gospo­darz domu!?.. - i pan Emil, wziąwszy pod rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go począł poprzez salony.

Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy dokładnie, jak widocznie długo nie było go pomiędzy gośćmi.

- Telefonowano do mnie, interes bardzo waż­ny!.. Naprędce załatwić musiałem korespondencyę... - skłamał gładko.

- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman -­ zaśmiał się Ładyżyński - wiesz co ? Ja myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa, to i w nocy będziesz przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon godzin parę tylko spoczywał w objęciach Morfeusza!..

(przypis - druga strona spalenizny)

[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo [ ]go. Panowie i panie przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do­[ ]ię z nim w rozmowy, na których dnie, [ ]rył się i tu nawet, zręcznie wyzyskujący [ int]eres osobisty.

[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie pozorną po[wagą ] p­oddawał się temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]­iał z ożywieniem i niebawem znikł z oczu, [ ] falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała go znowu machina życia, ścierając walkę [my]śli, wrażenia z przed chwili, barwnym, bawiącym się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj czyniła to interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem in­nem wreszcie...

To właśnie życie czynne było największem mo­że czasowem lekarstwem Romana - było jego morfiną, której za moralną dawką zapominał chwilowo o wszystkiem.

Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej już zupełnie kolacyi, przez czas krótki do kulminacyjnego punktu ożywienia doszedł raut prezesowstwa Dzierżymirskich... Salony rozbrzmiały zdwo­joną zabawą i rozmową. Na wszystkich prawie twa­rzach widniało szczere zadowolenie, co w wielkiej mierze zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej uprzejmości pełnym zabiegom Romana i Oli.

Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśnią­cej fali zaproszonych osób, migały szybko, znajdo­wały, zdawało się, wszędzie, by tylko uprzyjemnić, rozruszać i zabawić wszystkich, umiejętnem przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem kół i kółeczek swych gości.

Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach uka­zywać się poczęło coraz więcej swobodnego miejsca...

Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High life miejscowy pierwszy dało hasło do odwrotu, za jego przykładem, śladem poszły i sfery inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzińca za­tętniały liczne uderzenia kopyt końskich, zamajaczy­ły ogniki u latarń dziesiątek powozów i karet. Roz­jeżdżało się tłumnie i coraz szybciej.

U wejścia wyludniających się coraz bardziej sa­lonów, znowu stali teraz Dzierżymirscy, żegnając wszystkich serdecznie i grzecznie nad wyraz.

- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowarto­wie?.. - rzuciła na pożegnanie Ola odchodzącemu już w tejże chwili Topolskiemu.

- Najmilszym to dla mnie będzie obowiąz­kiem!.. - zabrzmiała, w ukłonie wytwornym skwa­pliwa jego odpowiedź.

*******************************************

Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna, zajrzała w swej gwiaździstej sza­cie do salonów Dzierżymirskich.

Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się ona z pozostałą tu wonią perfum, potu ciała i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła głów siedzą­cych w zacisznym buduarze Romana i Oli.

Ola z lubością wciągnęła w piersi oddech wiosennej nocy, poczem rzekła:

- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miły i świeży powiew!..

Dzierżymirski, palący w zamyśleniu papierosa, spojrzał na wdzięczną postać żony, opiętą zgrabnie w śliczną dekoltowaną suknię, i dłużej zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcząc, z uśmiechem skinął pota­kująco głową; po chwili zaś rzucił papierosa precz od siebie i przysunąwszy fotel bliżej do kanapki; gdzie siedziała Ola, położył miękką dłoń swą na jej małej rączce.

- Wiesz, kochanie - rzekł łagodnie i z wolna - ­że ja już jutro do Paryża jechać muszę...

- Już jutro?.. - wykrzyknęła ze zdziwieniem Ola. - Mieliśmy jechać razem do Gowartowa - do­dała następnie z żalem - a ty za granicę dopiero później...

I oczy Oli pociemniały nieco, na twarzy zaś odbił się cień widocznego jakby rozczarowania. Dzierżymirski uśmiechnął się na tę minkę niezado­woloną.

- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknę­ło mu przez myśl, poczem łagodnie, głaszcząc dłonią rączkę Oli, mówił pieszczotliwie znów dalej, paliły go już bowiem gorączką: list schowany w kieszeni i nadzieja wpadnięcia może na tak dawno poszukiwa­ny trop.

- Wierz mi, zwlekać nie mogę, muszę jechać natychmiast... ­Zresztą przyjadę do Gowartowa później.

- Ależ wczoraj jeszcze - żachnęła się Ola - mówiłeś mi, że nic tak dalece pilnego nie powołu­je cię...

- Ho-ho gniewy!.. - zauważył lekko i żarto­bliwie Dzierżymirski. - Cóż to, może moja pani chciałaby mnie mieć tak ciągle ŕ ses trousses?.. - I mówiąc to, powstał, zbliżył się do żony, a ująwszy jej obie dłonie, położył je uśmiechnięty sobie na twarzy i wargami muskać począł delikatnie, bawiąc się jednocześnie brzęczącemi na rączkach Oli branso­letkami.

- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... - przedrzeźniał z kolei - wczoraj nic nie wiedziałem jeszcze, a dziś... - tu Roman spuścił oczy - na raucie właśnie uchwaliliśmy razem z członkami nowozakładającej się współki Przemysłu Fabryczno - Krajowego, że ja, jako delegowany, muszę, jechać czemprędzej do Paryża, w celu obejrzenia na miejscu udoskonaleń fabrycznych...

Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie żony i wyjął ruchem szybkim zegarek.

- Oho - po trzeciej... Późno, cherie, już kłaść się pora - i kończąc jakby poprzednią rozmowę, dorzucił: - No, i cóż, moje życie, widzisz teraz, iż nie jechać jutro nie mogę...

- Zapewne. Ty zawsze nie możesz, gdy nie chcesz! No, ale cóż robić... Jedź... Tylko w takim ra­zie proszę mi długo tam nie siedzieć i pisać listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnieć o mnie zu­pełnie - tu Ola z uśmiechem pogroziła mężowi pal­cem i dodała jeszcze: - bo Paryż - Paryżem, ho, ho, ja znam się na tem!.. Nie oszukasz mnie tak łatwo...

- Ale cóż znowu? - żachnął się Dzierżymir­ski, ale tym razem zupełnie szczerze. - Cóż za myśli - uśmiechnął się, a potem dorzucił całkiem poważnie: - Wiesz przecie, że prócz cie­bie, żadna na świecie kobieta nie obchodzi mnie zgoła!..

Z wdzięcznością spojrzała nań Ola.

- Wiem i wierzę - rzekła - a ponieważ i mnie tęskno bez pana mego będzie, więc i ja jutro po­jadę...

Zatrzymała się, spojrzawszy filuternie na mę­ża, cień bowiem mimowolny przebiegł po twarzy jego...

- Nie, nie do Paryża!.. - roześmiała się szcze­rze, jakby myśli Romana zgadując - ale do Go­wartowa!..

Uśmiechnął się z kolei Dzierżymirski.

- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro - marsz! Ponieważ zaś pociąg mój wychodzi później od twego, wyślę pakunki nasze przez służbę i odwiozę cię na kolej powozem. A teraz - ciąg­nął dalej - spać!... Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś.

Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i czoło - ­małżeństwo znużone rozeszło się...

Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzier­żymirskich pogasły wszystkie światła. Cisza i uśpie­nie, prowadząc się za ręce, wstąpiły do rojących się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - rozpostarły się wszędzie i mrokiem sennym otu­liły wszystko dokoła.

--------

- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..

Okrzyk ten jędrny, donośny, a wyrzeczony naj­czystszym francuskim akcentem, obił się o słuch pasażerów pociągu, podjeżdżającego pod oszklone arka­dy paryskiego dworca, i zbudził drzemiącego w wa­gonowym przedziale Dzierżymirskiego.

- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz jeszcze pod samem oknem wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwał się, a po­chwyciwszy podróżną torebkę, wyskoczył śpiesznie na peron.

Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natych­miast, oszołomiły chwilowo całkiem; w parę minut dopiero, zoryentowawszy się, poszedł Dzierżymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobieżną z bagażem swym załatwiwszy formalność, w kwadrans później znalazł się już w dorożce, na bulwarach.

Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygo­dnie, z przyjemnością przypatrywał się on te­raz od bardzo już dawna nie widzianej nadsekwań­skiej stolicy.

Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wy­mijały go ogromne, zielone tramwaje elektryczne, różnobarwne omnibusy konne, ekwipaże, samochody; cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował co chwila wir miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymy­wać się była zmuszona wioząca Romana dorożka; po­licyjna w mantylach ciemnych krzykliwie czyniła po­rządek - poczem ruszano znowu.

A pod wyniosłemi drzewami, po bokach, snu­ły się pośpiesznie przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujących część chodnika, pełno było również i gwarno od konsumentów - płci oboj­ga oraz różnych stanów.

I jakiś prąd kiełkującego, czynnego bezustannie życia, lecącego na oślep jakby przed siebie, niepomnego byłego, znikłego już "wczoraj", w ciągłej, śpiesznej pogoni teraźniejszości i jutra - bił od tych uganiających się mas ludzkich, zawrotną siłą ciągnął jakby ku sobie - pochłaniał i wabił...

W płuca swe wciągając bezwiednie tchnienie tego życia, toczącego się z łoskotem swego perpe­tuum mobile, Roman dojechał wreszcie do jednego­ z centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy się nieba­wem, znużony położył się i zasnął.

Przespawszy w kamiennym śnie zmęczenia do­brych godzin kilka, Dzierżymirski zabrał się energicznie do celu swego tutaj przybycia. Wybiegł na miasto.

Dla oryginalności i pod wpływem przypomnie­nia używanej za studenckich jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes" usadowił się na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozglądać się począł wokoło.

U stóp jego, blisko, w granitowem podłożu to­czyła sennie swe ciemne, stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosiły się po­nure nieco kwadraty wieżyc katedry Notre Dame, w prawo zaś majaczył Luwr olbrzymi. Dalej znów błyszczał ozdobami most Aleksandra III-go, odcinała się na tle nieba wieża Eiffel - w perspekty­wie, kopuła pałacu Inwalidów złociła się w promie­niach majowego słońca...

A po Sekwanie, krążąc, uwijały się parowe stat­ki, zatrzymywały się u licznych przystani, obsługu­jąc bezustannie mieszkańców stolicy.

Trzęsąc niemiłosiernie, żółtawy, w trzy siwe konie zaprzężony, omnibus zatrzymywał się właśnie na jednym z przystanków, gdy obserwujący ciągle Paryż Dzierżymirski, zdał sobie nagle sprawę, że mieszkanie Orlęckiego może być już blisko, i począł schodzić szybko po krętych schodkach, łączących piętnastocentymową impériale z trzydziestocentymowym padołem.

Znalazłszy się na bruku, Roman przyśpieszył kroku, i wyminąwszy kilka wąskich zaułków, znikł w bramie jednego z domów. W chwilę później dzwonił na krętych ciemnych schodach starej, jak świat, kamienicy - u drzwi pomieszkania Orlęckiego. Otwo­rzyła mu młoda, fertyczna służąca, w charaktery­stycznym białym czepeczku na głowie.

- Monsieur Orlęcki? - zapytał Dzierżymirski.

- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - posłyszał zwięzłą odpowiedź.

Zawiedziony Roman skrzywił się, z niechęcią i zagadnął:

- A jutro o której godzinie zastać go będzie można?

- O, jutro zgoła co innego. W Niedzielę pan przyjmuje od drugiej do obiadu - poinformowała przybysza młoda Francuzka.

- A zatem przyjdę jutro o tejże godzinie - odparł Dzierżymirski, i sięgnąwszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlęckiego, wręczył je słu­żącej,

- Proszę oddać to panu... Do widzenia!.. - skinął głową uprzejmie.

- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniając się dzień dobrym, według miejscowego zwyczaju, pożegnała go dziewczyna uśmiechem i zalotnem błyśnię­ciem czarnych oczu.

Wydostawszy się na ulicę, Dzierżymirski, nieza­dowolony ze zwłoki, a cały pochłonięty nadzieją rozwiązania za pomocą Orlęckiego dręczącej go zagadki - szedł naprzód przed siebie odruchowo czas dłuż­szy. Od otoczenia swego daleki jeszcze myślami, nagle zatrzymał się jednak, spojrzawszy uważnie do­koła siebie.

Znajdował się obok filarów wejściowych Panteonu - przed nim zaś w perspektywie już bliskiej zieleniał za kratą ogród Luksemburski.

Pustymi chodnikami skierował się w tą stronę; wkrótce był już w ogrodzie i iść zaczął bez celu szerokiemi alejami, niebawem zaś znalazł się na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyły wieżyce Obserwatoryum, przed nim wznosiło się muzeum Luksemburskie.

- Wpadnę tam i obejrzę, co jest!.. - pomy­ślał, zadowolony nagle na widok gmachu, a ponie­waż wejście do pałacu nie było od ogrodu, lecz od strony bulwaru Ś-go Michała, Dzierżymirski skiero­wał się boczną aleją parku ku wyjściu, na prawo. Twarz chmurną, znudzoną, okrasił mu uśmiech; przestąpił sprężyście próg muzeum i spojrzał jedno­cześnie na zegarek - mijała czwarta, podwoje pałacu zaś zamykano o piątej.

- Zdążę chyba zobaczyć wszystko!.. - mruknął, kontent już tym razem zupełnie, z przyjemnego zabi­cia czasu.

I rzeczywiście.. Pod wpływem bowiem pierw­szego rzutu oka na salon sztuki, Dzierżymirski zapomniał o wszystkiem, co go dręczyło.

Znajdował się w otoczeniu, ustawionych w pier­wszej sali, licznych rzeźb nowożytnych...

Więc oto najprzód spojrzenie jego przykuła ustawiona na małem wzniesieniu, w pobliżu wejścia, rzeźba Moreau-Vauthier'a, a była nią postać naga, leżącej na wznak, w lubieżnej pozie i upojeniu, ba­chantki, z gronem winogron w lewej dłoni... Natu­ralność pozy i ruchu, a szczególniej modelowane do­skonale ciało kobiece, tętniące po prostu w zimnym białym marmurze, żarem krwi młodej - zatrzymało dłużej na sobie wzrok Romana.

Rozglądając się, przystając co chwila, poszedł dalej!.. I niebawem znowu zapatrzył się dłużej, tym razem przed przegiętą w tył, w stojącej postawie, i unoszącą się jakby w przestrzeni, postacią nagiej również dziewczyny. Oczy jej były przymkniętemi, twarz owiana mgłą uśpienia, w ręku trzymane chwia­ło się kwiecie...

Było to "Złudzenie" F. Charpentier'a, oddają­ce subtelnie pochwyconą nieuchwytność illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujętej - rozpływającej się jak­by w przestrzeniach...

Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uśpio­nych pięknych rysów kobiecych, zdawało się, że znajdujący się tutaj przedstawiciele rzeźby turniej urzą­dzili sobie.

Wśród wielu innych w tymże rodzaju posągów, wyróżniała się jeszcze rzeźba, nader piękna, zatytułowana : "Wspomnienie". Twórcą jej był Mercié Autonin.

Przedstawiała ona młode dziewczę, o rysach drobnych, z głową przechyloną w tył nieco, z obliczem, tonącem jakby w głębokim, cichym śnie. Na kolanach jej, na ziemi - wszędzie, widniały rozsypane kwiaty; dwa gołąbki, niosąc w dzióbkach rów­nież kwiecie, leciały ku niej, rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...

Poświęciwszy względnie dość czasu na rzeźbę, Dzierżymirski przeszedł spiesznie do salonów, zawie­szonych obrazami, dochodziła już bowiem godzina zamknięcia. Szybko, jak mógł najuważniej, począł oglądać obrazy wszystkie; w ten sposób dobiegł do sali ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powracać zaczął.

I teraz w jednym salonie uwagę jego zwrócił nader oryginalnie, bo, jakby całkiem po świecku traktowany, a mimo to nadziemskością tchnący, obraz: "Najświętsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzy­ła na widza, natchnionego oblicza, o dużych oczach czarnych, siedząca postać Niebios Królowej... Na kolanach Jej, rzucona na klęczkach, oparła się ko­bieta, z twarzą ukrytą, z rękoma załamanemi, w bez­brzeżnym bólu, szukająca na łonie Świętej Maryi po­cieszenia! U stóp tych dwóch postaci kobiecych - poniżej, leżało wdzięcznie uśpione dzieciątko, śniło, osypane całe, obrzucone puchem białych róż śnież­nych, w rozkwicie...

Dzierżymirski, zachwycony wdziękiem i poezyą, bijącemi z obrazu tego, pędzla "Bouguereau"; po chwili znów pospieszył dalej.

Naraz zatrzymał się ponownie. Ujrzał bowiem naprzeciwko siebie obraz dość duży, przez Detaille Edwarda. Nosił miano "Le ręve (Sen)".

Na olbrzymiem oto polu, otuleni płaszczami, z czapkami nasuniętemi na czoło, pokotem, jeden obok drugiego, leżą setki odpoczywających, pogrążo­nych we śnie żołnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko zaróżawia się leniwie jutrzenką, - wśród śpiących ludzi błyszczą w szarem świtaniu rzędem poustawiane, ułożone w kozły bronie, a gdzieś z boku, blisko, dogasa już ognisko...

Lecz cóż to za cienie majaczą tam, w górze, nad nimi?

To górą, w obłokach, płynie mgłą przesłonięty jakiś hufiec inny, zwycięzki - mar i duchów, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka, bębnią, strzelają, propor­ce się chwieją, chorągwie szumią... tamci, tam, zwy­ciężają niezawodnie!..

I ponad głowy uśpionych żołnierzy, których po­twór wojny może już jutro pochłonie, przesuwa się, jak marzenie, ułudne widzenie ostatnie: oni śpiąc, widzą siebie, jak zwyciężają, pełni chwały!..

To sen...

Piąta wybiła głośno w salonach sztuki, i Dzier­żymirski opuścić musiał muzeum. Niebawem znalazł się na bulwarach Paryża i równocześnie instynktow­nie poczuł głód.

Włoch z matki i duszą całą artysta, myślą wspo­minał on jeszcze widziane przed chwilą dzieła sztu­ki i pogodnem spojrzeniem ogarniał biegnące wokoło siebie tłumy, przepełnione kawiarnie i huczące pojazdy.

- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - ­krzyczano mu nad uchem na wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spożywano już posiłek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - ca­ły Paryż obiadował.

Na świeżem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachęcony przykładem, zasiadł i Roman, a kazawszy podać obiad, zapalił swobodnie cyg­aro.

Niebawem przyniesiono pierwszą potrawę. Wśród przelewającego się kaskadą paryskiego życia i hu­ku ruchliwej stolicy, Dzierżymirski spokojnie zaczął spożywać zupę, słuchając ciekawie, z uśmiechem, głośnych rozmów swych przerozmaitych sąsiadów i charakterystycznych częstokroć ich bulwarowych dowcipów.

***

Punktualny, pomiędzy drugą, a trzecią po połu­dniu, wchodził nazajutrz Roman do mieszkania Orlęckiego. Służąca wprowadziła go natychmiast do sa­loniku, zaledwie jednak wszedł tam, roztworzyły się już zamaszyście boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazał się mężczyzna rosły, blondyn; łysawy i dość otyły, o siwiejącym, z polska podkręconym, wąsie.

- Jakże mi miło... Jak miło mieć w swoich progach tak dostojnego gościa... rodaka!.. - zaczął od proga, z polską szczerością i uprzejmością w głosie, roztworzył przytem machinalnie ramiona, jakby chciał do piersi przycisnąć niemi przybyłego, po chwili opamiętał się jednak i wyciągając uprzej­mie prawicę; czysto już tylko salonowym gestem, przedstawił się: Orlęcki... Wiktor... - siostrze­niec Hugona.

- Nie uwierzy pan - ciągnął natychmiast bar­dzo grzecznie - jaką rzetelnie prawdziwą radość uczynił mi list stryja i zapowiedź tej pańskiej wizyty... Proszę, niech pan prezes siada!... Proszę bardzo...

I Orlęcki wskazał, z grzecznością, fotele, widząc zaś zdziwienie na twarzy Romana, na dźwięk tytułu "prezesa", uśmiechnął się, odgadłszy myśl gościa.

- Dziwnem się panu prezesowi, jak widzę, wy­daje - przemówił, - że tytułuje go... Cóż to, przypuszcza pan może, - ciągnął dalej, ze swadą, - że my tu na obczyźnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas przoduje? Przeciwnie, przeciwnie! - śledzimy gorączkowo i z uwagą ruch naszych ziomków, współ­braci !.. A jakże... a jakże!.. Ja sam osobiście trzy­mam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z nazwiskiem pańskiem - tu skłonił się grzecznie w stronę Romana - spotykałem się w nich tylokro­tnie, ceniąc zawsze ruchliwość pana prezesa i odda­niu się jego społeczeństwu naszemu...

Umilkł, a po chwili

- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. służę natychmiast - i zerwał się miejsca, przynosząc wkrótce Dzierżymirskiemu pudełko papierosów.

Roman sięgnął po jednego z nich i bąknął nie­wyraźnie:

- Dziękuję bardzo!..

Obserwując wciąż ciekawie, spod oka swego gospodarza, chciał przytem już przemówić, lecz peł­ny bezustannej uprzejmości Orlęcki przerwał mu zanim usta otworzyć zdołał:

- A może cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwilę! - i nie czekając odpowiedzi, znikł za drzwiami przyległego pokoju, Dzierżymirski zaś uśmiechnął się.

Poczciwy człowiek jakiś - pomyślał - i choć, zdaje się, blagier nieco, lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem się prawdopodobnie, czego chciałem...

Ledwie Roman określenie to w umyśle sfor­mułować zdołał, gospodarz domu stał już przed nim, podając szerokie puzderko cygar.

- Doskonałe - pochwalił - prawdziwe pru­skie... O, bynajmniej nie tutejsze, które są po prostu ohydne - zaopiniował.

- Dziękuję bardzo. Pan tak łaskaw... - poczuł się w obowiązku odrzec Dzierżymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego.

- O, panie prezesie! - pospieszył, z odpowie­dzią, Orlęcki, - Siadać proszę en bons amis... Ot -tutaj... - wskazał na kanapkę - wygodniej będzie! - i zapaliwszy równocześnie zapałkę, zbliżył płomień do koniuszczka cygara Dzierżymirskiego.

- Merci!.. - skłonił się tenże raz jeszcze, i wypuściwszy kółeczko dymu, odezwał się wreszcie, skorzystawszy z sekundy milczenia gościnnego go­spodarza.

- Czytał pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu więc zatem cel mego tu przybycia... Nie znąjąc nikogo w Paryżu, zdecydowałem się prosić stryja pańskiego, o tarte d'entree do pana...

- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwał Orlęcki - każdego rodaka witamy tu z całego ser­ca! Tembardziej zaś pana prezesa, tak w kraju za­służonego...

- Ach, tak, nie wątpię - z wolna potwierdził Roman - lecz i mnie chodziło również - tu uśmiech­nął się z lekka - o specyalną protekcyę do kogoś, by potrafił ułatwić wiadomą nam sprawę przemy­słową...

- A tak, tak! - przerwał znów Orlęcki, nie­zadowolony jakby, że poruszano tę kwestyę. Pan prezes radby obejrzeć drobiazgowo i gruntownie urządzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem, postaram się, panie prezesie, choć uprzedzić muszę, że ja... - zatrzymał się - nie mam tak roz­ległych stosunków ze sferą handlowców... to jest, chciałem powiedzieć... ze sferą fabrykantów... prze­mysłowców... Paryża... panie dobrodzieju... Jednak­że... - tu zająknął się, zaplątał w swem przemówie­nia Orlęcki i zamilkł, widocznie zmieszany.

Uśmiech niedostrzegalny okolił wąskie usta Ro­mana.

- To nic nie szkodzi - odparł. Mam nie­płonną nadzieję, iż razem z panem damy sobie z tem wszystkiem radę... Zresztą, to chyba drobnostka. Chodzi zaledwie o jakieś dziesięć fabryk tylko...

Roman zatrzymał się i zapytał jeszcze, chcąc konsekwentnie doprowadzić do końca zmyślony swój interes i misyę:

- Wszak fabryki owe wymienione są w liście pana Hugona...

- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdził Orlęcki i zająknął się znowu.

- To dobrze, mógłby mi może szanowny pan powiedzieć, czy właściciele ich znani są jemu?.. Gdzie to zakłady fabryczne znajdują, w jaki sposób, oraz kiedy obejrzeć je można by było?..

- Nic doprawdy nie mogę jeszcze panu prezeso­wi w tym względzie powiedzieć - odrzekł Orlęck­i i dodał natychmiast:

- Co się tyczy, czy znam właścicieli, to... pra­wdopodobnie... Zresztą zna się tutaj osób tyle... - zatrzymał się. - Tylko, vous savez, panie prezesie... otrzymałem list dopiero wczoraj - urwał, i dokoń­czył po chwili - więc, vous comprenez, czasu nie miałem...

- Ależ naturalnie!.. - pospieszył z uspakaje­niem Orlęckiego Dzierżymirski. - Ja tylko dlatego się pytam, iż to jest celem mego tutaj przybycia, i że to mnie nader interesuje, jako delegata nowa zakładającej się u nas w kraju współki Handlowo-Przemysłowo-Fabrycznej...

- A tak, słyszałem,.. Czytałem nawet o tem gdzieś w gazetach - odparł, z przekonaniem Or­lęcki.

- Kłamie, jak z nut - pomyślał Dzierży­mirski, i uśmiech dyskretny ponownie przemknął po ustach jego. Zaciągnął się jednocześnie cygarem i wpatrzył badawczo w Orlęckiego. - Bonne pâte d'homme... - myślał zarazem - ale jak tu za­cząć o tych zgubionych pieniądzach?

Tymczasem, nielubiący milczeć Orlęcki, widocznie również pragnący zręcznie odwrócić rozmowę, już mówił:

- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na dłużej przybył do Paryża, nieprawdaż?..

- Och, tak... - odruchowo potwierdził Roman, nie myśląc o tem, co mówi.

- No, to mam nadzieję - opowiadał uprzej­my gospodarz dalej - że będę jeszcze miał okazyę przedstawić panu prezesowi moją żonę i córkę... Dziś pojechały do Versailles. Panu prezesowi wiadomo zapewne, iż w pierwszą niedzielę każdego miesiąca puszczają wodę ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas wspaniały. C'est charmant!.. - zatrzymał się chwilę i sięgnął po ze­garek do kieszeni. - O! trzecia już dochodzi... Nie­bawem wrócą...

Dzierżymirski tymczasem, słuchając, nie słuchał, pogrążony wciąż w myślach. Naraz twarz śniada je­go ożywiła się, przeleciał po niej promień... Strze­pując delikatnie popiół z cygara, przemówił z wolna:

- Proszę pana... - zatrzymał się. - Za niedyskrecyę popełnianą może, najmocniej przepraszam... Czyżby pan nie był rad powrócić do kraju..

I Dzierżymirski badawczo spojrzał w twarz Orlęckiemu, czekając odpowiedzi, jednocześnie my­ślał.

- Każdy Polak na obczyznie tęskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja nie miał użyć tego sposobu do osiągnięcia mego prywatnego celu? No, zo­baczymy...

Orlęcki zaś już mówił:

- Czy ja nie pragnąłbym powrócić do kraju? Ależ, panie prezesie, to moje najgorętsze życzenie! pragnienie żony mojej, córki - codzienne marzenie nas wszystkich! - dokończył, z zapałem.

- No, dobrze, mam cię!.. - przeleciało przez umysł Romana.

- Czy wolno zapytać jeszcze - przemówił - o rzecz jedną, a mianowicie... Czy życzenie to państw ­- marzenie - poprawił, z uśmiechem - ma już dotąd jakie pewne i konkretne podstawy?..

Orlęcki na te słowa spuścił wzrok ku ziemi.

- O, bynajmniej - odparł... - Tam, w kraju, stosunki zerwałem wszystkie prawie... tu zaś zawiązałem niektóre, potrzebne mi. Mam poza tem stałe zajęcie, przynoszące mi dochód pewny...

- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwał szybko Dzierżymirski - wchodzę w położenie i przepraszam bardzo za me pytania... - dokończył grzecznie, a widząc równocześnie na twarzy gospodarza zakłopotanie widoczne...

- Nie ma za co jechać nieborak - to jasne, i żyć by z czego nie miał -wśród swoich - pomyślał i w tejże chwili zapytał:

- Lecz gdyby tak trafiła się na przykład sza­nownemu panu okazya dobra do objęcia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, że w takim razie przeszkody do wyjazdu nie byłoby żadnej?..

- No, zapewne... Lecz o tem i myśleć niepo­dobna, nie posiadam bowiem już żadnych w kraju stosunków - powtórzył Orlęcki, ze smutkiem.

- A pan Hugo, krewny pański?.. - zagadnął Roman.

- Och... ten... - przeciągle odparł gospodarz, z niechęcią wyraźną, i z wybuchem szczerości nagłej, rzekł z goryczą:

- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrował i wieść mi się w życiu przestało, znać mnie już nie chce, ani wiedzieć nic o mnie... Dziwię się nawet niewymownie, iż raczył napisać pod moim adresem, w interesie prezesa, słów kilka...

Na twarzy Orlęckiego, przy tych słowach, osiadł cień, po chwili dorzucił:

- Zwykła kolej ludzka... nic dziwnego. Świat pamięta o tych tylko, którym się powodzi.

Dzierżymirski wpatrzył się uważnie w Orlę­ckiego; ostatnie słowa, wypowiedziane przez niego, odkryły mu utajoną stronę życia siedzącego przed nim człowieka - nieszczęście, gorycz skrytą, a po­wodów jej łacno domyślił się Roman. Pomimo woli, żal mu się Orlęckiego zrobiło.

- To szkoda jednak - przemówił z wolna - że panowie mieszkają tak od siebie z daleka... Pan Hugo, choć odludek i egoista, poza tem jednak człowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wpływowy i bogaty.

Orlęcki na te słowa uczynił niewyraźny ruch rę­ką; - nastała chwila milczenia.

- Wypada mi raz jeszcze przeprosić stokrot­nie pana - odezwał się znów pierwszy Dzierżymir­ski - że ośmielam się wkraczać w stosunki jego, tak osobiste, lecz po pierwsze wyjątkowe położenie nasze tu, na obczyźnie, jako rodaków, skłania mnie do tego; po drugie zaś, że w tym względzie może mogę stać panu użytecznym...

Orlęcki, zdziwiony, spojrzał na Romana.

- Tak jest - rzekł Dzierżymirski, z uśmie­chem - cóżby szanowny pan bowiem powiedział na to, gdybym... -- tu zatrzymał się sekundę - ułatwił mu... - Dzierżymirski przy tem zaakcentował wyraźnie ostatnie wyrazy - powrót do kraju... Stosunka­mi zaś dał mu jaką posadę korzystną?..

- Ależ, panie prezesie! - wykrzyknął Orlęcki, i zerwawszy się z fotelu, uchwycił dłoń gościa swego, ściskając ją serdecznie.. - Wdzięczność moja i ser­cu memu bliskich nie miałaby granic!.. Lecz dopra­wdy, nie pojmuję... nie rozumiem!.. - urwał wzruszo­ny... - Skąd taka łaska pana prezesa dla mnie?... Wszak poznaliśmy się tak niedawno! - dokończył i zamilkł, nie wiedząc snać, co powiedzieć, jak się obrócić i znaleźć w sytuacyi, tak dlań niespo­dzianej...

Roman tymczasem powstał również z miejsca, i oddawszy serdecznie uścisk Orlęckiemu, po przyjacielsku ujął go za ramię.

Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem Dzierżymirski, wciąż idąc pod rękę z Orlęckim, rzekł całkiem swobodnie:

- Przyznaję, poczułem do szanownego pana szczerą sympatyę, rozumiem przy tem w zupełności połóżenie jego tutejsze, i gotów jestem uczynić dla nie­go wiele...

- Dziękuję, po tysiąc razy dziękuję! - uści­snął Orlęcki serdecznie trzymane ramię Romana, z równowagi cały wyprowadzony.

Dzierżymirski mówił tymczasem dalej, pomny celu swego:

- Lecz daruje pan rzecz jedną... Nim przystą­pimy mianowicie do obchodzącej pana sprawy, wiedzieć muszę dokładnie - Roman zatrzymał się - zu­pełnie szczegółowo - poprawił - przebieg dotych­czasowego jego życia. Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znać mam przyjemność sza­nownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - ­dokończył, z przyjaznym uśmiechem, i jak najnatural­niej na pozór.

- Ależ, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zresztą nie ma żadnej! - odparł Orlęcki szybko, przekonany zupełnie. - Opowiem prezesowi wszystko natychmiast! - ciągnął dalej rozradowany.

- No, to siadajmy!.. - rzekł wesoło Dzierży­mirski.

Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpa­trzył się badawczo w twarz Orlęckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo pragnął, twarz mu pobladła mimo woli, aksamitne zaś spojrzenie ciemnych oczu stało się bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem.

- Słucham pana - rzekł poważnie.

Uśmiechnięty, radosny, poprawił się Orlęcki na krześle, i sięgnąwszy po cygara, zapalił jedno, w roztargnieniu częstując niemi Romana.

- Dziękuję, palę jeszcze - uśmiechnął się nie­dostrzegalnie Roman, i spojrzał z pod oka na gospodarza. - Rôti ŕ point! - zadecydował w myśli sarkastycznie.

- A, przepraszam! -odrzekł Orlęcki i mówił dalej:

- Otóż, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram się opowiedzieć je prezesow­i w kilku słowach. Rzecz ta przedstawia się zatem ­jak następuje:

- Urodzony lat temu, czterdzieści i siedem, dobiegam już bowiem pięćdziesiątki - uśmiechnął się - z ojca Ryszarda i matki Józefy z Lancjarskich de domo, przepróżnowałem, kształcąc się w domu, do lat piętnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, następnie kończyłem uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objąłem klucz majątkowy, dzie­dziczny Orlin...

- Bywając w, świecie przez lat kilka, starając się o pierwsze w kraju partye, żyjąc nieco szeroko, straciłem majątek... Następnie spotkałem dzisiejszą żonę moją, z domu hrabiankę Bożkowską... Przez ż - ­uśmiechnął się Orlęcki, - bo są i Borzkowscy przez rz, bez tytułu i nie pochodzący wcale z karmazy­nów - zwyczajne szaraki - objaśnił.

Dzierżymirski w tem miejscu uśmiechnął się pobłażliwie - sarkastycznie, lecz słuchał w milczeniu dalej.

- Pobraliśmy się, - ciągnął tymczasem Or­lęcki - i osiadłem na roli, już nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesięciu włókach ziemi, i naturalnie, z czasem zerwałem przy tem zupełnie dawne światowe stosunki... Gospodarowa­łem sobie tak cicho lat kilkanaście, stałem się domato­rem - przekształcałem stopniowo, o ile mogłem, w czci­godnego pana sąsiada... Wreszcie, niestety, jak pio­run z nieba, spadło na mnie zdarzenie pewne... Nie wspomożony przez nikogo, sprzedać musiałem dobra, i przybyłem tu - za chlebem!..

Orlęcki umilkł na chwilę, poczem, dodał nie­co smutnie :

- Jak najpiękniejsza od słońca płowieje mate­rya, tak i najbarwniejsze życie blaknie od nieprzychylnych ciosów życia. Szarzyzną ono dla mnie dzi­siaj - trudno! - westchnął, i zamilkł znowu.

W nadziei, iż dowie się jeszcze oczekiwanego przezeń "clou" historyi tej całej, milczenia tego nie przerywał Dzierżymirski. Po dłuższej jednak chwili, widząc, że Orlęcki, pochłonięty myślami, zapominać zdaje się nawet o jego obecności, zagadnął uprzejmie:

- I jeśli wiedzieć wolno, cóż dalej?

Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlęcki podniósł powoli posmutniałe oczy na Ro­mana.

- Nic! - odrzekł bezbarwnie, głosem twardym.

- Być nie może? - zadziwił się Roman, jak mógł najszczerzej. - I pomyśleć - ciągnął swobodnie - że ja tam w kraju tyle przeróżnych rzeczy o panu słyszałem...

Urażony jakby tem, co usłyszał, Orlęcki zapy­tał z kolei sucho:

- No, i cóż takiego, ciekawym, wymyśliła na mnie luba opinia, czy wiedzieć mogę?

Roman niecierpliwie poruszył się na krześle.

- Cóż u licha! - pomyślał - czynię dotąd tyle, i prawda wciąż wymyka mi się sprzed nosa...

Po chwili zaś, jak gdyby nagle na coś zupełnie już stanowczo zdecydowany, odpowiedział z wolna, przetarłszy przytem ręką czoło:

- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powró­cić muszę do jądra zajmującej nas kwestyi. Pragnę dać panu posadę... Czy wolno zapytać - jakie są jego mocne - zaakcentował - kwalifkacye fachowe?..

- Fachowych ściśle żadnych - przerwał nie­zadowolonym trochę głosem Orlęcki. - Posiadam jednak języki: angielski, francuski, rosyjski i nie­miecki, oraz zdobyte pracą i praktyką obecną - rachunkowość i buchalteryę - w banku, gdzie urzę­duję i skąd w razie potrzeby otrzymać mogę świade­ctwo odpowiednie.

- A! - zadziwił się mimo woli Roman - to do­brze... to bardzo dobrze...

Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objął dłuższą chwilę całą postać Orlęckiego, mówiąc do siebie mimo woli wyraźnie; - Patrzcie?.. nie spodziewa­łem się!..

- Zatem - odezwał się niebawem - objąć może szanowny pan inną, lepszą nawet posadę od tej, którą przeznaczałem w myśli dla niego.

- Cóż to za miejsce? - zagadnął Orlęcki.

- Une place de confiance...- wycedził z wolna Dzierżymirski. - Przy tem równocześnie jedno z wyższych przy korespondencyi i buchalteryi w Banku Komercyjno-Przemysłowym, otworzyć się mającym za miesięcy kilka... Do komitetu należę, odmówić mi nic nie mogą... Skoro zaś pan w tej właśnie dzie­dzinie już posiada praktykę pewną, tem łacniej więc wybór mój zatwierdzą...

Roman skończył i spojrzał znów spod oka na obywatela - emigranta.

Zdziwienie radosne biło z twarzy Orlęckiego.

- No, teraz chyba wyśpiewasz mi wszystko - ­pomyślał Roman, w duchu.

- Pensya znaczna - ciągnął dalej całkiem obo­jętnie, - ile, nie wiem jeszcze na pewno... W każ­dym razie tysięcy kilka .. - urwał niedbale.

- Ależ to miejsce idealne! - wykrzyknął ży­wo Orlęcki. - Dziękuję po raz wtóry! - uścisnął dłoń Romana.

Dzierżymirski uczynił wysiłek nad sobą, by nie zdradzić się przypadkowo nerwowem głosu brzmieniem i przemówił:

- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawahał się...

- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarządzie, są bardzo trudni... Cze­piają się byle czego...

I znów Roman mówić przestał, poczem zaś, po­irytowany nagle, że będzie zmuszony iść prosto do celu i palcami dotykać kwestyi, którą zręcznie obejść zamierzał, wyrzucił z siebie twardo:

- Mówiono mi tam, o jakichś pieniądzach, zgu­bionych przez pana, nieodnalezionych, czy coś tam podobnego... Pojmuje pan zatem, że ja, protegując - zatrzymał się Roman sekundę, i uprzejmie nieco dorzucił, z wymuszonym uśmiechem. - Po­wiedzieć muszę wszystko, wszak pan to rozumie chyba?.. Nic zaś o tem dotąd szanowny pan mi nie mówił...

- Ależ nie powiedziałem? - obruszył się urażony widocznie Orlęcki. - Bo uważałem to, jak i uwa­żam dotąd, za sprawę czysto osobistą...

- Masz tobie! - omal że nie wykrzyknął Dzier­żymirski, ze złością, lecz opamiętał się w porę, i zapytał w ślad za tem spokojnie, wpadłszy zarazem na pomysł przebiegły.

- No tak, zapewne... Czyjeż to jednak pieniądze były?..

- Aaa! - wyrwało się z ust Orlęckiego na­tychmiast, i powstawszy gwałtownie z krzesła, wy­krzyknął:

- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Łotry dopiero, infamisy!.. - wyrzucił z siebie z oburzeniem.

Dzierżymirski śpiesznie położył swą kobiecą miękką dłoń na żylastej ręce szlachcica i pomimo woli rzucił niecierpliwie:

- Ja również bardzo przepraszam! - zawahał się - i słucham..: - dokończył.

Orlęcki usiadł, wzburzony jeszcze odsapnął i przemówił:

Powiesz mi później, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalował. Pierwsza rzecz, gdy do kraju powrócę, wyzwę go na pojedynek, jak mi Bóg miły, a teraz słuchaj:

- Było to tak: Posiadałem majątek na Litwie, gdzie, jak wiadomo, hipoteki nie ma, ni Towarzy­stwa Kredytowego... Są tam tylko tak zwane "Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia się z wy­płaty na termin, egzekwują bardzo szybko... Otóż w jednym z banków owych miałem grubą pożyczkę... Minął termin jeden, drugi, trzeci, płaciłem mało, zebra­ły się zaległości, wystawiono mi dobra na sprzedaż... Zapłacić musiałem zaległości - razem dwanaście ty­sięcy... Nie miałem ich, pożyczyłem więc sumę żą­daną u paru osób i w drodze, gdym jechał płacić na miejsce, w ostatniej niemal chwili pieniądze te zgu­biłem... Majątek mi naturalnie sprzedano...

- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysięgi żądać ode mnie nie będzie, a zresztą?.. Gotowym! - i Orlęcki powstał uroczyście...

- Ale, cóż znowu?.. - rozległ się w milcze­niu suchy głos Dzierżymirskiego, a słowa te, wymó­wione zimno, zabrzmiały niemiłym dla ucha dźwię­kiem:

Od chwili bowiem, gdy z ust Orlęckiego padła cyfra "dwanaście tysięcy", Roman zmienił się całkiem. Giestem, pełnym zniechęcenia, wypuścił z rąk trzymane cygaro, twarz zaś, przybrawszy wyraz obojętny, chłodny, poorała się w drobne zmarszczki. Więc ponownie oto rozprysła mu się w pal­cach mydlana bańka!.. Życie, z przerażającą lo­giką dawało mu do zrozumienia, że kpić z usiłowań jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szy­dercza, zraniła go boleśnie, jednocześnie zaś gniew niewytłumaczony, instynktowny, zawrzał w Dzierży­mirskim.

Cóż go, zaiste obchodzić mógł Orlęcki, histo­rye i przysięgi jego?

- Osioł!.. Myśli może - rzucił w duchu gniewnie - że obecnie, kiedy nie dwadzieścia siedm, a dwanaście tylko zgubił tysięcy, zajmować się nim będę!.. Ba, nie głupim! - i uśmiech zły, sarkastyczny wykrzywił wąskie usta Romana.

Powstał sztywno, mając zaś już z wieloletniej swej praktyki na ustach gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy komunał, wyciągnął rękę na poże­gnanie...

Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu całkiem szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający właśnie, mało już obchodzący teraz Romana, dalszy ciąg swych życia kolei, przeprosiwszy, wybiegł do przedpokoju, w ślad za tem rozległy się dwa głosy kobiece, szelest okryć i sukien damskich. Rozbierano się, potem szeptać zaczęto, po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia i radości obiły się o słuch Dzierżymir­skiego.

Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony zbliżył się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć się, że tam, w przed­pokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już rodzinie swej niemal wszystko.

- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwo­wany, stuknął palcami w powietrzu.

Drzwi zaś poza nim roztwierały ­się już spiesznie. Odwrócił się.

Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżo­wione, uśmiechnięte. Jedna z nich, starsza, brunet­ka, piękna jeszcze, dobrze zakonserwowana, - druga, dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie zaledwie może, hoże i świeże...

- Prezes Roman Dzierżymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których dotąd w życiu po­znałem! - przedstawił szumnie Orlęcki gościa żonie, głosem ciepłym, jakby wzruszonym jeszcze od dozna­nych z przed chwili wrażeń.

Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk ostatnie­go zdania lekki rumieniec pokrył mu lica. Wstydził się za swe myśli - za siebie...

Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wy­ciągnęły się ku niemu dwie małe kobiece rączki.

- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - ­mówiła, ściskając dłoń jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, że jak mi właśnie mąż powiada, pan pre­zes staje się aniołem opiekuńczym naszych losów, przyszłości - zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle tak bardzo tęsknimy! - kończyła wzru­szona.

- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Ro­manowi młodziutką pannę.

Dzierżymirski trzymał, ściskał właśnie w dłoniach drobną jej rączkę, a choć nie powiedziało mu dziewczę nic zgoła, z uścisku jednak przyjaznego, ciepłego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, w których czytały się w owej chwili wdzięczność bez granic, radość i nadzieja - poczuł Roman, iż okrucieństwem niemiłosiernem byłoby teraz z jego strony cofnięcie obietnicy.

I jednocześnie reakcya nagła wstąpiła weń. Jakiś przypływ jakby dobroci zalał mu duszę, serce; zarazem zaś pomyślał:

- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha­-ha!.. Ironii może w tem wiele, ale... jednak... dlaczegóżbym i ja czasami nie miał być szlachetnym? A poza tem, cóż de facto winien ten oto Orlęcki, że nie jest tym właśnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wpływowym, silnym, dlaczegóż więc nie dopomógł­bym człowiekowi, pokrzywdzonemu bądź co bądź przez nieznanego pieniędzy jego znalazcę, tak, jak pokrzywdzonym jest może przeze mnie również i ten osobnik nieznany - "mój!.."

I starczyło w ślad za tem jednej chwili, by w gło­wie Dzierżymirskiego powstał plan gotowy.

- Cieszy mnie niewymownie, że los pozwala mi stać się - tu zwrócił się, z uśmiechem, ku pani Orlęckiej - Aniołem Stróżem tego domu... Dziś za­raz zatelegrafuję do panów z komitetu nowego ban­ku o kandydaturze pana - wskazał nieznacznie Or­lęckiego ruchem głowy.

W milczeniu, wzruszony szlachcic uścisnął dłoń Dzierżymirskiego. Ten ostatni zaś zastanowił się chwilę...

Kiedy czynić coś, to czynić zupełnie i wszech­stronnie, - pomyślał, a sięgnąwszy do kieszeni, dyskretnie począł długo szukać czegoś w portfelu... Zna­lazłszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Cre­dit Lyonnais", wskazujący sumę dwóch tysięcy fran­ków, rzekł swobodnie:

- Choć to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu opuszczać panie, - skło­nił się uprzejmie w stronę dwóch kobiet - jednak panie wybaczą, uczynić to będę zmuszony, i...

- Ależ, cóż znowu... - obruszyła się Orlęcka. - ­Obiad , podadzą w tej chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwróciła się do córki - każ dawać!..

- Dziękuję serdecznie! - skłonił się z uśmie­chem Dzierżymirski w stronę młodego dziewczęcia. ­- Wychodzę natychmiast, a to z powodu naglących spraw, które nieodzownie dziś jeszcze załatwić muszę...

- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie rękę do pani domu, a następnie do panny.

Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym wdziękiem i cicho rzekła:

- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szcze­re podziękowanie za to, co czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, dobrym i wdzięczność moja nie zapomni panu tego - nigdy!..

- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani będzie z tego korzystać... Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba najwięcej wrócić by rada do rodzinnego kraju?..

- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze:­ Wykołysały mnie nasze łany i lasy, wychowała ta ziemia nasza, tak piękna chyba, jak żadna!..

Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i skło­niwszy się raz jeszcze, zwrócił się z kolei do Orlęckiego.

- A do kochanego pana to mam jeszcze i in­teresik drobny... - wziął gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu:

- Rzecz przedstawia się, jak następuje - rzekł, o ile mógł, najpoważniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzędnikom nowego banku, na­turalnie protegowanym, daje się z góry na instala­cyę... Kwestyę te jednak obmówić trzeba poprzednio na zebraniu. Otóż, ponieważ pan, pomimo, że bank nie funkcyonuje jeszcze, za miesiąc najdalej musisz już być na miejscu, a to, w celu ulokowania się i objęc­ia, de nomine, wakansu ofiarowanej posady, ja zaś dopiero za miesięcy kilka tam będę - zatem...- Roman urwał, dobierając jakby w umyśle wyrazów. - Zatem - powtórzył - awansuję tu kochanemu, panu przekazem, sumę właściwą... Przypuszczam, będzie ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swo­im czasie przyznają panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl miałem? - dokończył Roman.

- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie człowiek!.. - wykrzyknął Orlęcki i po staropol­sku, uścisnąwszy go szczerze, podziękował, z za­pałem.

- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na żonę.­ Pan prezes na instalacyę awansuje mi, przekazem! - ­i szlachcic poinformował dobrodusznie, szczegółowo małżonkę o wspaniałomyślności Romana. Nastą­piły w ślad za tem ponowne podziękowania, wykrzy­kniki...

Odprowadzony aż do drzwi, żegnany serde­cznie i czule, Dzierżymirski wydostał się nare­szcie na schody, a potem na ulicę, sam pomimo woli wzruszony, z głową pełną najsprzeczniejszych myśli.

Gdy po niejakimś czasie, wracając z wolna do rzeczywistości, podniósł głowę, spostrzegł w pewnem oddaleniu przed sobą złoconą kopułę tumu Inwalidów. Tknięty nagłą myślą, z miejsca natychmiast skierował się ku furtce, a wyminąwszy ją i strzegą­cego wejścia kulawego inwalidę, znalazł się na ob­szernym placu tumu, odgrodzonego kratą od ulic miasta.

Wkrótce, po stopniach wschodów wstępować począł do wnętrza przybytku, kryjącego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona.

W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakiś potęgi niewidzialnej i grozy objął Romana natychmiast.

Cichym tylko szmerem rozlegały się tu kroki kilkunastu osób... Na dole, w szerokiem, na kształt basenu, pogłębieniu, drzemał olbrzymi sarkofag, z ce­glasto - wiśniowego marmuru...

Dzierżymirski zbliżył się do balustrady gro­bowca, i stanął smutny, cichy...

Wobec prochów możnego władcy poczuł się równocześnie drobnym, nikłym... Huczące jego tro­ki zmalały również - uspakajał się...

I myśli jego nagle wzięły również obrót zupeł­nie inny.

- Więc to tu - mówił sobie Roman - leży zwycięzca z pod Marengo, Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Więc tu spoczywają snem, nieprzebudzonym, wiecz­nym, prochy tego, wielkiego duchem - małego imperatora!..

Dawno bardzo nie bawiący już w Paryżu, pa­miętający go zaledwie w zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat młodzieńczych, Dzierżymirski, w skupieniu i z nabożeństwem w duszy, wpatrzony, milczący, z głową pochyloną, zadumał się przed trumną cesarza Francyi.

Wokoło niego z prawej i lewej strony, w we­wnętrznym półkręgu tumu, widniały wklęsłe pogłębienia, z grobowcami małymi; przed nim zaś, poza drzwiami do grobu, wznosił się rozpięty na krzyżu Syn Boży umęczony...

Dzierżymirski po chwili ocknął się z zamyślenia i postąpił wzdłuż kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejścia:

Zamknięte szczelnie drzwi pomnikowe połyski­wały hebanem czarnego marmuru; u progu ich i wscho­dów, wiodących do wnętrza "tombeau", w mundurze granatowym, poważny, ze wstęgami i orderami, brodaty, stary, stróżował inwalida...

Na górze zaś błyszczał wielki napis złocisty: "Je désire, que mes cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple francais, que j'avais tant aimé" *).

[*) "Pragnę, aby me prochy spoczęły u brzegów Se­kwany - wśród tego ludu francuskiego, który tak bardzo kochałem."]

Dzierżymirski patrzył, przejęty mimowolnie do głębi powagą, skupienia pełną, i jakąś melancholią rzewną, wiejącą od tego grobu zmarłego geniusza despoty, śniącego tu cicho, zapomnianego jakby w sa­mem sercu republikańskiego dziś Paryża.

Nagle, gdy poruszony, niemy, stał tak, wciąż, zamyślony, drgnął gwałtownie.

Bo oto w tejże samej chwili wybiła w ciszy głośno godzina czwarta, a z jej uderzeniem, jako sy­gnał zamykania już gmachu, raptowny, rozległ się właśnie odgłos bębna.

Grano bojową pobudkę... Donośnie rozchodził się w milczeniu uderzenia krótkie, wzbijały się pod strop wysoki, echem dudniły w zagłębieniach, arka­dach, owalnej kopule wysokiej.

- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez, sortez!.. - rozległ się jednocze­śnie twardy głos szwajcara, stróża Napoleono­wego grobowca... Postukując grubą laską, iść po­czął on i rozpędzać energicznie przed sobą, ku wyjściu rozsypanych po gmachu tam i ówdzie gości.

- Sortez! - rozkazujący, wojskowo - lakonicz­ny, - bezustanny rozbrzmiewał głos jego i mieszał się! z bojową fanfarą bębna!..

Dzierżymirski jednak nie ruszał się wcale z miej­sca przeciwnie. Wrósł jakby w ziemię; ucho jego łowiło łapczywie donośne, jędrne tony pobudki, wyobraźnia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, snuła mu przed oczyma obraz fantasmago­ryczny.

W gmachu panował mrok...

Ostatnie dźwięki surmy bojowej konały, a Ro­manowi zdało się, iż z milknącem coraz już dalszem echem bębna, poczynają oto zaludniać tum wspaniały jakieś wyrosłe jakby zewsząd mary i cienie poległej dawno Napoleońskiej gwardyi starej, i wyraźny o słuch jego obija się przy tem stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!..

Idą! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, sto­ją oto niezliczeni wokoło grobu wodza swego... Przebóg, cóż to jest?..

Huk jakiś rozlega się w gmachu - to marmur grobowca pęka, unosi się...

W trójgraniasty kapelusz przybrana, z założo­nemi na piersiach rękoma, staje wyraźnie przed wzrokiem Romana postać Napoleona - wodza!..

- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuż koło Dzierżymirskiego o posadzkę uderza ktoś zamaszyście.

- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heu­res... la consigne!.. - rozlega się głos twardy i szorstki.

Roman budzi się, rozgląda... A zirytowany na­tychmiast, że tak obcesowo przerwano mu jego widzenie marzące, gotów już jest a to rzucić w twarz stającemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakąś ostrą okolicznościową uwagę... Otwiera już usta, spoj­rzawszy jednak na twarz wybladłą, pooraną zmar­szczkami, o wyrazie pełnym melancholii i smutku, milknie.

W tych rysach bowiem czyta wyraźnie gniew tłumiony, lecz nie bezmyślny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakieś inne, szlachet­niejszej, podnioślejszej jakby natury, i mówić zda się:

- Ach idźcie, już idźcie!.. Odejdźcie wy wszy­scy, profanatorzy wstrętni, kalający te progi ciekawością banalną - nieprzystojnym szumem, hałasem, gadaniną i gwarem mącący bezmyślnie spokój i sen wieczny wielkiego imperatora!..

- Cóż wy? - mówiły z pogardą te szare smu­tno oczy starca. - Cóż wy, karły, nie ludzie dzi­siejsi, mali -wiedzieć możecie? Co sądzić o czynach olbrzymich "Jego?" Co odczuć? Cóż zrozumieć jeste­ście zdolni?..

Dzierżymirski z uwagą wpatrywał się dalej w stojącego przed nim niecierpliwie szwajcara - inwalidę.

Czyżby istotnie w umyśle tego starca uczucia podobne się kryły? - myślał i zatopiwszy raz jesz­cze, milcząc, badawcze spojrzenie w mętnych źrenicach starca, bez słowa, skierował się ku wyj­ściu z tumu.

Otworzono przed nim, zamknięte przed chwilą: z hukiem drzwi wchodowe, i zatrzaśnięto je poza nim.

Wydostawszy się na ulicę, Roman, znużony, wsiadł do pierwszej dorożki; tu zaś, ochłonąwszy nie­co od wzruszeń i wrażeń, porządkować zaczął w głośno zdarzenia minionych godzin kilku.

- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistości, chwytałem marę, cień ułudny!.. - mówił sobie w du­chu, z nagłą goryczą. - Pochłonięty wciąż jedną myślą, przybiegłem tutaj nadziei pełny, i znowu nic­ - zero!..

- O, ironio, niezrozumiała, dziwna!.. - dumał dalej. - Czyż nigdy nie trafię na ślad pewny? Czyż wiecznie, biczowany sumieniem, dręczyć się tak będę, zmuszony?

Dzierżymirski opuścił ręce na kolana, w zniechęceniu i pochylił nisko głowę. Z chwilową samotnością, z pogłębieniem się w siebie, wracała bezlitosna samowiedza, błędne koło tajonego w duszy cier­pienia zacieśniało się, wirowało, rzucając mu jedno­cześnie na ekran duszy wizerunek nagły własnego moralnego "ja".

Nie kryły go obsłony złociste, utkane z pozorów, zdolności osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poświęcenia dla drugich, szlachet­ności i wielu innych przymiotów, w które, jak w śnieżną, lamowaną purpurą, togę patrycyusza - przed ludźmi, przed światem, stroił się prezes Dzierżymirski...

Nie, był to szkielet tylko!.. Otulony w płachtę jaskrawą szalonej ambicyi, krył on za jej fałdami bagno moralne pamiętnej w życiu Romana chwili, gdy dla osobistego szczęścia, użycia, pogwałcił on był ety­kę społecznego prawa!..

Z tej kałuży jednak brudnej, a pozornie już za­pomnianej, wyrastał kwiat - niby niepokalana biała lilia - zasiany ziarnem silnych, choć podeptanych zasad, wszczepionych za młodu - kiełkujący, przy pomocy czujnego zawsze sumienia!..

Kwiatem tym - była chęć szlachetna, instynkto­wna, konieczna, oddania bądź co bądź, prawemu właścicielowi przywłaszczonych pieniędzy. Ona, wytrwała, popychała bezustannie Romana naprzód przed sie­bie; ona - ześrodkowywująca w sobie również najpięk­niejsze pierwiastki jego charakteru - zniewalała go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych. Jej to nie­wątpliwie zawdzięczał Dzierżymirski swój postępek z Orlęckim!..

I Romanowi w tej chwili mignął obraz wdzię­czności tych trojga ludzi ku niemu.

Znów tu więc fałsz mimowolny - życia ironia!..

Dzierżymirski westchnął. Pomimo jednak, iż czuł zgrzyt w duszy, rosło tam w nim jednocześnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane przez sub­telniejsze natury, po spełnieniu dobrego, lub szlachet­nego czynu.

Spojrzał wokoło weselej nieco... Dorożka mija­ła właśnie bardzo ożywioną dzielnicę miasta.

Na lewo widniała wieża St. Jaeques, a tuż obok kościół St. Germain -l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmożył się Luwr wspaniały.

Roman, zapłaciwszy woźnicę, wyskoczył z dorożki i skierował się ku muzeum.

Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego czynu, życia, pochłaniającego go całkowicie - Dzierżymirski poczuł nagle potrzebę nieodzowną, konieczną, odwrócenia jątrzących mu mózg myśli czemkolwiek, uciekał się więc znowu do koicielki-sztuki.

Niebawem przez jedno z licznych wejść wcho­dził do jej świątyni, pogrążonej w milczeniu, tchnącej­ majestatem zapatrzonych w siebie tworów ludzkiego geniusza, szybującego na skrzydłach artyzmu we wszelakich jego odmianach i fazach - wcielające­go piękno, by szło, niby tchnienie żywe, do dusz ludzkich, umiejących wznieść się i oderwać od po­ziomów!

Znajdował się w salach dolnych. Zabytki sta­rożytnej rzeźby romańskiej, greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich z epok różnych patrzyły na niego piękna wyrazem, ręką mistrzów zakutym w kamień i marmury...

Dzierżymirski, rozglądając się wokoło, szedł wolno, zamyślony.

Jak w kalejdoskopie, przesuwały się wciąż kolejn­o przed nim posągi, coraz piękniejsze.

Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku nie­mu biusty i srogie oblicza wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie modelo­wanem ciałem pochylały, gięły posągi Apollinów - rzymskiego dłuta, o rysach grubszych, pełnych męskości i siły, - greckiego, traktowane daleko subtel­niej z finezyą, o ciele jakby miękkszem i drobniej­szem, przedziwnie wykończone w szczegółach i wy­razach twarzy...

W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór oryginałów w Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej Aryadny, Laokoona, Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye piękna Venus, bieliły się bez liku dziesiątki rzeźb pomniejszych - stał Apollo z Lycyi, oparty o pień, koło którego obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z Paros, patrzył łagodnie na widza; o rysach drob­niutkich, w draperyi fałdach - wdzięczyła się grecka muza...

Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć się zmuszony, szedł pomimowolnie szybko, zatrzymu­jąc się jednak co chwila to krócej, to dłużej, znie­wolony ku temu pięknem, hojną ręką i dzięki nie­strudzonym zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoło.

Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi zajęła go jeszcze rzeźba Tyberyusza cesarza, okrytego fałdami togi, z ręką wyciągniętą przed siebie, w oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że oto już zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwró­ciły dwie postacie kobiece, zabytki, przeniesione z gre­ckich cmentarzy. Jedna z nich, owiana szatą przej­rzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, - druga, w takiejże pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w bolesnem pogrążona skupieniu, z prześli­cznie przytem wyrzeźbionem obliczem, przybrana w draperyę, której fałdy, wykończone subtelnie w marmurze, za lada powiewem poruszać się w oczach zdawały.

Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i szedł coraz dalej i dalej... Jednocześnie poddawał się stopniowo coraz bardziej urokom sztuki, a przypatrując się ciągle, z uwagą, okazom starożytnego dłuta - zapominał coraz bardziej o dręczących go myślach z przed chwili; czarne i smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho...

I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg z wyspy Paros... Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową włosów złamaną i biustem, bez rąk, z twarzą natomiast zachowaną doskonale. Póź­niej zachwyciła go z kolei "Venus accroupie" w mar­murze, również bez rąk, ze śladem na plecach odła­manej rączki Amora, potem znów dziesiątki rzeźb innych, jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich...

Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go jeszcze, względnie do otaczających maleńki bardzo posążek, zatytułowany "Amor, jako Hercules", następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna w swej prostocie, postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."

Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, opar­tej, w zadumie, bokiem o kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. Głowę pochyloną miała nieco, a upiększały ją włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną rączką podpierała oblicze, natchnione, o rysach drob­nych i subtelnych - drugą dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym wdziękiem...

Wymijając tłum nieruchomych posągów, gubiąc się wśród tych rzeźb, zadumanych, cichych, śniących jakby o wielkiej swej przeszłości - znalazł się wreszcie Roman niebawem w salce kwadratowej, małej, gdzie, otoczona sznurową baryerą - na wzniesieniu, ubranem bordo tkaniną, stała, królując, zda się, nad wszystkiem dokoła, perła zbiorów posągowych Lu­wru - Venus grecka z Milo.

Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na ławecz­ce, zdjął kapelusz i wpatrzył się w stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru.

Pozornie kroczyła ona...

Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzy­mując fałdów upadającej w pasie draperyi, zdawało się, że idzie, z szyją swą, wyciągniętą nieco naprzód, z oczyma przymrużonemi jakby, z włosami, karbowa­nemi z lekka i uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twa­rzą blondynki, anielską - boską!..

Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, Dzierżymirski oczu oderwać po prostu nie był w stanie...

On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu się w danej chwili zdawało - zapatrzenie się w siebie i dumę, ale zarazem i słodycz, zakutą w przedziwnej regularności rysie każdym, i choć sam osobi­ście nie odczuwał w rysach twarzy tej silnego pro­mienia wewnętrznego, jak zadumy lub marzenia - to jednak piękno linii królowało w nich - tak nie­podzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać mogło... A ciało?..

Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla oka widoczne... Z przodu, pod fałdami draperyi - czyniącej wrażenie, iż spada - w kilka zaś zgięć karbowanej z tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby, nie martwe, w ruchu kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych piersiach i biuście bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną przedziwnie w marmurze, miękką, jak w ciele żywem - subtelną linią prze­gięcia...

Czas mijał... Przesiedziawszy na ławeczce dość długo, Roman z trudnością powstał i oderwał się od arcydzieła sztuki. Spojrzał na zegarek - dochodziła piąta - godzina zamknięcia Luwru. Postanowił obej­rzeć jeszcze, choć pobieżnie, galeryę obrazów...

Skierował się spiesznie na pierwsze piętro gmachu. Minąwszy salę pierwszą, zatrzymał się w drugiej, maleńkiej. Dwa, dlań osobiście przepiękne, obra­zy zajęły całkiem jego uwagę.

Na jednym z nich, w aureoli blasków nad gło­wą, umarła, cicha, po fali sennej płynęła postać blada z twarzą anielską i łagodną, - to sławne dzieło Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiało ono na prawo, równolegle z wejściem do salki, na ścianie zaś bocznej od tego wejścia, w lewo, od innych odbijało wdziękiem, pędzla "Girodet - Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pięknego, jak marzenie, w posta­wie leżącej, pogrążonego we śnie głębokim. Na cudne ­oblicze boga Olimpu i zamknięte jego źrenice, z wysoka, prostopadły padał promień światła!.. Roman po chwili ruszył dalej...

Mijał teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzy­mie sale.

A w salach tych milczących, wielkich, unosił się jakby nadprzyrodzony jakiś duch idei piękna, zaklęty, olbrzymi i brał despotycznie w posiadanie każdego, kto korzył się przed kultem sztuki, czyja dusza, drgnieniem zachwytu, wyciągała w ekstazie ku jej nieśmiertelnemu czarowi pragnące swe ra­miona!

Najpierwsi mistrzowie szkoły włoskiej, fla­mandzkiej, francuskiej, hiszpańskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopom­nej sławy, wyglądali z ram dziełami, niewidzial­ną dłonią zatrzymywali, jakby przed sobą, mó­wiąc, zdawało się, do Romana dumnie: - "podzi­wiaj nas!.."

Idąc wciąż przed siebie w ten sposób, dotarł wkrótce Dzierżymirski, do sal ostatnich.

Było ich dwie; w jednej, podłużnej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa", pełno było przepysznych obrazów, wziętych przeważnie z życia królowej Ma­ryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej, noszącej miano "Van-Dycka", zwróciły uwagę Roma­na, wśród kilkunastu może dzieł tego mistrza, por­trety: Dzieci Karola I-go; jego samego, stojącego na tle krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i kardynała Richelieu'go, całego w purpurze.

Dotarłszy do końca pałacowych sal, Dzierżymir­ski puścił się w powrotną drogę, zaglądając tam i ówdzie, idąc, wracając - błądząc wśród tych drze­miących w chwale własnej, nieprzeliczonych dzieł pędzla - tworów talentu ludzi cenionych i wiel­kich...

Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastępowały mu drogę...

I Dzierżymirski przystawał ciągle... Zachwycał się niejednym obrazem, ustępującym może innym, pod względem piękna, lecz przemawiającym żywiej do indywidualnego jego poczucia i pojęcia sztuki.

Tak więc w jednej z sal zatrzymał się dłużej śliczną główką szkoły francuskiej, "Greuz'a", złotawąblond, z oczyma, wzniesionemi smutnie, w za­myśleniu błądzącemi gdzieś daleko, może w idea­łów niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchnącym melancholią i rozmarzeniem...

Tamże również zajęły go dwa obrazy tegoż mi­strza: pierwszy "La laitičre" przedstawiał rozwożą­cą nabiał młodą wiwandyerkę - wspartą, w zadumie cichej, o karego z białym łbem konia; drugi pod tytułem: "Rozbity dzban", wdzięczny nad wyraz, wyobrażał dziewczątko w bieli... Włosy miała ona roz­czesane skromnie na dwie strony, stroiło je białe kwiecie, - w fartuszku różowo - blade róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie dzban, a w całej twa­rzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej naiwnej rozpaczy.

Dzierżymirski coraz szybciej wymijał sale; nie ­znalazł się w galeryi podłużnej i olbrzymiej, w kształcie salonowego korytarza, szerokiego i prze­stronnego.

Na ścianach wisiało tu wiele pięknych okazów; między innemi zatem dzieła Rafaela Sanzio, jak na przykład ­portret Joanny d'Aragon, w purpurowej sukn­i, przetkanej złotem, Ś-go Jana Chrzciciela, oraz śliczny portrecik młodego człowieka, o włosach blond, w czapeczce czarnej, podpartego, w zamyśleniu i parę innych tegoż mistrza.

Patrzyły tu również na Romana rzędem liczne dzieła Marina, jak Urodzenie Najświętszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpańskiemu Ribe­rze, występował z ram postacią umarłego Chrystusa, o twarzy przedziwnie spokojnej, w wypoczynku jak­by po bólu pozostającej - z ciałem ran pełnem, ocie­kającem, zda się, krwią ciepłą jeszcze... Bitwa Sal­vatora Rosy tamże nęciła oko realizmem i grozą - dziesiątki, setki obrazów zatrzymywały spojrzenie, a wreszcie dwa z nich najbardziej; pędzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus...

Oba przedstawiały ciemnookich, pięknych mło­dzianów, o bujnie i naturalnie kręcących się włosach, cerze śniadej i dziwnie wiele, mówiących twarzy, zbli­żonych rysami do siebie...

Obrazy te, w ogólnym zarysie, również zlewa­ły się ze sobą. Nagłem skojarzeniem myśli, przypomniały one Romanowi, podobnież nieco traktowaną głowę o włosach, złotawo - miedzianych, pędzla Ferra­ri'ego, w Pinakotece Medyolańskiej. Przedstawiała ona Matkę Bożą, całą w czerwieni, z przechyloną w tył głową i przymkniętemi oczyma, z wyrazem nadziem­skiego upojenia, gdy Dzieciątko Jezus równocześnie wyciąga przed siebie w przestrzeń swe rączyny maleńkie, jak gdyby niemi pochwycić coś w powietrzu pragnęło...

I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzier­żymirskiego spłynęła fala wspomnień...

Mignął mu więc przed wewnętrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezeń leżały jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak żywe, przeszłemi latami zamglone...

Z powiewem zaś lat tych minionych, z przeszłości tchnieniem, w mózgu Romana znowu zaświdrowały wyrzuty sumienia, dawne - te same.

Zadumany, powracał Dzierżymirski, kierując się w olbrzymie sale ku wyjściu, opanowany na nowo - wewnętrzną troską - niezdolny obecnie po prostu patrzeć na dzieła sztuki.

Poza tem zresztą i czasu na to nie było... Za­mykano już Luwr.

Spieszono się powszechnie. Rozrzuceni tam i ów­ turyści - malarze, dyletanci pędzla, kopiujący tu zapamiętale od samego rana na rozstawionych sta­lugach wszędy, hałaśliwie składali swe przybory, a odgłos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzącej tłumnie gromady ludzkiej, przeciągłem echem od­bijały się o ściany i próżnię olbrzymich sal mu­zeum.

Wyludniały się one nader szybko; niebawem ci­sza utulać zaczęła stopniowo twory człowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i niewidzialny pozostał tu tylko, zda się, król Piękna - bóg Sztuki!..

W dziesięć może minut później Dzierżymirski wychodził na ulicę, gdzie zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej : "Metropolitain­", po schodach spuszczać się zaczął ku stacyi.

Zagłębiony w myślach, kupił Roman machinal­nie bilet na prawo jazdy i wyszedł na peron podziemnej poczekalni. W głowie jego, wśród myśli wielu, nieukształtowany jeszcze, niewyraźny, zakiełkował projekt opuszczenia Paryża, nieprzedstawiającego dlań już teraz, jako pobyt, celu żadnego, i udania się do - Medyolanu...

W tej samej chwili, z chrzęstem, świstem, wpadł na platformę zręczny, mały, elektryczny pociąg miejski.

- Louvre!.. Louvre!.. - wrzaśnięto donośnie, kilkanaście drzwiczek u wagonów otworzyło się spiesznie... Wysypała się z nich garstka ludzi, partya druga szybko zajęła ich miejsce, Dzierżymirski wsko­czył za innymi do pociągu, z wielkim pośpiechem, nie minęła bowiem minuta, gdy już zatrzaśnięto na ­powrót z hałasem u wagoników wszystkie drzwiczki.

Kolejka ruszyła z miejsca pędem prawie, zanu­rzyła się i zniknęła, jak zmyta, w oświetlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami czeluści ciemnej podziemnego tunelu, biegnącego, jak wiadomo, pod większą częścią nadsekwańskiej stolicy.

-----------

Letnie, upalne popołudnie drzemało jeszcze nad ziemią, skwarne jednak słońca promienie zniżać się już poczynały stopniowo...

Ochoczo uwijały się po polach dziewczęta robo­cze, w swych krótkich kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w ręku, żnąc zboże, układając je w snopy i kopy, a z łąk i łanów dalszych odzywało się od czasu do czasu ryt­miczne ostrzeżenie kos i ich chrzęst w ślad za tem, ścinający trawy, owsy i jęczmienie, rozlegał się echem miarowem.

W otaczające go, tętniące ruchem i pracą pola zapatrzony, na ciemnem tle parku nieposzlakowanie biały ­ milcząco wsłuchiwał się dwór gowartowski w od­głosy, idące z łanów dalekich.

Na werandzie, w głębokim fotelu siedziała marszałkowa Warnicka, pracując z zajęciem nad robótką ręczną; dalej nieco, w parku, poprzez drzewa alei migała jasna letnia suknia kobieca i sylwetka siedzącego obok niej mężczyzny; przez otwarte na ście­żaj wreszcie tuż koło balkonu okno saloniku dolaty­wały dwa męskie głosy, zmieszane z miarowemi uderzeniami kul bilardowych.

W saloniku owym grali w karambole Łady­żyński z Krasnostawskim.

- Patrz, młodzieńcze, i ucz się! - mówił w tej chwili pan Emil, pochylony nad bilardem.

Biała bila jego, musnąwszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli, wracała właśnie teraz posłuszna, dotykając lekko stojącej opodal trzeciej żółtej bili.

- Aha!.. - wykrzyknął z tryumfem Ładyżyński. - Uderzenie znakomite, a rzadkie, jak kruk biały!..

Spojrzał na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do okna, stał gdzieś zapatrzony, przez grzeczność w ostatniej tylko chwili obróciwszy się szybko ku mówiącemu.

- Barbarzyńco! - wykrzyknął Ładyżyński, obu­rzony szczerze.

- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na se­ryo zatem nie widziałeś pan wcale ?

- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował Krasnostawski, zmieszany nieco.

Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i mruk­nął złośliwie:

- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, que je sache, nie spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczęsnojej... A tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug iścię wspaniały...

I wskazując dłonią stojące kule, objaśnił już spokojnie:

- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie ­- tyłem, przez pięć band, i serya notabene gotowa ­- pochwalił się.

- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - odpowiedział sam sobie pan Emil, - osiemdzie­siąt sześć!... Przepadłeś pan z kretesem. Za chwilę - requiescat in pace!..

Przy tych słowach, Ładyżyński pochylił się znów bilardem. Pod wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zręcznie, posypały się nie­bawem liczne karambole.

Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony.

- Ta zdradziła Radziwiłła!.. - wykrzyknął w tej chwili pan Emil. - Chybiłem - graj pan!..

Krasnostawski z kolei zrobił kilka dość umiejętnych karamboli.

- Brawo, bravissimo! - potakiwał Ładyżyński ­- Z jakim przestajesz, takim się stajesz, niedar­mo tak głosi przysłowie...

A ze znawstwem, śledząc dalej uważnie grę part­nera, dorzucił jeszcze, w rodzaju pochwały:

- Czołem, czołem!.. Wstępujesz w me ślady.... bardzo dobrze, wcale nieźle!...

Krasnostawski, z przymusem, uśmiechnął się lek­ko, po paru uderzeniach wreszcie chybił.

- Przeszła, minęła, jak sen jaki złoty! - zadeklamował Ładyżyński, z patosem. - zgubionyś młodzieńcze! - dorzucił, i pochylił się nad suknem zielonem.

- Gram z tyłu - poinformował - ostatni, śmier­telny cios...

Pchnięta, nakredowaną poprzednio starannie, muszką kija - biała kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze - niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnęła cicho dwie pozostałe bilardowe kule.

- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnął z ulgą pan Emil.

- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- Dzię­kuję panu za partyę! - podał uprzejmie rękę Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę.

- Służę panu! - rzekł, wyciągając ją w stronę młodego człowieka.

- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, skłoniwszy się grzecznie, wziął papierosa, podsu­wając jednocześnie Ładyżyńskiemu zapaloną zapałkę. - Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmacha­łem się nie gorzej od mołodycy, na polu przy bura­kach! - westchnął.

Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie.

W ciszy pokoju słychać było teraz wyraźnie je­dnostajne brzęczenie much; zniżające się słońce ścieliło swe promienie po zielonej powierzchni bilardowego sukna - salonik tonął cały w półświatłach koń­czącego się letniego popołudnia.

Nagle firanki u okien poruszyły się gwałto­wnie - ktoś drzwi otwierał...

Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubra­niu, stanął lokajczyk, młode chłopię...

- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja - to nie!

- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski ­- Zresztą nie mogę, mam dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! - Żegnam pana! - dorzucił ­uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do Ładyżyńskiego.

- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając się z miejsca, odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni.

Krasnostawski, niby szukając czegoś po pokoju, zbliżył się zręcznie do okna, posławszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu.

Siedząc wciąż na swem miejscu, Ładyżyński śledził spod okna, a usta skrzywiły mu się przy tem sarkastycznie.

- Cóż to tak zapamiętale pan szukasz? - rzucił ironicznie - serca, czy głowy?

- O, nie... tylko kapelusza!.. - odciął chłodno Krasnostawski, i rzuciwszy siedzącemu powtórnie pożegnanie uprzejme, wyszedł z saloniku.

- Hm... hm!.. - mruknął do siebie stary kawaler, i powstał.

- Wyczyść bilard szczotką tak, jakem cię nauczył na wskos, nicponiu!.. - rozkazał kręcącemu się po pokoju lokajczykowi, i strzepnąwszy ubranie, opuścił bilardową salkę, zmierzając ku werandzie.

- Zawsze przy pracy, pani marszałkowo! - powitał siedzącą przy robótce panią Melanję i usiadł wygodnie na bujającym się fotelu.

- No, i pan, panie Emilu, pracowałeś także - uśmiechnęła się łagodnie matrona. - Stąd słyszałam, jak stukały karambole i postępował raźno wykład gry bilardowej...

- Ano, trudno!.. Trzeba pouczać młodych! - odparł pan Emil i uśmiechnął się swoim zwyczajem. ­A gdzież to młoda para? - rzucił.

Marszałkowa nie zrozumiała pytania. - Jak to? - ­zdziwiła się.

- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił niedbale, kołysząc się leciutko w fotelu.

- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - są w ogrodzie - dodała spokojnie. - A pan Bolesław gdzież się znajduje? - zapytała z kolei.

- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy trzydzieści i jedno spojrzeń tęsknych w stronę ogro­du i przechadzających się tam ludzi, uciekł do do­mu - odpowiedział pan Emil.

- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzieć coś niepotrzebnego! - obru­szyła się, z widocznem niezadowoleniem, marszał­kowa.

- To tak tylko dla kontrastu z panią marszał­kową! - odparł słodziutkim tonem, układnie pan Emil i uśmiechnął się szyderczo.

- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała gło­wą staruszka. - Żeby to tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam panią marszałkowę - pod­chwycił Ładyżyński. - Wracając jednak do poprze­dniej prozy życia, i jego wypadków - ciągnął wol­no - ciekawym, czemu ten Roman nie wraca?..

- A! - żywo odparła pani Warnicka. - Zapomniałam powiedzieć panu... Wczoraj wieczorem był list od niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd udał się prosto z Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu, gdzie zabawi dłużej...

- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że też prezesuniowi kochanemu nie tęskno: do żony primo, do mnie - secundo, to się wydziwić temu nie mo­gę - wygłosił całkiem seryo.

Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu, Ładyżyński mówił zaś dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:

- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O wpół do szóstej zaczęliśmy grać z Krasnostawskim partyj­kę, a panią marszałkowę pozostawiliśmy wszyscy tu na balkonie samotną... Tiens... tiens... jak to czas leci.

Pan Emil spojrzał na ogród, szukając coś oczyma i w tejże samej chwili zerknął na marszałkowę. Ta ostatnia również wysłała spojrzenie do par­ku. Złośliwie nieco wykrzywił usta pan Emil i wpa­trzył się badawczo w twarz staruszki, lecz ta obojętnie ­całkiem odwróciła po chwili głowę i kończyła spokojnie robótkę.

Zapanowało milczenie.

- Dziwny aforyzm przychodzi mi do głowy! - odezwał się Ładyżyński, w parę minut później.

- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do głowy?.. - zaśmiała się staruszka.

- Piękna kobieta - wygłosił z patosem pan Emil - to częstokroć wcielenie ślepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewską swą łaską nie zasłużonych, lecz szczęśliwych, choć wszyscy, ni­by gracze, pragnęliby w duchu wygrać najwyższą tylko stawkę...

Siwe oczy marszałkowej na chwilę zabłysły ro­zumnie, i odparła lekko, w tym samym tonie:

- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya na­gle objawiła się w panu! - pochwaliła ironicznie i dodała: - Ja nie wiem, doprawdy, czy potrafię, skromna, wznieść się na takie wyżyny... Lecz i mnie rów­nież, dziwnym zbiegiem okoliczności, aforyzm świta w myśli:

I po chwili pani Melanja wygłosiła z przyciskiem:

- Podejrzliwość - to wcielenie satanizmu!.. Oczernić, zbrukać potrafi najczystsze, śnieżne jagnię, tem gorsze zaś ono, że uwierzą mu ludzie, goniący, z rozkoszą, za obmową, choćby nią był i fałsz wie­rutny!..

- Les beaux esprits se rencontrent! - wyce­dził w półukłonie pan Emil, i zamilkł.

- No, żegnam kochanego pana! - odpowie­działa marszałkowa, i powstała ciężko z fote­lu. - Idę - ciągnęła - wydać rozporządzenia do wieczerzy, bo gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a pana - tu uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam sam na sam z aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka złośli­wie nieco, i znikła we drzwiach salonowych.

Ładyżyński, po wyjściu marszałkowej, zapalił pa­pierosa i zamaszyście począł kołysać się na biegunach fotelu.

- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - mruknął z cicha. - Ja mam swój rozum i węch świetny. O, co do tego, to zapewnić mogę, że nos mam wyborny!.. - dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął po­wietrze, i powstawszy, zeszedł po stopniach schodów balkonu.

Spojrzał znowu na zegarek i mruknął:

- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół godziny sam na sam mówić ze sobą mogą dwo­je młodych ludzi, jeśli nie o miłoś... Psst! - syknął głośno i położył sobie na ustach palce. - Podejrzliwość albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - dokończył, i zaśmiał się znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął do siebie jeszcze i skie­rował się do ogrodu.

Słońce zachodziło właśnie. Białe ściany gowartowskiego domu gorzały czerwienią, błyszczały, złociły się okna, dach blaszany żarzył się, jak głownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie zaróżowiały się, rumieniły brzozy, mieniły od gasnących pro­mieni, w odblaski polerowanej miedzi, dęby, lipy, topole...

Ładyżyński, zagłębiał się dalej i dalej w ogród, idąc krokiem pewnym, aż znikł, pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew wierzchołkami zrosłej ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały spełznąć na niczem. Młodej pary, jak ją pan Emil żartami nazwał, nie było już w ogrodzie.

Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy się na skraju parku i łanów szerokich, opuścili ogrodową aleję, pociągnięci współwzajemnie czarem prze­chadzki po zielonej, biegnącej wśród pól, ugorów, łączce, w przedwieczornej świeżości skąpanej całej.

Gawędząc, śmiejąc się i przekomarzając na ­przemian bezustannie, oddalili się oni nawet już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego natural­nie wcale.

Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyśpieszył Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobliżu Gowartowa dóbr swoich "Szczę­snaja".

Bawił już tu przeszło od sześciu tygodni, będąc nader częstym gościem osamotnionej prezesowej Dzierżymirskiej; Ola zaś, nie mająca prawie tu ni rozrywki, ni towarzystwa żadnego, zazwyczaj niezmiernie mu rada była.

Topolski zaś ze swej strony podobać się mógł tylko. Ogładzonych form światowych, przystojny i miły, był również bardzo inteligentnym, a lekki pokład idealnego marzycielstwa, w kontraście połączony ze szczyptą sceptycyzmu, czynił go interesują­cym bardzo, szczególniej dla kobiet. W kole płci pięknej czuł się zawsze panem... Posiadając wrażli­wość czułostkową przyrodzoną, rozumiał on kobiety przytem stokroć lepiej od innych mężczyzn, odczuwał je subtelnie, - w podbijaniu zaś serc niewieścich, cierpliwem i umiejętnem, - mistrzem go nazy­wano.

Próżniacze życie jego, zjadającego dochody "pan­ka", zabarwione tylko z lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem się sztuką, oraz podróżowaniem po świecie - składało się też przeważnie z krót­szych lub dłuższych miłostek, z łańcucha: "bonnes fortunes", które, jak ogniwa, ze sobą bezustannie łączyć sie starał.

Poznawszy Olę Dzierżymirską, Topolski po­stanowił zdobyć ją nieodzownie. W tym celu więc dowiedziawszy się o bytności Romana Dzierżymirskiego za granicą, przyspieszył wyjazd na Ukrainę, i od dwóch już niespełna miesięcy pracował wytrwale, powoli, ze znawstwem swej sztuki, cegiełka za cegiełką, budując swe przyszłe, jak nazywał - szczęście!

Z początku było mu niezmiernie trudno skie­rować, pchnąć Olę, choć nieznacznie tylko, na swe tory.

Gra ta, złożona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej znajomości "kobiety," parokrotnie srodze zawiodła go z Olą Dzierżymirską. Lecz po paru już tygodniach uczuł Topolski wreszcie grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfował skrycie - i szedł dalej...

Dziś zaś, po tygodniach sześciu pobytu, miał on już za sobą małą przeszłość w tym względzie; między nim, a Olą mianowicie biegła nić trwała obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekań, paradoksów, określeń - garść faktów jednak na pozór nic nie znaczących prawie...

A więc, na przykład, gdy w gronie osób po­stronnych, trzecich, toczyła się rozmowa o temacie, poruszonym już przez nich dwojga niegdyś w pogawędce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuk­i, literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków pospolitych codziennego życia - usta ich uśmie­chały się nieznacznie, a równocześnie oczy spotykały się, posłuszne...

To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdąży­ło wymówić myśl jakąś, częstokroć drugie, chwytało ją szybko już w lot i na nie wypowiedziane, a przeczute słowa, dawało trafną odpowiedź, lub rzucało aforyzm dwuznaczny, mający li tylko dla nich dwoj­ga znaczenie, dla innych niezrozumiały często wca­le - poruszający zaś sobą wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspólne...

Szukali się wzajemnie również, unikając towa­rzystwa drugich, pragnąc zawsze być ze sobą, wyłącznie sami.

A po za tem? Och, określić nawet trudno.

Dziesiątki, setki, tysiące maleńkich, nikłych zda­rzeń, powikłań, chwil, chwilek, słów, słówek, gestów, drgnień twarzy, uśmiechów, niedomówionych spojrzeń, uściśnień dłoni, przyjaźniejszych, czulszych - w nieskończoność biegnąc, zacieśniały ich dwie duchowe jaźnie coraz bardziej, motały ich ze sobą i z nit­ki początkowo pojedynczej tylko, czas uprządł tkaninę przędzę niewidzialną, a nierozerwalną już jednak, co silnie, a trwale złączyła ich w końcu ze sobą!

I Topolski, błąkający się z początku w swej grze trudnej zaplątał się sam wkrótce, nie wiedząc nawet kiedy, w zastawione zręcznie na Olę sieci.

Serce w nim obudziło się po raz pierwszy może w życiu!.. On, motyl niestały, powierz­chownie tylko kochliwy, w każdej zamężnej, wdzięcznej buzi - zakochał się na seryo w Oli!

Dziś od dwóch godzin przeszło, w słów dobie­ranych szermierce, flirtował z nią - teraz już dlań ukochaną, a przez to samo upragnioną jeszcze bar­dziej.

Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, mu­zyce i sztuce, to jest o tem, co zajmowało ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od przędzy codziennego życia.

On wspominał i opowiadał barwnie wrażenia licznych podróży, dowcipkował, śmiał się, przytomny bezustannie gry swojej; Ola słuchała mówiła, opowiadała z kolei wiele sama... Jak w złocie łanów zboża, jednostajnem od maków purpurowych i bławatnych chabrów, roiło się w tej ich słów gawędzie od dwuznaczników, w lekką formę obleczonych ze strony Topolskiego oświadczyn i półsłówek - połowicznem niedomówieniem wiele mówią­cych nieraz rzeczy!..

Przed chwilą, słońce ułożyło się do snu. To­polski kończył jednocześnie wywołane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczącego się wschodu słońca obserwowanego z wierzchołka góry "Mont Blanc," spowiadając się z wrażenia podniosłego, doznanego wysoko!..

Słowa pełne zapału, efektowne, zamarły mu właśnie na ustach, na których spojrzeniem całem zawisła artystyczna dusza idącej obok niego kobiety.

Zapanowało pomiędzy niemi chwilowe milczenie:

Ze stepu tymczasem, z łanów, płynęły wonie zbóż, i polnych kwiatów; żaby i chruściele odzywa­ły się w moczarach łączki - czar letniego gasnącego dnia chwytał za duszę...

- Wie pan, żeśmy porządnie od domu daleko! - ­pierwsza wesoło zaśmiała się Ola.

- A tak? - zadziwił się niby Topolski. - To wracajmy! - rzekł niechętnie.

Zawrócili. Szli wolno czas jakiś, pomimo woli zamyśleni.

- Tak, pani - przemówił Topolski, snać błą­dząc jeszcze myślą hen, daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrażenie to było tak silnem, iż nie zapomnę go do końca życia. - I wie pani? - dorzucił, z uśmiechem dziwnym i nagłym - o czem mimo woli pomyślałem w owej uroczystej chwili, gdy pierwszy promyk słońca ozłocił cypl śnieżny "Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie.

- No, ciekawam bardzo? - zapytała Ola i spoj­rzenie piękne utkwiła w twarzy młodego czło­wieka.

- O kobiecie!.. - odrzekł Topolski, i zaśmiał się; nie otrzymawszy zaś na to żadnej odpowiedzi, spojrzał po chwili spod oka na Olę.

Z pięknej twarzy młodej kobiety, jakby odpę­dzany umyślnie, pierzchał cień wyraźnego niezadowolenia; Topolski się spostrzegł, iż postąpił niezręcznie, wiedział bowiem z wieloletniej praktyki do­skonale, że nie należy nigdy wobec kobiety, o któ­rej względy ci chodzi, wspominać dobitnie, że przed nią była inna. Poprawił się natychmiast.

- To jest... źle mówię!.. - rzekł seryo całkiem, uśmiechnąwszy się atoli w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej myślałem wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecości!..

- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdzi­wiła się Ola. - Cóż bowiem wspólnego ma wschód słońca...

- O, i bardzo! - przerwał Topolski - przynaj­mniej dla mnie... Bo gdy, stojąc na wysokościach niebotycznych, - ciągnął, zapalając się do słów własnych - ujrzałem nagle, jak zaróżowiona silnie ju­trzenka prysła snopem promieni, jak całując jakby po ­prostu okoliczne szczyty, niepokalane, śnieżne - objęła w ramiona zwycięskie świat cały, tak rozpromie­niony za jej przybyciem, tak wyraźnie szczęśliwy! - Topolski umilkł na chwilę...

- Skojarzeniem myśli, może dziwnem w istocie w Chwili danej - kończył już spokojniej - porównałem majestatyczne, królewskie słońce do uczucia ko­biety - miłości bezbrzeżnej, wielkiej, która również swą potęgą i blaskiem rozjaśnić, uszczęśliwić może człowieka, tak, jak "ono," tam, na wysokościach - świat cały!..

- Och, jakiż poeta z pana! - zauważyła, z uśmiechem, Ola i umilkła, poczem jednak dorzuciła całkiem poważnie:

- Aczkolwiek mnie osobiście na razie myśl ta do głowy nie przyszłaby może, gdybym się tam znajdowała na pańskiem miejscu, rozumiem ją jednak i odczuwam doskonale...

- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycił Topolski. - Pani przyznaje - ciągnął, - że egzystuje poniekąd w pojęciach tych analogia pewna... Słuchając pani jednak, przychodzi mi do głowy jedno spostrzeżenie... - zatrzymał się...

- Musiała pani - i instynktownie Topolski na­dał głosowi brzmienie łagodne, czułe - w życiu swem kochać kogoś bardzo...

- Dlaczego? - zapytała z uśmiechem Ola.

- Bo inaczej nie zrozumiała i nie odczułaby pani wrażenia mego! - rzucił po francusku Topolski.

- Kochałam! - odparła stanowczo, w tymże ję­zyku, Ola.

- Kogóż, jeśli spytać wolno i jeśli to nie jest żadną tajemnicą stanu?

- Męża! - odparła po polsku, lakonicznie Ola, patrząc ironicznie nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywił się z lekka.

- Ach, ja nie myślałem o tem zgoła... Męża powinno się kochać... Zresztą - uśmiechnął się zło­śliwie - użyła pani czasu przeszłego... Kochałam, j'ai aimé - ciągnął ironicznie, - wszak, o ile mnie pa­mięć grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé défini... - zaakcentował wyraz ostatni.

- Och, jakże pan łapiesz za słowa! - zaśmiała się nieszczerze trochę Ola. - Przy tem zapragnąłeś pan pochwalić się znajomością francuskiej grammatyki, i nie udało się... J'ai aimé - to passé, indéfini - odcięła.

- Ach, alors votre amour, madame... est inde­fini? - nie pozostał dłużnym Topolski.

- Ech, nieznośnym się pan stajesz! - zaśmiała się młoda kobieta. - Ot lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazała ruchem ręki niebo, widocznie pra­gnąc zmienić temat rozmowy. - Jakie piękne chmurki, nieprawdaż?..

Topolski wolno zwrócił głowę, we wskazanym kierunku.

- Prześliczne! - potwierdził.

Niby zaróżowione, zdrowe, w aureoli złocistych włosów, buziaczki zasypiających rzędem obok siebie smacznie dorodnych dziatek, układały się do snu na niebieskawo-perłowem tle nieba obłoczki małe, koralowo-złote, - zaklęte jakby cudownie w ostatnim odblasku śpiącego już słońca.

Dłuższy czas stali Topolski z Olą, zapatrzeni w grę świateł wieczora; po niejakimś czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta spojrzała przed siebie.

- Regardez! - przerwała milczenie swym mile brzmiącym głosem. - Wszak to Krasnostawski, prawda? - zwróciła się do towarzysza, pokazując mu ruchem głowy zbliżającego się pędem ku nim jeźdźca.

- Tak. Zdaje się, że to jaśnie pan plenipotent pomyka - odparł z przekąsem Topolski, z zaakcentowaną rozmyślnie obojętnością w głosie.

Tymczasem kasztanek złotawy, parskając cicho, przemknął tuż koło nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek chłodnym nieco, i nie zatrzymując się wcale, skłonił się Krasnostawski stojącej parze.

Topolski i Ola w ślad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiając znów żywo ze sobą, jeździec zaś, na wskos przeciąwszy łączkę, wspinać się zaczął po pochyłości jaru. Z lekkiego początkowo pod górę truchcika, koń przeszedł w wolnego stępa...

W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodziły wyraźnie słowa i śmiechy idącej łączką pary.

Młody człowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicrutą, pochwycił cugle, i pomknął dalej...

- Że też im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mruknął.

Obecność ciągła Topolskiego przy Oli gniewała niepomiernie młodego plenipotenta. Znał on, jak wiadomo, dzisiejszą dziedziczkę Gowartowa od lat blisko dziesięciu. Dziewczęciem jeszcze podobała mu się ona bardzo.

A potem?.. Wszak pamięta doskonale tę chwilę, gdy dowiedział się on od starego Gowartowskiego, że Ola uciekła z Dzierżymirskim... Dziwnego, och, niepojętego dlań nawet, na razie doznał wówczas wrażenia! Po śmierci zaś pana Januarego i przyjeździe młodych, przypadek bardziej jeszcze zbliżył go do niej, a było nim powtórzenie zbolałej córce dosłownie ostatnich chwil ojca i słów jego, pełnych przebaczenia...

Fakt ten, na pozór drobny, stał się jednak dla Krasnostawskiego wysoce poważnym, postawił go bowiem wobec nowych chlebodawców na przyjaznej, poufałej niemal stopie, i takim dotąd bez zmiany pozostał.

Co rok, gdy Dzierżymirscy przyjeżdżali do siebie na wieś, pierwszy witał ich na progu Krasnostawski, bywając potem zawsze stale co dzień niemal w Gowartowie... Dzierżymirscy traktowali go, jak równego im zupełnie, naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez różnicy, o każdej dnia porze, ze względu zaś na dobre wychowanie jego, i wspomnienie, iż do snu wiecznego zamknął był Gowartowskiemu powieki, uważano go nawet jakby za należącego do rodziny.

Czuł się zatem młody pan plenipotent w pałacu, jak u siebie w domu, zastępował mu on strzechę rodzinną, której nie posiadał wcale i trwało tak rok rocznie przez kilka letnich miesięcy. Potem znów następowała dlań długa przerwa; - gospodarstwo, samotność, nuda i wyczekiwanie z upragnieniem chwili przyjazdu Dzierżymirskich! Powtarzało się to bezzmiennie przez lat ubiegłych parę, i przez czas ten cały stała się rzecz, której z łatwością domyśleć się można było...

Explore with AITake your curiosity a little further.

Reading settings