Front matter (continued 3)
Reading edition
Doktór przyjaźnie spojrzał na młodzieńca, uśmiechnął się z dobrocią i rzekł:
- No, zmęczony jesteś, kochany panie, podróż, mości dobrodzieju, wspomnienia po niej miłe zapewne, panie tego - tu poklepał Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciągnął dalej seryo - wyśpij się pan i jutro tam pojedziesz, bo zresztą, mówiąc między nami, przeszkadzać tam tylko będziesz... Niech śpi sobie, nieborak, klucznica i służba przypilnują go. Ba ! żeby to tylko zawsze tak było, jak dziś....
- Jak to? więc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów głosem zapytał Krasnostawski.
- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźnił szorstko doktór i widocznie nadrabiając miną, dorzucił. - Wam wszystkim się zdaje, że doktór to prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy ja wiem zresztą - wszystko w ręku Najwyższego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor wyciągnął rękę na pożegnanie.
Krasnostawskiemu twarz spochmurniała, i niepokój wyraźny odbił się na niej; odczuł nerwami, czego nie było w słowach doktora i co on usiłował widocznie pokryć przed nim na razie, i posmutniał jeszcze bardziej.
Jednocześnie jakiś jakby wyrzut sumienia wezbrał mimo woli w jego duszy, iż on tak długo pozostawił starca w samotności, bez opieki, sam bawiąc się wesoło. Pożegnawszy lekarza, pomógł mu wsiąść do bryczki.
- Jakże tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, żony, dzieci?... - bąknął, aby coś powiedzieć.
- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziękuję, dobranoc!
- Dobranoc! - powtórzył, jak echo, Krasnostawski, i ruszył do swego pojazdu.
- Czohoś meni ne skazał, szczo pan słabujut - rzucił wymówkę furmanowi.
Tenże odparł lakonicznie:
- Zabuł, pane!
- Do Tomaszówki! - rozkazał Krasnostawski.
Powozik ruszył w dalszą drogę. Turkot jego w milczeniu nocy połączył się z cichnącym coraz bardziej odgłosem kół i dzwonków nejtyczanki lekarza, a dwa kagańce, w dwie przeciwne strony, rzuciły znowu ruchome swe kręgi krwawe w pasmo uśpionych, kirem nocy pokrytych, obszarów. Oddalając się od siebie, długo tak na horyzoncie, malejąc coraz bardziej, świeciły ich łuczywa, aż wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakiś purpurowymi punkcikami na niezmierzonych płaszczyznach - spełzły całkiem na widnokręgu, znikłszy, zlawszy się z ciemnością, która wchłonęła je w siebie.
Turkot na trakcie ucichł. Szeroka taśma ukraińskiego szlaku, rozjaśniona na chwilę, znikła i czarność jeszcze większa zawisła nad polami, stepami i krzyżami kurhanów.
W milczeniu nocy, pełnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko dokoła zapadło w sen twardy i cichy.
---------
- Bo ty nie wiesz, nie czujesz może i nie przypuszczasz nawet, jak ja cię kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdroższy, ty moje życie, me wszystko!... - szeptał gorąco Dzierżymirski, nachyliwszy się ku Oli i tuląc ją do siebie.
- Ty zdać sobie sprawy nie potrafisz - ciągnął dalej, zapalając się coraz bardziej do słów własnych - ile ja gotów jestem rzeczy najdroższych nawet - poświęcić dla ciebie, co dla cię zdolnym stłumić, przecierpieć!... Ja gdybym był cię nie posiadł - podeptałbym bez namysłu wszelkie prawa ludzkie, jeśliby one stanąć mi śmiały wówczas oporem do zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie wiesz!...
Roman, pobladłszy, umilkł. Chmura osiadła mu na czole, skrzywienie bolesne zadrgało w ust kącikach. Pochylił na moment głowę.
Och, czemuż nie mógł, czemuż, powiedzieć jej Oli, wszystkiego?.. Na ustach mu drżało, przemocą prawie wyrywało się z nich wyznanie przeszłości, zdusił je jednak, wtłumił w siebie, z obawy, by te piękne lica ukochane nie odwróciły się odeń z pogardą. Po chwili znów mówił:
- Tak, ty obszaru, ty głębi uczucia, które wre we mnie, które dla ciebie niejedną już tamę zerwało, nie oceniasz, nie rozumiesz...
Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie kibić żony, a pochwyciwszy jej ręce, przywarł do nich ustami, i pocałunkami okrywać je począł.
- Ty... moja... moja! - szeptał w kółko namiętnie, coraz czulej... ciszej...
- Ty moja!... Ja za nic w świecie nikomu cię nie oddam, wydrzeć sobie nie pozwolę!...
A uspokoiwszy się stopniowo, ciągnął:
- I czyż wobec tego zatem dziwić się nawet możesz złemu humorowi memu, owego wieczora, pamiętasz, w Lucernie!... To nie był gniew, opryskliwość, jak to nazwałaś, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To była, wywołana cierpieniem tylko - zazdrość i żal duszy, że komu innemu pozwalasz choć częścią wdzięków twych się napawać, że na nie patrzy, rościć sobie może jakieś urojone, choćby imaginacyjne do nich prawa - mężczyzna inny - niźli... ja...
Roman mówić przestał wzburzony i wzruszony.
- Rozumiesz więc teraz, kochanie ty moje? rzekł znowu po chwili miękko, łagodnie, i spojrzawszy prosząco w oczy słuchającej go w milczeniu Oli, rzucił pytająco: -Przebaczasz?..
- Ależ przebaczam... przebaczam!... - rzekła, uśmiechem, pieszczotliwie Ola, a że nikogo podówczas właśnie w pobliżu nie było - siedzieli w cieniu alei nadbrzeżnej nad Lemanem - zarzuciła na szyję Romana swe długie białe ręce, i przytuliwszy się doń, poczęła mu z kolei szeptać:
- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzę na ciebie i rosnę w duszy, takiś szlachetny, rozumny, piękny... Piękny!... - powtórzyła z zalotnością, namiętnie i przymilająco się musnęła wargami śniadą twarz Dzierżymirskiego.
- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zły, brzydki!...- przekomarzała się z wdziękiem - ale taki zakochany... wielki!...
I Ola czulej jeszcze przycisnęła się do Romana, zbliżyła swe wargi świeże do jego ust zmysłowych, i mówić poczęła głuchym szeptem, urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczotą, pełnym tętniących w nim młodych pragnień:
- Kocham cię!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotąd... nigdy, nigdy!... - szept przy tem młodej kobiety zadrżał namiętniej jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak cię kocham, uwielbiam !...
- Wszak dla ciebie porzuciłam ojca, Gowartów, rodzinę! Stłumiłam, zgniotłam uczucia inne!... Pośpieszyłam na twe wołanie, pobiegłam za tobą, w twe objęcia, podeptałam wszystko... wszystko!.. O!... Ja bym sobie zarówno wydrzeć ciebie nie dała - tyś także mój!... mój!...
I szept młodej kobiety łaszący się, palący, zawrotny - skonał...
Zbliżone usta młodych silnie zwarły się w pocałunku. Na chwilę, minut parę, znikło im z oczu wszystko, przesłonięte mgłą jakby, z której jedna jedyna wyłoniła się tylko - miłość.
Wokoło zaś wciąż nie było nikogo. W cieniu drzew tonął w mroku tajemniczym, cisz zadumanych pełnym "quai Perdonnet," nadbrzeżna aleja w Vevey, wijąc się brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze szwajcarskiego miasta.
Nad "Lac Leman" drżał księżyc w pełni; przeglądał się w głębokich jego toniach, z pieszczotą ślizgał swe promienie po ciemno-modrych falach...
I w blasku miesięcznego światła tchnął krajobraz cały jakimś czarem dziwnym...
A więc, poza jeziorem, hen, gdzieś, w perspektywie, niewyraźnie srebrzył się mglisto Alpejski szczyt wyniosły - w tafli Lemanu, ogromnej, szklistej, niby morze, odbijały się gwiazdy, topił w nich swe wierzchołki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadłubów miejscami zaciemniały jezioro, a w ciemniach tych, odbijających rażąco na obszarach wód od fali, tych oświetlonych taśm jasnych, błąkały - się jakieś mary i cienie, ze śnieżnym żaglem sunęła cicho zgrabna, wysmukła barka...
Księżyc tymczasem wzbijał się coraz bardziej i wyżej, malał, stawał się jaśniejszym, przezroczym - milczenie wzrastało... Fala u stóp Dzierżymirskich szemrała teraz cichutko, a tam, z mroków, od gór podnóża, na przestrzenie wód Lemanu, skrzące się pyłem srebrzystych promieni, marząco, niepokalana, biała, spokojnie wypływała z wolna ta sama łódź żaglista...
Oderwawszy usta od gorących pocałunków, Roman i Ola patrzyli w zachwycie.
Do dusz ich, na piękno czułych, wślizgiwał się czar tej szwajcarskiej, boskiej nocy, studził krew rozigraną swym bezmiernym, majestatycznym spokojem, poniżał, równał z zerem ich troski ziemskie ogromem i potęgą przyrody - podnosił, wzmacniał ducha, dodawał mu skrzydeł, lecących w zaświaty...
Pierwszy z nastroju tego ocknął się Dzierżymirski i spojrzał na zegarek. - O, już mija dwunasta! Chodźmy, moje życie! - odezwał się do Oli.
Powstali.
- Ach, jakże noc dzisiejsza jest piękną - jak piękną!.. - z zachwytem szepnęła Ola - nie zapomnę jej chyba nigdy.
- Ani ja również! - potwierdził Roman w zadumie.
Wziął pod ramię żonę i ruszyli z miejsca, kierując się pod górę, ku rozsianym willom miasta.
Milczeli. W głowie Romana huczał chaos różnorodnych myśli. Z nich zaś jedna, najuporczywsza, wyłoniła się zwycięska.
- Miłość, miłość raz jeszcze, i miłość tylko, jedyna, wielka! - krzyczał w nim głos podnieconego mózgu - ocalić cię jest w stanie! W niej tylko znajdziesz zapomnienie, nią się upijesz, przy jej pomocy zmatujesz bolesną ranę przeszłości, zdusisz sumienia wyrzuty !..
- Bo miłość, to haszysz - wołał ten sam głos dalej - bo miłość, to szczęście na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na świecie, dla której warto może walczyć i trudzić się, by ją zdobyć! - Ona częstokroć cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz ileż razy bólów życia nagrodą - jego zapomnieniem!..
Dzierżymirski zdjął kapelusz z głowy, pod wpływem zaś myśli ostatnich, opiekuńczo i czule objął silnem ramieniem kibić żony.
Postępowali krokiem raźnym, idąc pustemi, cichemi uliczkami bezustannie pod górę. Roman odezwał się po chwili:
- Zostaniemy dłużej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od ludzi, od świata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóż ty na to? - pytająco nachylił się ku młodej kobiecie.
- Ależ i owszem, mój ty samotniku - odparła z uśmiechem Ola - a zresztą, wszak nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego...
- Ach tak, prawda... moje życie, prawda... Koniecznie zobaczyć musimy wszystko! - mówił Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myślach.
Od parodniowego pobytu swego w małem nadlemańskiem miasteczku, Dzierżymirscy prowadzili żywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dziś, zwiedzili pobliskie Montreux i sławny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnątrz dokładnie, jego starożytne , sale i wieżyce, miejsca kaźni - ponure więzienia, z zachowaną dotąd tak zwaną "oubliette," nad trzystumetrową głębią Lemanu.
Wśród narodowych śpiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszącego im w kolejce, zwiedzili oni również przed paru godzinami górę "Soim-Pčlerin," mając świeżo jeszcze w pamięci cudny z wierzchołka jej widok na szafiry jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone niby na ekran zielonego podnóża gór - zadumane, pełne melancholyi i cichego smutku...
- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwał się nagle do żony Roman, gdy, mijając właśnie wysokie, gotyckie wieżyce pięknego kościoła katolickiego, zagłębiali się w aleję, poprzez drzew liście, rozjaśnioną tajemniczo cieniami księżycowego światła...
- Otóż - ciągnął po przelotnej chwilce wahania - że napisałem do jednego z dawnych znajomych, by donosił mi, co się dzieje z ojcem twoim w Gowartowie...
- Ty zrobiłeś to? O, mój drogi, najdroższy, jakiś ty dobry, poczciwy, złoty! - wykrzyknęła szczerze uradowana Ola i przytuliwszy się do Romana, uściskała go serdecznie.
- A tak, ja, we własnej osobie, tak często bowiem smutną bywałaś... - potwierdził Dzierżymirski, i urwał nagle.
Przyjemnego a jednocześnie i przykrego doznał on wrażenia. Miłą była mu myśl, że odgadłszy utrapienie żony, ulżył jej. Smutno nieco, widząc bowiem na twarzy żony tak pogodną radość, poczuł, iż o odebranym już liście wspomnieć nie mógł. Ten, choć nie wesoły, nie wiózł jednak jeszcze ze sobą złych wiadomości, gdy natomiast następne - kto wie?
- Ha, trudno, - powiedział sobie w duszy Dzierżymirski - niech cieszy się! Nie zatruję ja jej tej chwilki zadowolenia.
- I dotąd niema żadnej odpowiedzi? - skwapliwie pytała tymczasem Ola.
- Nie, kochanie - skłamał gładko Roman - ale nadejdzie niebawem, podałem adres Vevey...
- Podałeś? - ucieszyła się znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo woli biję się z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy myślą o mnie, czy potępiają bardzo, czy gniewają się, czy smucą?..
Ola ucichła i cień smutku przemknął po jej twarzy.
- No, no, cóż to znów za niepokoje? - podchwycił Roman, korzystając zaś, iż na ulicy nikogo nie było, pośpieszył z pocieszeniem, pieszcząc czule młodą kobietę.
I znowu zagrała w nim nienasycona miłość namiętna, ogarnęła, zdeptała wspomnienia - zakrólowała sama!..
Niebawem Dzierżymirscy odszukali swą willę, już ciemną całkiem i uśpioną, a błądząc chwilę po pustych korytarzach, dotarli nareszcie do dużego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem piętrze.
Kroki zapóźnionych przybyszów zmąciły ciszę willi, skrzyp drzwi zgrzytnął fałszywym dźwiękiem w ogólnej harmonii powszechnego milczenia.
W pokoju okna były otwarte, i panowało w nim powietrze rzeźkie, świeże, od gór płynące. Wchłaniając je z lubością, Dzierżymirscy poczęli gospodarzyć u siebie. Roman po chwili wziął się do zamykania okien, Ola zaś, zapaliwszy światło, zdjęła kapelusz i wolno poczęła się rozbierać.
Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupełnej bowiem ciszy uśpionego domu, tuż po za ścianą sąsiedniego pokoju, rozległy się silne uderzenia. Ktoś bez ceremonii walił w mur pięściami, chcąc widocznie zamanifestować swoją tam obecność, a zarówno i fakt że, hałasując, spać mu przeszkadzano.
Wkrótce jednak rozjątrzone uderzenia ustały i posypała się garść nieestetycznych, wyrażonych głośno i ze złością epitetów.
Tyle było bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym głosie, zaspanym jeszcze, że Dzierżymirscy roześmieli się wspólnie i szczerze.
- To ta słodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzała, pseudo - wielka pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koło nas - objaśniła półgłosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach, zwanych "pensions," obiadują wszyscy razem).
- Tak?.. - zdziwił się Roman - nie wiedziałem... A to oryginał baba, naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iż my tu mieszkamy... Złapała się... Jak to jednak i pozory fałszywej układności zdradzają częstokroć to zwierzę, ukryte w człowieku - filozoficznie dorzucił. - Ale, ale... - ciągnął dalej, z uśmiechem - wyobraź sobie, Oluniu... Zapomniałem ci powiedzieć. Tu, na górze nad nami - wskazał sufit palcem i roześmiał się - mieszka drugie dziwadło: Pamiętasz... ta mała, nasze vis-a-vis, żółta stara panna... Otóż wynajmuje ona aż pięć pokoi próżnych naokoło siebie, a wiesz dlaczego? - Tu Roman po raz drugi głośniej jeszcze parsknął śmiechem. - Żeby jej w nocy nie hałasowano! Mądrzejsza od naszej sąsiadki, co?...
Ola zaśmiała się z kolei srebrzyście. Słuchając męża, zdjęła właśnie przed chwilą suknię, i siadała obecnie przed lustrem, z obnażoną szyją i ramionami. Pragnąc rozczesać włosy, przechyliła się w tył i poczęła rozwiązywać je leniwym ruchem rąk.
- Poczekaj - rzucił żywo Dzierżymirscy - damy tej babie odpowiedź muzyką całusów!.. Przypomni sobie może luba rozwódka małżonka!.. Ha-haha, a to się wściekać dopiero będzie!..
I swawolnie, ze śmiechem, Roman przylgnął wargami do ramion Oli, i począł całować je głośno, cmokając z lubością.
- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozległ się po chwili za ścianą gardłowy, świszczący glos, pełen nienawiści i jadu.
- Buch! buch! buch! - rozległy się znów w pasyi uderzenia o mur wściekłe.
Ola śmiała się serdecznie, Roman nie przestawał całować zamaszyście.
- Dosyć już, dosyć! - szepnęła młoda kobieta, z trudnością hamując wesołość, - proszę mi wynosić się teraz - szepnęła w ślad za tem, z pieszczotą w głosie. - Idź na balkon! - dodała, i przechyliwszy wysoko giętką swą szyję na poręcz krzesła, podała Romanowi do pocałunku rozchylone swe wargi zalotnie patrząc nań z pod długich rzęs...
Cudną i wdzięczną swych linji harmonią, biust kobiecy przemknął ponętnie w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mężczyzny.
Dotknął ustami ust i z wezbraną miłością w sercu wyszedł na balkon.
Tu zapalił cygaru i znowu wchłonął w siebie pełnym, szerokim oddechem, orzeźwiającą atmosferę cichej szwajcarskiej nocy. Spojrzał w dół. U stóp jego szkliło się w dali tam i ówdzie srebrem rozbłękitnione jezioro. Do powierzchni jego pieszczotliwie tuliły się jeszcze gdzieniegdzie ostatnie mgiełki, błąkające się zazwyczaj dzień cały, od rana, po Lemanie, i wespół z białemi mewami muskające stale grzbiety jego fal.
Księżyc już był bardzo wysoko. Snopami światła dotykał teraz grzbietów gór, mienił się fosforycznie na wierzchołkach dalekich śnieżnych szczytów.
A tam, w dole, zadumane, ciche usypiało miasto... Jedne po drugich, jak iskry dopalającego się płomienia, ogniki - gasły w domostwach Vevey światełka, kolejno - stopniowo nikły...
Dzierżymirski, z zadowoleniem, wciągał wciąż w piersi zdrowy powiew, płynący z dali, wypuszczając zarazem z ust małe obłoczki niebieskawego dymu.
Obecnie - chwilowo, był on zupełnie szczęśliwym! Tu, w zacisznym gór zakątku, czuł on podwójnie, jako swoją wyłączną własność ubóstwianą kobietę, kochał ją zdwojonym sił żywotnych zapasem, a czując równocześnie wzajemność jej ku sobie niekłamaną, nurzał się w uczuciu tem, z rozkoszą pływaka, rzeźko wśród rozsłonecznionych wód wesołych płynącego w dal radosnego jutra! Wizye przykre zniknęły zupełnie, robak wewnętrzny, toczący ducha Romana, przestał go dręczyć na chwilę... Dawką miłości ukołysane sumienie - spało.
- Romciu!.. Romeczku!.. - usłyszał naraz Dzierżymirski pieszczot obietnic pełny, wołający go głos kobiety.
- Idę... idę! - odparł pośpiesznie i rzuciwszy cygaro, przestąpił próg balkonu.
Światło w pokoju zgaszonem już było. Tajemnicze natomiast błękitno-srebrne księżycowe fale zalewały komnatkę, a w półświetle tem majaczyła postać Oli i bielały alabastrowe jej ramiona.
Dzierżymirski, wchodząc, chciał przymknąć za sobą obite szarem suknem balkonowe okiennice.
- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ładnie księżyc świeci, tak ślicznie!.. - posłyszał w tejże samej chwili prośbę Oli. Roman usłuchał, a zamknąwszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu, skierował się szybko w głąb pokoju.
***
Jeszcze we mgłach wczesnego poranku drzemały góry, jezioro i niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierżymirskich zapukał ktoś dyskretnie.
Roman, który obserwował właśnie przez okna mglisty krajobraz, na ten odgłos zerwał się pośpiesznie. Odziawszy się szybko, nie pytając przez drzwi głośno, kto zacz, by nie zbudzić Oli, skierował się ku wyjściu z komnaty... Otworzył drzwi cicho...
- Bonjour, monsieur! - pozdrowiła go, przeciągając śpiewnie, wpółubrana, uśmiechnięta wstydliwie, młoda Szwajcarka, i podała jakiś papier.
- Co to jest? - z cicha pytająco rzucił po francusku.
- Telegram! - brzmiała odpowiedź.
- A... dziękuję - odparł Roman i zamknął drzwi. Niepokój wyraźny odbił się na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegł na palcach do okna i gorączkowo rozwinął ćwiartkę papieru.
Stłumiony gwałtem okrzyk zabrzmiał w pokoju przyciszonem echem, i telegram z ręki Romana upadł mu na posadzkę. Poprzez szyby balkonu Dzierżymirski spojrzał błędnym wzrokiem przed siebie.
Tam, gdzieś w oddali, poza wierzchołkami gór, zaróżowiało się coś niewyraźnie, płoniło... W mgłach tajemniczych zniknął cały wczorajszy krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, pokrytymi jakby woalem, gdzieś, daleko, - zakryta wstydliwie, wschodziła snać jutrzenka...
Roman, blady jak płótno, przeniósł wzrok swój w przeciwną stronę komnaty. Uśmiechnięta, cicha spała tam Ola... Z pod lekkiej kołdry wysunęła się jej główka urocza, rzęsy długie kładły swe cienie na rumianą twarzyczkę, usteczka ponętne z koralu marzącym, od rzeczywistości dalekim, rozchylały się uśmiechem...
Dzierżymirski patrzył wciąż na nią, z czułością współczuciem, bólem...
- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptał - Biedna!.. powtórzył ciszej jeszcze. Bolesne skrzywienie przemknęło mu po ustach, i odwróciwszy twarz, - nieruchomy, oparł się w zadumie o szyby okien balkonu.
---------
Babie lato snuło swą przędzę... Czepiało się na zagonach poruszonej świeżo czarnoziemnej gleby; łaskotało nozdrza siwych wołów, w trzy pary leniwie sunących u pługów, obmotywało się swawolnie wokoło ich przepysznie rozrosłych rogów i biegło dalej, unoszone wietrzykiem, by przytulić się do rozgorzałej w słońcu czerwienią i złotem ściany borów, do samotnych grusz polowych i zgarbionych strzech ukraińskich chatek, a zaglądając po drodze w ukołysane jesienną ciszą jary - ginęło gdzieś w stepie dalekim, splatając tam ze sobą uściskiem trawy, bodjaki i polne kwiecie - pracowicie przędząc wszędy ustawiczną nić swą białą.
Drogą do Gowartowa, galopem, co koń wyskoczy, pędziła czwórka koni, unosząc w tumanie iskrzącej się od słońca kurzawy powóz, a w nim dwie osoby. Pierwszą z nich był ksiądz proboszcz, z pobliskiego miasteczka, drugą - Krasnostawski.
Jak huragan, minąwszy pochyloną garstkę ludzi, kopiących w pobliżu łan buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pełen uroku - pojazd wpadł do sioła. Z zagród chłopskich wyskoczyły psy i szczekać poczęły zajadle; wystraszone dzieciaki, o płowych, prawie białych, włosach, rzuciły się, uciekając w popłochu, a przędzące konopie wieśniaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych koszulach, stawały zdziwione, przeprowadzając migający pędem pojazd niespokojnem okiem.
Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolniła wreszcie biegu, i stępa, wolniutko, ostrożnie spuszczać się zaczęła z pagórka na wiejską groblę.
- Czy księdza dobrodzieja nie znużyła nasza tak prędka jazda?.. Cóż robić jednak, kiedy inaczej nie zdążylibyśmy może... - odezwał się Krasnostawski, korzystając z mniejszego pędu powietrza.
Barczysty ksiądz, o inteligentnem wejrzeniu dużych czarnych oczu i brwiach kruczych, odbijających wyraziście od białych włosów, wymykających mu się spod kapelusza, obruszył się na to pytanie.
- Ale, cóż znowu!.. - odparł. - Oby tylko ten zacny pan January dożył błogosławionej chwili i mógł pojednać się z Bogiem!..
Umilkł ksiądz, i niebawem z pobożnem westchnieniem, dorzucił:
- O to ostatnie właśnie od czasu, gdy jedziemy, myśl mą ku Najwyższemu wznoszę... Może jej usłuchać raczy!..
- Doktór mówił, że z godzin trzy pożyje - odparł Krasnostawski, a wyjmując zegarek, rzekł jeszcze: - Od chwili tej minęło dwie godziny...
- Ach, ci lekarze! - machnął ręką ksiądz stary - cóż tam ostatecznie wiedzieć oni mogą - wszak wszystko w ręku Stwórcy-Pana! Ja, na przykład, pewnego razu byłem już konającym, a jednak, po przyjęciu Przenajświętszego Sakramentu i Olejów Świętych - wyzdrowiałem...
Umilkli. Ksiądz zaś po chwili, widząc, że furman wciąż jedzie stępa, zauważył:
- Ale może byśmy znów pojechali nieco prędzej, nieprawdaż?
- Naturalnie, niech minie tylko most i groblę - odrzekł Krasnostawski.
U stóp ich szumiało w tej chwili koło u młyna, pryskająca odeń wodna piana szeroko rozlewała się na senną taflę dużego stawu, w której przeglądały się pożółkłe szczyty gowartowskiego parku.
Za groblą znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminąwszy jeszcze część wsi, zajechali przed ganek pałacu. Na spotkanie wybiegł stary lokaj, klucznica i kilku domowników.
W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej czwórki koni, z lękiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytał głośnym szeptem:
- Żyje?..
- Żyje !.. Żyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zaś natychmiast dorzucił:
- Chwała Bogu na wysokościach... Pan doktór powiedział, że może i do jutra rana...
- A gdzież pan doktór? - pytał dalej Krasnostawski.
- A ot, tylko co patrzeć, jak odjechał.. Pono do Karolówki, bo tam młodsza jaśnie pani niezdrowa...
- Niezdrowa!.. - obruszył się plenipotent. - Tu przecież konający w domu, mógł chyba zostać jeszcze! - dorzucił gniewnie, zły na widoczną obojętność wiejskiego eskulapa. Obejrzał się.
Ksiądz z nim przybyły wysiadał właśnie z powozu, poprzedzany towarzyszącym mu chłopaczkiem... Rozległ się wkrótce dźwięk uroczysty kościelnego dzwonka - w progi pałacu wstępował Syn Boży, utajony w Przenajświętszym Sakramencie...
W parę minut później, do pokoju chorego już wchodził ksiądz; idący w ślad za nim Krasnostawski został na progu i spojrzał w głąb sypialni chorego.
Na łóżku zamajaczyła mu blada, już nie z tego prawie świata, sędziwa twarz pana Januarego. Drzwi zamknięto jednak w tej chwili - Krasnostawski cofnął się dyskretnie i począł przechadzać się wielkiemi krokami po pokoju.
Od czasu powrotu z podróży swej do miasta, na nim jednym prawie spoczywało wszystko. Przepędzał noce całe u chorego, doglądał go osobiście, wzywał lekarzy, konsylia.
Dziś, widząc, iż już koniec nieodwołalny się zbliża, a śmierci widmo błąka u progów pałacu, znaglony, pojechał po księdza, dnia poprzedniego już, cięty przeczuciem, zatelegrafowawszy o nieszczęściu do marszałkowej, Ładyżyńskiego oraz do dawnego kolegi swego, Tarnopolskiego.
Od tego ostatniego bowiem odebrał list iście enigmatyczny, w którym proszono go usilnie, by doniósł szczegółowo o wszystkiem, co się dzieje w Gowartowie.
Zanadto przyrodzonego sprytu posiadał w sobie Krasnostawski, by nie odgadnąć, że poza kolegą jego, Tarnopolskim, ukrywa się ktoś inny, zainteresowany bardzo. Domyślił się, iż był nim prawdopodobnie dobry znajomy tegoż, Dzierżymirski, i dlatego nie ominął wyżej wzmiankowanego Tarnopolskiego, również donosząc mu, że Gowartowski umiera.
Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanął nagle Krasnostawski, posłyszał bowiem w tej właśnie chwili głosy i szepty w przyległej komnacie chorego.
- Spowiada się... - rzekł do siebie, i zbliżywszy się do okna, spojrzał w zadumie.
Tak samo, jak codzień, podlewano dzisiaj pod zbliżający się wieczór klomby kwiatów, tak samo zniżające się już słońce słało cienie na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie ławki, na chaty sioła, i step w perspektywie.
- I tak samo będzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo słońce i wszystko weselić się będzie, nic porządku swego nie zmieni, choć dusza tego zakątka uleci w zaświaty!.. - szeptał Krasnostawski, i rzuciwszy się na fotel, podparł rękami głowę, a myśli goniąc się przelatywały mu po głowie.
- O, jakże okrutną jest śmierć! - myślał. - Jak pełną zagadki niezwalczonej potęgi, przed którą tylko w pokorze chylić musimy milcząco czoła!
I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej nieubłaganej godzinie przyjść musi !..
- Straszne, straszne!.. - szepnął znów do siebie pochylony mężczyzna. - Tem straszniejsze, iż niezrozumiałe, nieujęte rozumem ludzkim, zawsze, zda się, nowe, choć prawieczne w sobie; zawsze tak samo niedościgłe, niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadające sfinksa zagadką...
- I mnie to kiedyś przecie spotka, wszak i ja umrę!.. - rzekł głośno do siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnął z trwogą.
I z pytaniem tem na ustach utkwił wzrok błędny we drzwi sąsiedniego pokoju...
Drzwi te tymczasem roztwarły się cicho i na progu ukazała się, natchniona w tej chwili jakby twarz księdza i postać jego wyniosła. Krasnostawski, zbudzony ze swych myśli ponurych, żywo podbiegł ku niemu.
- Cóż, księże proboszczu? - zapytał.
- Wszystko dobrze... Zbratała się dusza jego z Panem... - odparł tenże z powagą.
- Ale? ale, czy ksiądz dobrodziej nie uważał przypadkiem ?... To jest... - plątał się Krasnostawski - powiedzieć chciałem, czy choremu przypadkiem nie lepiej?...
- Ha, Bóg wiedzieć raczy... Nam pozostaje pogodzić się tylko z Jego Najwyższą Wolą!.. - tym samym tonem odrzekł sługa Pański.
- Zapewne!.. - bąknął Krasnostawski. Zapanowało chwilę ciężkie, ołowiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej księdza dobrodzieja - uprzejmie przerwał pierwszy młody człowiek - w tej chwili podwieczorek podać każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą, głodny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom się skierował pośpiesznie.
- Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! Jechać muszę...
- Już? - zdziwił się młody plenipotent.
- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ zaprzęgać, jeśli łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe przedwieczorne odmówię.
- W tej chwili służę księdzu dobrodziejowi... - rzucił w półukłonie Krasnostawski i znikł za drzwiami.
Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną leżał on spokojnie.
Widząc to, proboszcz wyszedł.
Z dobry kwadrans migała wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliżu modlącego się w skupieniu księdza pojawił się Krasnostawski.
Zaturkotało jednocześnie... Z uszanowaniem przez wszystkich odprowadzony, proboszcz wsiadł niebawem do powozu. W parę minut później pojazd, unoszący go, znikł za wjazdową bramą pałacu...
Stojący na ganku Krasnostawski poruszył się machinalnie i przez milczące pałacowe komnaty skierował do pokoju pana Januarego.
- Cóż? jakże?.. - zapytał zapłakanej staruszki, siedzącej koło łoża chorego.
- Teraz... leży niby spokojnie - wyjąkała cicho.
- No, to proszę iść odpocząć, ja zostanę i dam znać, gdy zajdzie tego potrzeba - stanowczo odezwał się Krasnostawski.
Po opieraniu się dłuższem, staruszka, znużona i senna wysunęła się z pokoju, Krasnostawski zaś, podszedłszy do fotelu, stojącego przy łóżku, usiadł ciężko.
Cisza martwa zagościła w komnacie... Gowartowski, oddychając niepostrzeżenie lekko, spokojny, leżał wciąż nieruchomo; znużeni domownicy rozpierzchli się, każdy do swego zakątka i odgłos żadny nie dochodził tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story rzucało swe jaskrawe blaski zniżające się już słońce...
Krasnostawski, zmęczony życiem ostatnich dni kilku, zamyślił się głęboko, fizycznie wypoczywając zarazem.
Od czasu do czasu spojrzenie przenosił na starca, poczem zapadał znów w zadumę, połączoną z nieokreśloną apatyą, gniotącą go swym ciężarem, z poczuciem bezradności, w obliczu zbliżającej się nie odwołalnie, kroczącej śmiało śmierci!
Minęło w ten sposób dwie godziny.
Na ciemne żaluzye u okien padały teraz prostopadle dogasającą czerwoną łuną ostatnie zachodu promienie, majaczyły ognikami krwawymi po posadzce i ścianach, a spoza parku, z oddali, niewyraźnie jakieś dla ucha dochodziły odgłosy...
To pracowity, znojny kończył się gdzieś tam, po polach i siołach pogodny dzień jesieni; to, śpiewając chórem smętną ukraińską dumkę - wracały po pracy dziewczęta i mołodycye, z buraczanych łanów, gromadą...
Nagle Krasnostawski, z przymkniętymi oczyma w fotelu swym zagłębiony, ocknął się, drgnąwszy na całem ciele nerwowo. Spojrzał na chorego...
Usta pana Januarego szeptały coś niewyraźnie, poruszały się szybko - wreszcie uniósł się on na poduszkach i wzrokiem błędnym spojrzał wokoło.
Krasnostawski już był się zerwał i stał teraz koło łóżka blisko.
- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptał chory, z trudnością.
- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzył dobitnie.
- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnął płucami powietrza i po chwili zupełnie już przytomnie przemówił łamanym, cichym głosem:
-Mój panie Bolesławie, odsłoń, proszę cię, okno, choć jedno... Tak tu ciemno...
Krasnostawski, usłuchawszy natychmiast zlecenia, podniósł roletę.
Słońce już było zaszło. W pierwszych uściskach nadchodzącego zmierzchu stały cicho półobnażone drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie czerwienią, słały się aleje żółtawym od opadłych liście kobiercem - bielały niewyraźnie w dali zagrody sioła, ciemniały jego osady, senna i mroczna świeciła tafla stawu.
Krasnostawski, odwróciwszy się od okna, spotkał smutny, pełen tęsknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczający się poza oknem krajobraz.
Do łóżka zbliżył się pośpiesznie.
- Dziękuję ci... mój kochany... pani Bolesławie... dziękuję - odetchnął Gowartowski i dokończył ciszej:
- Ostatni to raz... ostatni widzę to wszystko! - uczynił ręką ruch słaby, a wskazujący widok otulonego mrokiem sioła i pól szerokich.
- Dlaczego? - podchwycił szybko Krasnostawski, - uważam właśnie, że głos pański ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, będzie lepiej...
- Och... nie! Nie będzie lepiej - westchnął pan January - nie będzie... to tylko na chwilę...
Znów przestał, i zaczerpnąwszy powietrza, ciągnął dalej, uczyniwszy jednocześnie prawą ręką ruch zniechęcenia pełny.
- Ja czuję, widzę, że koniec, śmierć się zbliża... Nic mi już nie pomoże - wola Boska!.. - znów przerwał... w minutę zaś mówił:
- Właśnie... właśnie powiedzieć coś chciałem tobie... kochany panie Bolesławie... usiądź... - i pan January wskazał swą woskowo - żółtą ręką taborecik.
Krasnostawski usłuchał.
- Poczekaj chwilę... odpocznę... - wyszeptał osłabiony bardzo. Oparł głowę o poduszki i oddychać począł ciężko, na bladej zaś twarzy jego zakwitł i zgasł niebawem rumieniec nikły.
Krasnostawski wyczekiwał, milcząc.
- Może podać panu co do picia? - zapytał po chwili.
Przeczący ruch ręki był całą odpowiedzią pana Januarego. W dziesięć zaś może minut później głosem słabym, przerywanym co chwila ciężkim oddechem, przemówił cicho :
- Tyś dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, coś mnie nie opuścił... Uczynili to wszyscy: siostra, Ładyżyński, córka... - spuścił głowę i umilkł, a dwie łzy duże, perliste zabłysły w jego niebieskich, przybladłych źrenicach i stoczyły się z wolna po wychudłej twarzy. Po chwili ciągnął znowu:
- Źle uczyniła Ola, źle bardzo... Nie poniewiera się tak rodzicem, nie depce się tak przywiązania ojca... nie, nie, po stokroć razy nie!... - powtórzył z mocą w osłabłym głosie, i z tą skargą na ustach przeciw dziecku ostatnią, upadł na poduszki w znużeniu, jak ściana blady.
Krasnostawski, ze współczuciem, ujął rękę starca w dłoń prawą, a gdy Gowartowski ponownie uniósł się na posłaniu, opiekuńczo i silnie podparł, podtrzymał swem lewem ramieniem jego ciało wychudłe.
- Dziękuję ci, bardzo dziękuję!.. - wyszeptał pan January i mówić począł dalej, głośniej nieco, lecz ochrypłym już od zmęczenia i wysiłku głosem :
- Ale nie o tem mówić chciałem, nie o tem! Przeciwnie... - znów zamilkł sekund kilka.
- Przeciwnie - powtórzył - ja Oli przebaczam, majątek cały zapisałem jej wyłącznie, tylko... tu zatrzymał się starzec dłużej nieco, jakby w ostatnim wysiłku trudno mu było jasno wyrazić myśl swoją - tylko - ciągnął - że testamentów jest dwa: jeden u notaryusza, złożony dawno, na korzyść Oli... drugi... na jej niekorzyść...
Umilkł znów Gowartowski blady i zmęczony, a po chwili kończył:
- Ten ostatni, późniejszy, napisałem w chwili nierozumnego gniewu... Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podrę go!..
Tu pan January, oswobodziwszy się od podtrzymującego go ramienia Krasnostawskiego, opadł na poduszki wycieńczony.
- Czy przynieść mam ten testament? - poddał Krasnostawski.
Ojciec Oli Dzierżymirskiej przyzwalająco skinął głową i słabym ruchem ręki poruszył kluczyk od szufladki stojącego obok łoża stoliczka.
Krasnostawski zrozumiał. Wysunął szybko szufladę, wziął stamtąd pęk kluczy i oddalił się cicho.
Blady, oddychając ciężko, w oczekiwaniu młodego człowieka, odpoczywał Gowartowski... W ciszy głuchej minęło z dziesięć minut. Na progu wreszcie ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą kopertę.
Na jego widok pan January gorączkowo, o własnych siłach, uniósł się na posłaniu i wyciągnął rękę po testament.
- Dziękuję... - wyszeptał.
Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, otworzył ją drżącą ręką, wyjął arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna na cztery części. Potem włożył na powrót do koperty zniszczony test, a zwróciwszy się do Krasnostawskiego, głosem dziwnie dźwięcznym, stanowczym, wymówił:
- Oddasz to jej... Oli - i umilkł, opadłszy znowu na poduszki.
Młody plenipotent machinalnie wziął kopertę schował ją do kieszeni surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igrał w tej chwili jakiś pełny dobroci uśmiech, blady, tkliwy - milczał wzruszony, a dwie łzy nieposłuszne zakręciły mu się w oczach.
Głosem cichym, jakby dogasającym, mówił tymczasem jeszcze pan January:
- Nie zapomnij oddać... Pamiętaj!.. - urwał, a po chwili:
- Powiedz... także Oli... że przebaczam... jej... i... jemu!..- dokończył z trudnością, w wysiłku ostatnim i z wypiekami na twarzy, trupio blady, umilkł...
Paląca się u obrazu Matki Boskiej nad łóżkiem, z czerwonego szkła, lampka rzuciła w tej chwili promień jasny na oblicze starca...
W zmierzchu idącego wieczora twarz Gowartowskiego zajaśniała jakimś nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski jednocześnie poprawił poduszki u łoża i pochylił się nad chorym, zdało mu się bowiem, iż tenże porusza ustami.
Rzeczywiście. Niedosłyszalnym, urywanym szeptem młody człowiek posłyszał jeszcze:
- Dziękuję... tyś dobry!.. Mówić już... więcej... nie... mogę...
Poruszony słowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstąpił od łóżka Krasnostawski i przygnębiony, usiadł w fotelu.
Minęło z dziesięć minut.
Widząc, że chory leży teraz zupełnie już cicho, młody człowiek po chwili powstał, posłuchał oddechu jego, poczem wysunął się cichutko z pokoju. Dusiło go coś w gardle...
W sąsiednich komnatach pusto było całkiem i szaro już zupełnie. Mrok wieczora wciskał się do pałacu coraz natarczywszy, wszędzie, samotny, cichy, smutny. Krasnostawski bez hałasu otworzył podwoje balkonu i wyszedł na werandę, spragniony odetchnąć świeższem powietrzem...
Oparł się o balustradę, chłodzić począł rozpalone czoło zimnym powiewem jesiennego wieczora i stał tak nieruchomy dość długo, ogłupiały jakby na razie, bezmyślny...
Nagle milczenie pogrążającego się coraz bardziej w mroki domu i parku, przerwał jednostajny donośny, odgłos dzwonu w pobliżu. To codziennym, panującym w Gowartowie, zwyczajem, zwoływana służbę na wieczorną kolacyę.
Krasnostawski się ocknął, a jednocześnie poczuł pragnienie i głód.
Wrócił do komnaty, zamknął drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy po drodze jakąś pozostawioną świecę, zapalił ją pośpiesznie i na palcach skierował się poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobę całą Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie miał - młody organizm dopominał się o swoje prawa.
W kredensie znalazł pochowane zimne mięsiwa i chleb razowy; posilił się, popił wodą i przez puste komnaty znowu skierował się do pokoju Gowartowskiego.
Tu już zupełne panowały ciemności. Krasnostawski zapalił lampkę, przykrył ją abażurem i spojrzał na chorego.
Leżał w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychając lekko, cicho, bledszy tylko, żółtszy jakby... I w jednem również zaszła, zmiana nagła.
Oto ręce pana Januarego wykonywały po kołdrze jakieś niewyraźne i dziwne ruchy, jakby szukały czegoś, szczypały powierzchnię sukna, zatrzymywaly się chwilę, i znów rytmiczne poruszały się zwolna, jednostajnie...
Krasnostawski, postawszy czas jakiś, zbliżył się do stolika, wziąwszy do ręki machinalnie stojące tam lekarstwo. Spojrzał na receptę. Przeczytawszy zaś, westchnął.
Były to leki zwykle, przepisywane dogorywającym...
- Czyżby naprawdę tak źle już było? - szepnął do siebie młodzieniec - tak przytomnym był jednak przed chwilą!.. E!.. może Bóg da... pocieszając się - dokończył głośno.
Tymczasem zmęczenie fizyczne i moralne waliło wprost z nóg Krasnostawskiego.
Zbliżył się chwiejny do fotelu. Usiadł i po kilkakrotnie ziewnął mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrząsnął się...
- Ooo... jakże mi się spać chce!.. - mruknął i ponownie ziewnął przeciągle z cicha.
- Ale nie można... nie można!.. - szepnął znów do siebie przekonywająco i sięgnął po stojącą opodal flaszkę kolońskiej wody.
Przetarł sobie skronie, powąchał, poczem napił się zimnej wody ze szklanki, i jak mu się zdawało, zupełnie obecnie rzeźki, zagłębił się w fotelu.
Tymczasem minęło minut dziesięć zaledwie, gdy młody pan plenipotent spał już na dobre, pochrapując nawet z lekka czasami.
Sen zwyciężył... Milczenie i spokój jakiś złowrogi zapanowały w komnacie.
A zewnątrz pałacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królować zaczęła.
Na ciemnem tle nieba zamrugały wkrótce gwiazdy, od pól wionął wietrzyk i cichym żółkniejących liści pogwarem zaszumiał nad domem park stary.
Wewnątrz zaś dworu usnęli wszyscy... Milczały tu wszystkie kąty, a w oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodził tylko regularny odgłos staroświeckiego zegara, który brzdąkał i tykał i bił przeciągle godziny jedna za drugą.
Nagle w głuchej ciszy sypialni pana Januarego rozległo się początkowo słabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory starzec już konał...
Za łożem, w półświetle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego, stanęła śmierć, lepu swego chciwa - jęki zgłuszone umierającego dziesięciokrotnem echem wstrząsnęły ciszą domu...
Coś zbudziło Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedział na razie. Zerwał się z fotelu, oczy przetarł i spojrzał na pogrążone w cieniu łoże. Zdrętwiał nagle i włosy dębem stanęły mu na głowie.
Z oczyma, wywróconemi po białka źrenic, postawionemi w słup, nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zżółkły, zzieleniały - straszny, jęczał starzec, łapał powietrze, stękał żałośnie - charczał złowrogo...
Krasnostawski zrozumiał, lecz znieruchomiał na razie do tego stopnia, że nie był w stanie poruszyć się z miejsca.. Po raz pierwszy w życiu znajdował się wobec konającego człowieka, patrzał więc bezprzytomny prawie i błędny nieustannie na Gowartowskiego... Drżał przy tem na całem ciele, chwytało go coś za gardło, przykuwało do miejsca, do ziemi.
Równocześnie przygnębiająca cisza gniotła mu piersi ciężarem, konające drgnienia i jęki umierającego, niby ostrzem ze stali krajały niemiłosiernie wyprężone nerwy, a zarazem lęk niewytłumaczony, dziwny, zatrząsł nim.
Więc to śmierć!.. śmierć idzie już, przybliża się, okropna, bezzębna, oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbliża się teraz obojętna do łoża... nachyla nad konającym...
- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrząsa ścianami pokoju - oto śmiech jej straszny!.. Rzężenie konającego odpowiada mu echem coraz przeraźliwiej, głośniej... Ponuro jęczy on, skarży się, miota !..
- Boże!.. Boże!.. Co... to? Co... to? - krzyknął Krasnostawski, schwycił się za głowę, zadygotał raz jeszcze i porwawszy ze stołu dzwonek - wybiegł.
W milczeniu powszechnego uśpienia rozległ się niebawem rozpaczliwy dźwięk pokojowego dzwonka, wstrząsnął murami !..
Gowartowski tymczasem czynić począł teraz rękami jakieś szalone ruchy, gwałtownie odpędzał coś, bronił się przed kimś, jęczał jeszcze donośniej, chwytał powietrze, bezustannie charczał..
Bieganie napełniło niebawem dom cały. Garstka domowników i służby w kilka chwil później napełniła pokój dogorywającego człowieka. Ostatnia przyszła staruszka, klucznica, z gromnicą w ręku.
Żałobną świecę zapalono pośpiesznie i uklękli wszyscy. Krasnostawski przy samem łożu, trzymając w dłoni rękę pana Januarego.
Chłodła mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli, charczenie, jęki, również ustawały, ucichły wreszcie...
Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwogą, przerwał szelest, dla ucha prawie niedosłyszalny. Ostatnie w tej chwili ziemskie westchnienie człowiecze ulatywało z piersi starca - mknęło w zaświaty...
- Skończył... - szepnął Krasnostawski. Wśród klęczących rozległ się płacz... Gdzieniegdzie płomyk zapalonej gromnicy oświetlił ponuro żółtawą plamą ściany, sprzęty i szyby komnaty, drgać zaczął błyskotliwy po twarzach klęczących ludzi.
Poczęto się żegnać pobożnie...
Wspólna, cicha, a pełna głębokiej wiary prostych dusz modlitwa, z wolą Najwyższego godząca się, pokorna, napełniła mury pokoju, i aż do stóp Stwórcy-Pana uleciała skrzydlata - wzniosła się tam, gdzieś wysoko, w ślad za zagadkową drogą duszy zmarłego, jakby mu niebo otworzyć pragnęła.
---------
Pokraśniałe, czerwono-złote dzikiego wina liście, pnące się po białych ścianach gowartowskiego dworu, zaglądają przez otwarte okno do małego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, kołyszą się w promieniach jesiennego słońca, powiew zaś zefiru delikatnym dreszczem przebiega również po rzędzie żółtawych u świec płomyków, palących się wokoło katafalku, ginącego w zieleni cieplarnianych kwiatów.
Obciśnięty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za życia progiem, na podwyższeniu leży January Gowartowski...
Zesztywniałe palce jego trzymają kurczowo w dłoni krucyfiks, zaczesany starannie wąs mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pięknie na białem, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pełna, pogrążoną być tylko się zdaje w głębokim, cichym śnie.
Kamienny to sen!.. Sen zaświatów, wieczności, zagadki bytu i świadomości prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbić się musi rozum ludzki; sen straszny - obojętny na wszystko dokoła!..
I niczem już są dla niego sprawy tego padołu; niczem troski, cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem radośnie igrające po pokoju słońce - niczem wreszcie boleść i smutek klęczącej u stóp katafalku, sędziwej kobiety-siostry!..
Przybyła w przeddzień marszałkowa Warnicka, drżącemi, zbielałemi usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmęczonych co minut parę upada łza cicha, a wzrok z boleścią tłumioną wpatruje się w rysy ukochane.
I modli się znów pokorna!..
Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówią zupełnie !.. Spokój i martwota nieziemska wyryte są na nich, a pogoda tylko jakaś nieuchwytna, cicha, świadczyć się zdaje, że nie czuje on już nic, a w każdym razie, iż docześnie na pewno nie cierpi już wcale.
- Módlcie się, płaczcie... przyjdźcie - odejdźcie... zakopcie w ziemię... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówią sobą wyraźnie zesztywniałe członki zmarłego.
A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego narożnego pokoju wpadają, igrają coraz radośniej promienie słońca, płyną jakieś dalekie z pól pieśni, pogwary - oddalone życiowe echa...
Babiego lata nić wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej czuprynie zmarłego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykają się ostrożnie i do pokoju wsuwa się rosły, siwiejący już mężczyzna...
To Ładyżyński. I on, przygnany straszną wieścią choroby groźnej, podążył do przyjaciela lat młodych, przybywszy jednak - za późno.
Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraża w tej chwili ból niekłamany. Zbliża się milcząco, opatruje płomyki świec, przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszkę - zrzuca z głowy Gowartowskiego swawolną nić jesieni, i ukląkłszy, głowę opiera o katafalk, w bolesnej zadumie.
Mija tak długa chwila.
Poczem drzwi skrzypią znowu, na progu ukazuje się dorodna Krasnostawskiego postać. Objąwszy wzrokiem pokój i znajdujące się w nim osoby, wzdycha ciężko, następnie zaś zbliża się do Ładyżyńskiego i opiera lekko swą rękę na jego ramieniu. Potrząsa niem delikatnie raz, drugi...
Za trzeciem dopiero dotknięciem budzi się Ładyżyński z bolesnego zamyślenia i unosi głowę..
- A, to pan? - pyta cicho - cóż to?...
Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony jeszcze nieco dźwięk dzwonków, i zgłuszony gdzieś po sioła drodze, daleki tętent i turkot kół powozu.
I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.
- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, ktoś jest w faetonie... Zdaje mi się, że to - oni...
Ładyżyński, słuchając go uważnie, już powoli powstał był z klęczek.
- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak łaskaw wyjść na ganek - ciągnie dalej Krasnostawski. - Panią marszałkowę - tu zniża głos jeszcze bardziej - fatygować nie wypada... Ja zaś pana Dzierżymirskiego nie znam... A tu, do wiadomości zgonu...
- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idę... Ale prawda - zatrzymuje się - trzeba uprzedzić marszałkowę, bo się biedaczka wystraszy.
Ładyżyński pochyla się ku klęczącej pani Melanji i szeptem coś jej przekłada.
Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa Warnicka, po chwili zaś wstaje i ze smutkiem bezbrzeżnym, wzdycha kilkakrotnie...
Jednocześnie dwaj mężczyźni wychodzą szybko, oddalony bowiem przed chwilą jeszcze turkot pojazdu wstrząsa już oto murami domu i powóz snać zajeżdża śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwonków donośnie przerywa martwą ciszę... Powóz staje.
A następnie, aż tu, popod stopy umarłego człowieka niewyraźne jakieś zgłuszone dochodzą głosy i szmery...
Nagle, o milczące ściany pałacu obija się krzyk kobiecy bolesny, straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem jęk rozpaczliwy. W ślad za tem rozlegają się kroki, coraz szybsze, bliższe, a później już całkiem donośnie tym razem, szelest sukni i łkanie.
Jeszcze chwila...
I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i gromnic świetle, zakątka, sfinksowy, dumny majestat śmierci brutalnie przerywanym zostaje.
Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwałtownym, od silniejszego prądu powietrza gaśnie przy katafalku świec kilka, i do pokoju wbiega ubrana w podróżne szaty, płacząca Ola...
Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze Dzierżymirskiego i wytworna sylwetka jego.
Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem hałas drugorzędny jakiś, inny...
To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciało rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie przeszkadzające jej wysokie srebrne lichtarze, z chrzęstem padające w tej samej chwili na ziemię...
Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia je ponownie...
Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera się z ust Oli.
- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła młoda kobieta, płacząc, wijąc się z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w łkaniu, szlochając.
Na dźwięk słów ostatnich chmura osiada na wyniosłem czole Romana.
- Tyś winien także!.. ty również!.. To dzieło także twoje! - szepce mu coś w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla się i klęka po drugiej stronie katafalku.
A Ola ściska, całuje teraz ręce, twarz i zimne czoło starca, oblewa je łzami, włosy ojcowskie pieści i tuli swą głowę do serca, co bić już na zawsze przestało!..
- Ty nie umarłeś - szepce - ty śpisz tylko!.. ty nie umarłeś!.. - powtarza uparcie. - To być nie może - nie może!!..
Powstała z klęczek marszałkowa Warnicka podtrzymuje wijącą się w bólu kobietę z jednej strony - z drugiej opiekuńczo podpiera ją Ładyżyński.
Wszystkim łzy kręcą się w oczach, jeden Roman tylko nieczułym być się zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ściągnięte świadczą, iż i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klęczy wciąż nieruchomo, myśli...
Poza nim, świadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony, bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiały.
- Złoty tatuniu !!.. złoty !!.. - woła znów Ola, prosząco, błagalnie; z przerwami małemi, jękliwy, przeplatany łkaniem, odzywa się bezustannie głos córki-sieroty, a echo jego płynie przez okno w dal, do parku, na step i pola!..
I za głosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnałem wspólnym płakać, łkać oto zdają się stare drzewa parku; szumem swych liści drobnych brzoza nad wodą wieść tę powtarza dalej, płacząc sama, a jęk boleści, podchwycony akordami przyrody, płynie, płynie w dal...
I wszystko, zda się teraz, za panem swym boleje !..
A więc i staw, śniący fali swej szmerem, i łany, i polne kwiecie, i step, strząsający z traw swych niby łzy żalu - drobne kropelki rosy...
Jeden tylko umarły, jak głaz nieczułym jest na jęk, ból swego dziecka.
Lecz czyż to złudzenie?..
Pod pocałunkami przed chwilą i łzą jedynaczki, zdawało się, że oto znika z alabastrowego czoła starca głęboka, zastygła tam zmarszczka, i całkiem już teraz pogodne, obojętne, śni ono dalej bez końca...
Może dusza z poza stref świata niewidzialna zabłąkała się jeszcze tutaj przed dalszą w wieczność zagadkową wędrówką?.. A może trup słyszał jeszcze ?
Któż wie? któż zgadnie?
- Ojcze!.. ty żyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna... nieszczęśliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega się dalej u stóp starca wołanie Oli, w spazmach łkań bolesnych, bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze.
- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk młodej kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioła i pól szerokich... półomdlałą i słabą żonę wynosi pośpiesznie na rękach Dzierżymirski z powleczonej kirem komnaty.
Wystraszeni podążają za nim wszyscy...
To życie już ze śmiercią walczyć poczynało. Przepotężne w swej sile, nie lubiące, by zapominano o niem, odrywało w tej chwili despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczających go dotąd ludzi. Troska o żywym wzięła górę!..
W promieniach radosnych jesiennego słońca, w ciszy, grającej tylko poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieładzie wpół przygasłych świec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym majestacie śmierci - umarły pozostał sam.
***
Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minęło dni kilka.
W pogrążonym już we śnie pałacu w Gowartowie paliło się jeszcze światło w jednym pokoju, rzucając w noc ciemną promień jaskrawy przez okienne szyby.
W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni nowego dziedzica, Dzierżymirskiego, on sam, znużony dniem minionym, a nader dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do snu i z wolna rozbierał leniwie.
Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana butelka szampana i kieliszek wysoki, z kryształu, oraz odemknięte pudełko cygar.
Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie wina i wypił haustem jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy się pod kołdrę, zgasił światło.
Odetchnął parę razy głośno, z ulgą, przeciągnął się, aż zatrzeszczało staroświeckie łoże, ziewnął smakowicie, zaciągnąwszy się zaś wyborowem cygarem, myśleć począł o ukończonym dniu dzisiejszym, a przełomowym w dotychczasowem życiu jego.
Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamentu nieboszczyka.
Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała się jedyną spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku...
Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubością w szerokiem, szeleszczącem pościelą łożu.
- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - szepnął do siebie z zadowoleniem. Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a przeczuwając zgon ojca Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za nieposłuszeństwo wydziedziczył.
Już dnia następnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo rozwiały się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach pana Januarego córce, w obecności Romana, wręczył był Krasnostawski podarty własnoręcznie przez umierającego ojca testament.
On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał się otwarcia ostatniej woli nieboszczyka, złożonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawał się przeczuwać podstęp jakiś może i przykrą niespodziankę.
Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nią uciekał również strach bliskiego bezpieniężnego jutra, które czekało nań, czyhało z wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych z poprzedniej fortunki, życiem nad stan przez lat trzy lekkomyślnie wydanej.
Tu Dzierżymirski uśmiechnął się szydersko.
Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko, przypomnieniem przeszłości. Sofizmatami wtłumiał w siebie wspomnienia gryzące, lecz jednocześnie i instynktownie jakby rozrzucał, pozbawiał się grosza, tam, gdzieś na dnie duszy własnej, choć nie przyznawał się pozornie do tego, rad nawet będąc, iż złoto wątpliwe szło - nikło...
Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, Dzierżymirski poruszył się niespokojnie i powrócił myślą do teraźniejszości miłej.
On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, pomimo praw miejscowych, de facto, stawał się panem okazałej i pańskiej, własnej fortuny.
I pokryta, stłumiona ważnością chwili, smutkiem Oli, oraz całego domu - przez dzień cały - teraz dopiero, w ciszy uśpienia pałacu, w czterech ścianach sypialni, rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu piersi egoistyczne zadowolenie wewnętrzne.
Szczerze żałować zmarłego Roman w istocie nie mógł. Poza innemi cechami charakteru dodatniemu i miłemi, arystokrata z przekonań, nieprzystępny i dumny względem tych, których pragnął trzymać od siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okazał się nieżyjący pan January, w stosunku do dzisiejszego swego zięcia.
Dzierżymirski nie bolał więc wcale nad stratą teścia swego... Teraz zaś, powoli paląc cygaro, myśl jego, przesunąwszy się obojętnie po wypadkach śmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymując się przy tych zdarzeniach tylko ze względu na boleść drogiej mu Oli - swobodna, pomykała obecnie chyżo w przyszłość.
Od jutra staje się panem!.. Będzie administrował dobra, zbierał dochody...
I Romana upajało to jutro!..
Lat temu parę skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, źle odziany, odżywiany - biedny... Później zrządzeniem losu ślepego właściciel sumki pokaźnej grosza... Dziś dziedzic, pan całą, gębą!..
- Do dyaska !.. - mruknął Dzierżymirski i uśmiechnąwszy się z zadowoleniem, musiał przyznać jednak, że świat nie tak zły i nic nie wart, jak nazywał go ongi, w pesymizmu chwilach, i że życie czasami bywa wcale miłem.
- I cóż mogą o mnie złego powiedzieć ludzie, świat cały? - rezonował dalej w myślach swych Roman.
- Nic zupełnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, każdy zaś znający mnie przedtem, gdy dziś mnie spotka, powie tylko z przekonaniem: Zuch, poradził sobie w życiu!..
- A jak? któż o to pytać będzie...
Dzierżymirski, poczuwszy znów pragnienie, w półświetle pokoju odnalazł kieliszek i butelkę szampana, którą, powodowany jakimś dziecinnym wprost kaprysem, przyniósł sam sobie wieczorem z "własnej" piwnicy; nalawszy wina, napił się chciwie.
Radość zaś jego wewnętrzna, poza egoistyczną samowiedzą przyszłego bytu, miała również na jego obronę, przyznać należy, i szlachetniejszą podstawę.
- Teraz będę miał na to, by oddać to, co znalazłem - mówił sobie właśnie w tej chwili, trzymając machinalnie w ręku wysoki kryształowy kielich od wina, a w myślach bezwiednie i niejasno zarazem układał już względem tego plany na przyszłość.
- Ukrytym celem życia mego będzie znaleźć, odszukać koniecznie zagadkowego właściciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysięcy - szeptał cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniądze, oczyścić się w ten sposób z plamy przeszłości!..
- Muszę ją zmazać! Czystym być muszę!.. - z siłą powtórzył głośniej. - Choćbym miał świat z posad poruszyć! - dokończył z mocą i umilkł, a równocześnie w piersiach jego zapalała się teraz jakaś gorączka czynu.
Zdawszy zaś sobie natychmiast sprawę z tego stanu swego, Dzierżymirski poruszył się w pościeli swej niespokojnie.
- Tak, ja go znajdę! - mówił sobie w myśli dalej. - Znajdę, dla tego choćby, iż nie unikać bojaźliwie, jak dotąd, ale śmiało szukać go będę. Ale... - tu Roman zatrzymał się w myślach, - ale, by dopiąć tego - powtórzył - wszak muszę wypłynąć na arenę szerszą świata!.. Bo przecież tu, choć będę panem Gowartowa, nic przecie w tym względzie uczynić nie zdołam!..
- A więc - gdzie ?.. - dręczyć go, męczyć poczęło pytanie. Dzierżymirski brwi zmarszczył.
Powtórnie, znowu poczuł w sobie jakąś nieprzepartą chęć czynu, a równocześnie zrozumiał nagle, że radość jego chwilowa, przelotna z odziedziczenia majątku była słomianym tylko ogniem!
Bo, rzeczywiście...
Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojęta, lecz jedna i ta sama zawsze, która dotąd pchała go ślepo naprzód, i teraz, choć został panem i zdobył, czego pragnął, ukaże mu niewątpliwie inne znów braki obecnego położenia, "iść" naprzód każe, wynieść się ponad drugich zachęcać będzie - nurtująca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju!
Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony wyrzut sumienia i chęć zmazania plamy z własnej uczciwości - przyszłość ta, przed chwilą jeszcze wymarzona, idealna... już teraz przed wzrokiem Romana pokrywała się cieniem.
Samowiedza powyższa pokryła chmurą na chwilę piękne rysy Dzierżymirskiego.
- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie głośno, a wypiwszy do końca szampańskie wino, postawił kielich na stole tak silnie, że lejkowaty, delikatny, prysł on i szczątki kryształu upadły z brzękiem na ziemię.
Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było sięgnięcie po zapałki, myśl zaś zapalenia świecy, by zebrać szkło stłuczone, przemknęła mu przez głowę.
Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha:
- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch lokai... Sprzątną jutro...
Poczem, znużony myślami, przytulił głowę do poduszki, usiłując zasnąć.
--------------
CZĘŚĆ DRUGA
Była wiosna...
Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak samo urocza zawsze, uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach wschodziła ona znowu nad światem. Pełna w przyszłość wiary i nadziei krzepiła serca, rozjaśniała umysły, siała po twarzach ludzkich uśmiechy radosne, a rozogniając wyobraźnię, zmysły - upajając swem tchnieniem, majowem, świeżem - szła zwycięska, królewska, wspaniała...
Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, łącznie z głuchym gwarem ulic wielkiego miasta, wdzierał się do umeblowanego poważnie, obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okazałem, a zarzuconem papierami, listami, księgami i pismami, siedział Roman Dzierżymirski i słuchał mówiącego coś do niego młodego mężczyzny.
Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, zamykająca snać poważną i czas dłuższy toczącą się rozmowę.
Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś papier, złożony we czworo, postukiwał nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz zaś milczał, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekał cierpliwie, bawiąc się tymczasowo trzymanem w ręku nożem do rozcinania.
Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz miał myślącą, ruchliwą i zmienną, cała zaś jego powierzchowność, wyraźnie zdradzać się zdawała, kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu.
Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego na otaczające go sprzęty w gabinecie, pobieżnie przyglądać mu się zaczął.
Rzucił więc okiem na stojący opodal stół duży, przykryty zielonem suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczające go fotele, skórą kryte, na dwie, szafy książek, zegar - cacko starożytne; spojrzał na parę konsol, stolików, i innych zbytkownych gracików - wreszcie, zniecierpliwiony dłuższem milczeniem gospodarza, zagadnął:
- Zatem... panie prezesie?
Dzierżymirski ocknął się, i już otwierał właśnie usta, by coś odrzec, lecz zatrzymał się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł lokaj, trzymając duży list na tacy.
- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo długo, - objaśnił, - w końcu kazał mi list oddać jaśnie panu, a sam poszedł...
- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi swemu - pan pozwoli, nieprawdaż? - i rozerwał kopertę przyniesionego pisma.
Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami podpisów.
Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierżymirski, skończywszy czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem znowu przeszkodzono mu.
Ktoś pukał do drzwi dyskretnie.
- Proszę!.. - rzekł Roman głośno.
Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich.
Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, Dzierżymirski zerwał się na widok wchodzącego.
- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko jedno - mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy powstającego instynktownie gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę.
- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę tylko!.. - ująwszy zaś ramię Dzierżymirskiego, nachylił się ku niemu, odprowadził dalej nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i gestykulacyą, stojąc z nim razem pośrodku gabinetu.
Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą wyraźną, pożegnał się serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami.
Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa swego, a przeprosiwszy go raz jeszcze, dodał na pozór niedbale:
- To właśnie książę-ordynat B... nie zna pan?... Miał do mnie interes bardzo pilny... Tu znów - wskazał na otrzymaną przed chwilą korespondencyę, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów jednej z naszych kolei. Dziś mam pięć sesyj... - ciągnął dalej w tym samym tonie, - tam - uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, - czeka masa interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...
- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówił zwolna - czy przyjąć mogę tak zaszczytny wybór panów... Po prostu nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę !
Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, chciał coś zaprotestować, lecz Dzierżymirski już mówił:
- Przykro mi tylko, iż panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie mieć będą... - zatrzymał się chwilę i wskazał na trzymaną do niedawna, w ręku odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych towarzystw węglowych, w której donoszono mu właśnie o wyborze go podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczącego w komisyi rewizyjnej.
- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej i uśmiechnął się przy tem z lekka, - że nawet czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie całkiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął powtórnie uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i zupełnie znanych... Terra incognita... - skłonił głowę ruchem lekkim - stanowiska podobnego nie miałem jeszcze dotąd...
I Dzierżymirski zamilkł na chwilę poczem swobodnie dorzucił:
- Ale! prawda... Zapomniałem jeszcze powiedzieć szanownemu panu... Za parę dni wyjeżdżam na czas dłuższy za granicę, dla wypoczynku.
Roman zatrzymał się i pytająco spojrzał na gościa swego.
- O!.. to najmniejsza... - odparł szybko przemysłowiec - czynność komisyi w roku bieżącym wypada dopiero za miesięcy kilka, a odbywa się w ogó1e nieczęsto... Co zaś do pierwszego punktu... rzecz to również małej wagi...
- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkę tak dalece rutynowaną, - przepraszam za wyrażenie i młody człowiek uśmiechnął się lekko - lecz o człowieka tych wpływów i stanowiska, oraz zaufania szerokich kół naszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyć sobie potrafił, i które niewątpliwie, rzec można, posiada obecnie już w zupełności...
Dzierżymirski teraz z kolei uśmiechnął się na tak jasne postawienie kwestyi.
Rzeczywiście, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoła jeszcze przybył osiedlić się w mieście, czyżby śniło się nawet komu przyjść doń z tego rodzaju propozycyą. Błysk zadowolenia miłości własnej przemknął w tej chwili po licach Dzierżymirskiego.
- Nie traciłeś czasu daremnie - mówił mu wewnętrzny głos i uczucie pychy rozpierało piersi.
Milczeniu zaległe przerwał tymczasem głos przemysłowca.
- Zatem - rzecz załatwiona nieprawdaż? Pan prezes - przyjmuje?...
Dzierżymirski zawahał się sekundę jeszcze, pochlebstwo jednak, podane zręcznie, działać poczynało. Zdecydował się dać odpowiedź przychylną.
- No... trudno!.. - wycedził z wolna, obojętnie i z pozornym przymusem. Pomimo obowiązków i odpowiedzialności, które wkładają na mnie czynności i stanowisko przewodniczącego w komisyi, przyjąć już chyba muszę!..
- Wybór panów akcyonaryuszów zresztą takiego związku, jakiem jest Towarzystwo panów - tu Roman skłonił się grzecznie w stronę gościa swego, a będącego - ciągnął dalej - bez pochwał i przesady, w rozkwicie obecnym jednem z pierwszorzędnych w kraju - zaszczyt mi tylko przynosi - i Dzierżymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylił z lekka głowę. - Co zaś do czynności rewizyjnych, mam nadzieję również - kończył - iż chyba im podołam, tymbardziej - uśmiechnął się tym razem nieco dumnie - że zajęć bardzo podobnych, choć tak różnorodnych, piastuję od pewnego czasu moc niezliczoną...
- O, naturalnie! - przyświadczył gość skwapliwie, - zresztą przyjemność miałem powiedzieć już panu prezesowi w toku rozmowy dzisiejszej, że zdaniem jest jednogłośnem akcyonaryuszów naszego Towarzystwa, iż w całem mieście nie ma formalnie nikogo, kto by lepiej od pana prezesa czynność wzmiankowaną objąć zdołał.
Dzierżymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochylił tylko głowę i powstał z siedzenia.
Gość jednocześnie z krzesła zerwał się szybko.
- Dziękuję i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniądz, a przysłowie to nigdzie chyba lepiej, niż tutaj, zastosowanem być nie może.
- Proszę wyrazić tymczasowo moje podziękowanie panom z Rady Zarządzającej,- odparł uprzejmie Dzierżymirski. - W sprawie tej zresztą wpadnę osobiście do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.
- Sługa pański!.. - rzucił jeszcze przybyły w ukłonie i w ślad za tem znikł za drzwiami. Dzierżymirski krokiem miarowym przechadzać się począł po pokoju.
- Więc i ta akcyjna spółka węglowa - myślał - obracająca kapitałami, najpotężniejszymi może w kraju, ceniona, znana, wybrała go również! Więc i oni doń przyszli! Wpośród siebie nie znaleźli nikogo, godniejszego, by piastować urząd, tak pełen zaufania!.. - w umyśle Romana bezustannie nad innemi górowało wrażenie wizyty ostatniej.
Duma wciąż rozsadzała mu piersi, uśmiech zadowolenia błąkał się po ustach; Roman, zamyślony, przebiegał ciągle swój gabinet wielkimi krokami.
Nagle rozmyślanie to, tak wielce dlań miłe, przerwane zostało wejściem lokaja.
- Jakaś nieznajoma pani w żałobie chce widzieć się z jaśnie panem - zaanonsował.
- Jak się nazywa?
- Oto bilet, jaśnie panie...
Dzierżymirski wziął z rąk sługi kartkę brystolu i przeczytał wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedziało mu ono.
- Proś! - rzekł krótko.
Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski zbliżył się z wolna do swego biurka i usiadł przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na leżące tam porozrzucane papiery.
- A... prawda!.. - mruknął półgłosem do siebie i sięgnął jednocześnie po papier listowy, oraz kopertę.
Przed nim, jako wice - prezesem zakładów dobroczynnych, leżał list znanego w mieście i wpływowego księcia S., z prośbą o umieszczenie w jednym z przytułków jakiegoś schorzałego biedaka.
Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - którą dnia poprzedniego sam już załatwił osobiście - nie dał jeszcze księciu; umoczywszy więc pióro, Roman począł pisać zamaszyście.
W tej samej chwili do komnaty wsunęła się przysadzista, krępa postać czarno ubranej kobiety. Małymi kroczkami podeszła natychmiast do biurka i przemówiła głośno:
- Przepraszam bardzo, że tak natarczywie...
Dzierżymirski, niezadowolony nieco, że mu tak z nagła przerwano wątek listu, spojrzał niechętnie z pod oka na nowo przybyłą.
Przed nim stała kobieta lat pięćdziesięciu może, o znękanych rysach, ubrana nieco z staroświecka, dość zresztą poza tem układnej powierzchowności.
- Niech pani spocznie, proszę... za chwilę służę! - rzekł uprzejmie i począł pisać znowu.
- Doprawdy nie rozumiem sama, jak ośmieliłam się przyjść tutaj, ale szlachetność, zacność szanownego prezesa... - usłyszał znowu Roman.
Niecierpliwie tym razem wzniósł na przybyłą spojrzenie i przerwał jej grzecznie, lecz sucho:
- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajęty jestem... Wszak pani nie pilno?..
- O, nie... przeciwnie... Tylko...
Roman spuścił oczy i myślące czoło, oraz począł pisać dalej, najspokojniej w świecie. W pokoju zaległo milczenie, przerywane li tylko zgrzytem pióra po papierze.
Gdy Dzierżymirski list skończył, podniósł machinalnie oczy na nieznajomą.
Uśmiechnął się mimo woli; spotkał się bowiem z dziwnie zabawnym i uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem złem i jakby obrażonem, które pod niespodzianym wzrokiem jego złagodniało jednak natychmiast, przeistoczyło się w słodkie i potulne, jak u baranka.
Zaadresowawszy list, Dzierżymirski zadzwonił na lokaja. Gdy ten się zjawił, polecił mu odesłać pismo natychmiast.
- Czy jest kto? - zapytał.
- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiała odpowiedź.
- Powiedz, że przepraszam, i za chwilę go proszę! - rozkazał Roman, gdy zaś lokaj znikł za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócił się do nieznajomej.
- Słucham panią... Czem służyć mogę?
Przybyła poprawiła się na krześle, zrobiła minę słodszą jeszcze, i zmieszana nieco przemówiła:
- Mój mąż, znając tak dobrze szanownego pana prezesa, tak często wspominał mi o jego szlachetności, zacności, dobrem sercu, że... - tu przerwała na chwilę, widząc zdumioną minę Dzierżymirskiego, poczem ciągnęła znów dalej, straciwszy widocznie wątek poprzednich myśli, bo nie dokończyła już poprzedniego zdania:
- Mój mąż, Nepomucyn, zawsze mawiał mi takich ludzi potrzeba nam więcej, jak prezes Dzierżymirski; ludzi hartu, żelaznej woli, inteligencyi rzutkiej, prawości charakteru... O, mój mąż bardzo, bardzo cenił pana prezesa... - i zawikławszy się ponownie w wygłaszane przez się pochwały, nieznajoma zatrzymała się chwilę.
Dzierżymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystał skwapliwie z przerwy.
- Przepraszam panią - spytał grzecznie - jak godność i imię męża pani? Czy żyje?...
- Nepomucyn Wygrzywalski - odparła zapytana - zmarł rok temu... Świeć, Panie, nad jego duszą! - westchnęła.
Dzierżymirski zmarszczył brwi i zamyślił się chwilę.
- Nie przypominam sobie, bym miał przyjemność znać osobę tego nazwiska... - wycedził z wolna.
Z pod uśmiechniętych słodkawo i mile, siłą woli ułożonych rysów przybyłej, błysło ku Romanowi urażone i groźne spojrzenie.
- Jak to ? - odezwała się obrażonym nieco i kwaskowatym jakby tonem. - Być nie może ?.. Pan prezes chyba przypomnieć sobie tylko nie raczy...
- A jak dawno? - łagodniej nieco przemówił Dzierżymirski. - I ile razy - słowa ostatnie podkreślił, uśmiechnąwszy się ironicznie - widział mnie mąż pani?
- O! kilka razy zaledwie miał sposobność... - pośpieszyła z odpowiedzią przybyła. - Dwa, trzy może... Ale widzenie się to było dlań przyjemnem nad wyraz - utkwiło mu w pamięci...
- Ach, mąż mówił mi tyle razy - ciągnęła dalej słodkawo, z wymuszonym okolicznościowym uśmiechem, - że, naturalnie, poza zasługami społecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miłego człowieka, jak pan, nie znał był dotąd, i dla tego też myślałam, że i pan prezes... - tu urwała swe przemówienie pani Wygrzywalska, śledząc na twarzy Romana wrażenie słów swoich.
Ten jednakże, zrażony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypiął, ni przyłatał, pochlebstwami już powtórnie, i całkiem notabene, niezręcznie, odrzekł zimno:
- O, proszę pani... Ja widuję po trzydzieści, czterdzieści interesantów dziennie... Połowa z nich nieznaną mi bywa zazwyczaj - liczbie tych więc znajdował się zapewne mąż pani... Dlatego też nie przypominam go sobie.
Jak pocisk zjadliwe tym razem i całkiem już obrażone uderzyło w lica Dzierżymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.
- Dziwi mnie to niewymownie, że tak uporczywie pan prezes przypomnieć sobie mego męża nie raczy... - odezwała się uszczypliwie, a w glosie jej czuć było śmiertelną obrazę.
- Przecież ostatecznie - mówiła w tym samym tonie dalej - jak i mnie, tak i jego, tu w mieście znało dużo osób... Nie dalej, jak hrabiowie Olscy, zacności i poczciwości ludzie, z którymi mnie łączy nawet stosunek przyjaźni... Wyjechali za granicę wczoraj właśnie... Następnie również i nieodżałowanej pamięci książę Topór-Toporski Alfred tak łaskaw był za życia opiekować się nami... - kończyła przybyła z godnością.
- Chce zaimponować mi znajomością z książętami, a to oryginał baba, - przemknęło przez myśl Dzierżymirskiemu i uśmiechnął się jednocześnie, zrobił bowiem i inną w tej chwili uwagę, a mianowicie, że jakoś za wiele było nieboszczyków w gronie ludzi, na których powoływała się siedząca przed nim jejmość.
Chcąc przytem przeciąć zarazem zapowiadającą się prawdopodobnie znów na długo tyradę słów, pozbawionych, jak i poprzednie, ścisłej logiki, rzekł szybko:
- Przepraszam bardzo: Nie mogła by mnie szanowna pani powiadomić jednak, czemu właściwie zawdzięczam jej wizytę?
Na tak jasno postawione ultimatum zmieszała się przybyła i wyjąkała:
- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczęśliwa, zdobyłam się na taką śmiałość... Ale, przynaglona materyalnem położeniem bez wyjścia, ufając w przyjaźń, którą żywił mój mąż nieboszczyk do pana prezesa, chciałam prosić o drobną pożyczkę... - urwała na chwilę, poczem głosem śmiałym już teraz i godności pełnym, dodała:
- Co do oddania - nie może być obawy żadnej, ponieważ ludzie mnie znają... A zresztą... - tu uśmiechnęła się z dumną - pochodzę sama z arystokracyi, więc...
To „więc" było wypowiedziane takim tonem, iż rozwiewać się zdawało wszelkie co do zwrócenia kwoty wątpliwości; jejmość nie dokończyła zdania, a spojrzała tylko przenikliwie na słuchacza swego, jakby pragnąc odgadnąć, jakie wrażenie nań uczyniło powiedzenie jej ostatnie.
Dzierżymirski zaś tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem, uśmiechnął się pod wąsem nieznacznie.
- Czy wolno wiedzieć - z której? - z kurtuazyą zapytał.
- Rodzę się z domu kniaziówna Rąrowska - z godnością i namaszczeniem odparła dumnie wdowa.
Dzierżymirski ponownie uśmiechnął się z ironią. Rodzina ta prawie, że już całkiem wygasła, aczkolwiek dawna bardzo, według heraldycznych i historycznych danych, nigdy nie miała praw do żadnych w ogóle tytułów, prócz kopertowych chyba.
Słysząc zatem wypowiedziane tak czelne kłamstwo, Roman nie odpowiedział nic, a tylko wpatrzył się badawczo, z uwagą, w twarz siedzącej przed nim kobiety.
Od początku już samego dziwiły go jej rozmowa i zachowanie całe, teraz więc, gdy wiedział cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu wpatrywał się wciąż w rysy przybyłej. Trwało tak minut parę.
I pod spojrzeniem tem nagle spuściła wzrok kobieta...
Po raz pierwszy od kwadransa spadła z twarzy jej obłudna, fałszywa i układna, a przyodziana li tylko w imię pozorów, maska. Zorane policzki wdowy okrasił lekki rumieniec, a pod wpływem jakiejś myśli zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignął na chwilę przed oczyma obserwującego mężczyzny.
I to ocaliło nieboraczkę. Zniecierpliwiony bowiem dotąd obecnością jej Roman, i zdecydowany już prawie wyprosić za drzwi kniaziównę "de domo", zamyślił się nagle.
Po chwili zaś, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybyłej, był dlań wystarczającym zupełnie, spuścił wzrok.
I snać wiele niekłamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczęścia prawdziwego może wyczytał był na tej twarzy gościa swego; bo po minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, milcząc, sięgnął rękę klamki drzwiczek wbitej w ścianie ogniotrwałej kasy, i - wyjąwszy stamtąd papierek dziesięciorublowy, położył go na stole.
Posunąwszy zaś banknot ten z lekka ku siedzącej, rzekł tylko:
- Służę pani!
Poczem, gdy pieniądz ów schowała, obsypując ofiarodawcę swego potokiem słodko przyprawionych komunałów, zadzwonił na lokaja:
Posłuszny, zjawił się sługa za chwilę.
- Proś pana hrabiego! - rozkazał Dzierżymirski.
- Już wyszedł. Mówił, że wpadnie kiedy indziej, bo czekać więcej nie miał czasu... Kazał przeprosić jaśnie pana, bardzo i zostawił tu bilet swój, na którym coś napisał, - i przy tych słowach lokaj podał bilet.
Roman rzucił nań okiem...
Pani Wygrzywalska jednak przerwała mu czytanie. Do swej roli wracała powtórnie.
- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczęła mówić swym poprzednim tonikiem - ale wiedzieć chciałam właśnie, jak adresować mam przy zwrocie tej kwoty, tak wspaniałomyślnie, szlachetnie, mi udzielonej... Pan prezes podobno na długo wyjeżdża?..
Roman na te słowa uśmiechnął się złośliwie i odparł:
- O, łaskawa pani ! Adresem zupełnie dostatecznym będą dwa słowa : "R. Dzierżymirski." Żegnam panią... - tu powstał z siedzenia i skłonił się z daleka.
Pożegnany z kolei ukłonem sztywnym nieco odchodzącej "pseudo-arystokratki", Dzierżymirski zwrócił się do lokaja:
- Jest kto? - zapytał.
- Jakiś pan powiada, że jaśnie pana zna dawno, chce się widzieć koniecznie.
- Jak wygląda?
- Taki sobie... nie bardzo pokaźny...
Codziennie, od dziewiątej do dwunastej z rana, każdy miał wstęp wolny do "pana prezesa". Dzierżymirski nie odstępował nigdy od powziętej raz reguły, tym razem więc zarówno rzucił obojętnie:
- Proś!..
Sam zaś do biurka zasiadł, by skończyć czytanie biletu hrabiego z Melsztyna.
Minęło parę minut.
Zaczytany, nie spostrzegł był Roman, że na środku pokoju od pewnego już czasu stał młody człowiek, lat około trzydziestu pięciu, i patrzył nań uporczywie.
Pod siłą tego wzroku podniósł oczy Dzierżymirski, a ujrzawszy przybysza zbladł; poznał go bowiem od razu, nie dał jednak poznać tego po sobie, nie podniósł się z miejsca nawet, a tylko ruchem ręki obojętnym wskazał krzesło.
- Proszę pana... Przepraszam... za chwilę... Nieznajomy zarumienił się, nie rzekłszy nic jednak, usiadł pokornie na koniuszczku stołka, Dzierżymirski zaś sięgnął po jakieś księgi, leżące - opodal i zagłębił się w nich, ze skupieniem.
Ale tylko na pozór... W rzeczywistości zaś potrzebował czasu, by ochłonąć z doznanego przed chwilą wrażenia.
Przed nim znajdował się towarzysz, niewidziany już od lat siedmiu - jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi się był zbratał, przyjechawszy niegdyś do kraju sam, nieznany i biedny!..
I nagle, wywołane przypomnieniem, stanęły mu w myśli jasno te chwile dawne !.. Ukazała mu się żywo w wyobraźni straszna noc moralnego przełomu jego życia, noc udręczeń w izdebce na poddaszu - noc walki z uczciwością z jednej strony, a nędzą, ułudą miłości, pragnieniem życia - z drugiej!...
Wszak siedzący oto teraz przed nim młody człowiek był jednym z tych dwóch właśnie, którzy, gdy on nurzał ręce w kuszącem go swą potęgą złocie, stukaniem nagłem we drzwi izdebki wstrząsnęli nim tak silnie...
I Roman, przebiegając spojrzeniem w duchu to wszystko, mówił do siebie jednocześnie:
- Dziwnem jednak jest to życie nasze... O, jakże dziwnem !.. Gdyby nie to złoto, a później Monte Carlo, Ola i śmierć jej ojca, oraz dziedzictwo po nim, nie byłbym przecie nigdy tem, czem dziś jestem!..
Przepastna ironia - koło bez wyjścia!..
Dzierżymirski, pochylony nad grubą księgą, której cyfr i kolumn ich nie widział zgoła - pogrążonym się ciągle być zdawał całkowicie, w rachunku i pracy.
Milczenie zupełne - panowało w pokoju, w ciszy zegar wydzwonił niebawem godzinę wpół do dwunastej. Roman się ocknął; zostawało mu już tylko pół godziny czasu. Uczynił nad sobą wysiłek i głosem spokojnym zupełnie przemówił obojętnie:
- Z kim mam przyjemność i czem służyć mogę?..
- Herman Zieliński. Czy pan.. prezes naprawdę mnie sobie nie przypomina? - odparł młody człowiek dobitnie.
Dzierżymirski zawahał się chwilę.
- Zielińskich znam wielu - rzekł z wolna - nazwisko pańskie ma przedstawicieli tak licznych... Zresztą... może... Przykro mi bardzo, lecz doprawdy nie przypominam sobie...
- Ja za to - odpowiedział młodzieniec, akcentując silnie słowa - przypominam sobie aż nadto dobrze... Poznaliśmy się przed laty siedmiu; ja, pan i Jasio Zboiński stanowiliśmy przez czas jakiś nierozerwalną nawet trójkę. Potem... pan przestałeś stopniowo nas poznawać... Kolej to zwykła rzeczy świata tego, prawo ludzkie - być może... Pan wznosiłeś się po drabinie społecznej wysoko, my ginęliśmy w cieniu... Pan dosięgłeś jej szczytów obecnie, my, to jest ja, zostałem u jej podnóża...
Zatrzymał się w przemówieniu swem młody człowiek, po chwili zaś dodał; z goryczą:
- Jednak... myślałem, że pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie przypomnieć. Cóż robić - omyliłem się!.. - młodzieniec powstał, gotów do wyjścia.
- Ale cóż znowu !.. - wykrzyknął słuchający go dotąd w milczeniu wahającem się Dzierżymirski, a zarazem, powstawszy śpiesznie z miejsca, przyjaźnie wyciągnął rękę ku przybyłemu.
- Witam i przepraszam... Pamiętam te czasy doskonale, tylko pan zmieniłeś się do niepoznania. Cóż Zboiński, cóż pan - porabiacie teraz?.. Niechże pan spocznie, proszę bardzo... - dorzucił Roman łaskawie i swobodnie, teraz bowiem panował już całkiem nad sobą.
Zieliński, poznany, usiadł i ośmielony odparł:
- Cieszy mnie niewymownie, że pan przypominasz sobie lata owe.. Dla mnie, wyznać muszę, okres ten cały życia mego stanowi przyjemne nader wspomnienie - urwał, i uśmiechnąwszy się ironicznie, zachowując jeszcze swój ton sprzed chwili, dorzucił dobitnie:
- Ba, dawniej przecie my ze Zboińskim, we trójkę, mówiliśmy sobie "ty" nawet!
- Cóż pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwał Dzierżymirski pośpiesznie, niechcący jakby, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę.
- Rad jestem niezmiernie z widzenia się naszego, z przyjemnością usłużę, jeśli będę mógł to uczynić...- dodał jeszcze, jak mógł najprzychylniej.
Choć zmrożony nieco początkiem zdania, Zieliński spojrzał przyjaźnie na Romana, poczem odezwał się:
- Dziękuję, i zobowiązany jestem panu bardzo, bardzo, panie... prezesie!., - uśmiechnął się znowu,
z goryczą - początkowo jednak winienem w krótkich słowach objaśnić go nieco o położeniu mem obecnem.
- Słucham - przerwał szybko Dzierżymirski i spojrzał na wiszący mały zegarek, wskazujący w tej chwili trzy kwadranse na dwunastą.
Zieliński dostrzegł ruch jego.
- O! to niedługo potrwa! - pośpieszył z zapewnieniem.
- Nic nie szkodzi, proszę bardzo... - odparł Roman. - O pierwszej mam ważną sesyę, a że wyjeżdżam już za dni parę, obecność moja jest tam bez opóźnienia konieczną. Ale... słucham pana... - powtórzył znowu uprzejmie.
- Otóż więc, streszczam - rzekł Zieliński.
- Życie moje odmiennem potoczyło się korytem od życia pańskiego, a nawet Zboińskiego Jana. Pan - nie ma co mówić o tem ; całe miasto godzi się jednogłośnie, że o zdolniejszego i bardziej wpływowego zarazem człowieka u nas trudno... Zboiński jest lekarzem na prowincyi i wiedzie mu się niezgorzej, a ja... - tu Zieliński zatrzymał się chwilę - zostałem za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!... Dlaczego? któż odgadnie ?.. Zdawałoby się, że los nie poskąpił mi zdolności; szkoły ukończyłem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale, niestety, los nie obdarzył mnie szczęściem do życia! - Młody człowiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, mówić przestał.
- Trzy lata temu - ciągnął dalej niebawem - ożeniłem się z miłości, bez grosza... - rysy, dość regularne Zielińskiego ożywiły się promieniem wewnętrznym - kochałem ją, tę moją Maniutę, tak, jak kocham ją do dziś dnia jeszcze, choć jak nie miała, tak i nie ma ani szeląga posagu!.. Obecnie mam troje drobiazgu... - tu z kolei twarz gościa Romana zasępiła się smutnie, zatrzymał się, jakby trudno mu było wykrztusić resztę, czoło zaś białe pociemniało mu od rumieńca - jednem słowem - dokończył - w domu u mnie - nędza!..
Umilkł, nie podnosząc oczu. Po dłuższej chwili, ciągnął:
- Pomny naszej dawnej znajomości, przyszedłem tu, do pana prezesa, z pokorną prośbą o posadę, o pracę, choć byle jaką, ale - płatną, o zarobek, bo jałmużny nie zwykłem przyjmować!.. Byle z głodu nie umrzeć... byle osłodzić życie tej kobiecie, która mnie kocha, a której doli dotąd w żadny sposób ulżyć nie mogę!.. - wyrzucił z siebie z mocą.
Zamilkł i wstydząc się jakby słów własnych, nie podnosił już wcale oczu na Romana.
Dzierżymirski zaś z kolei przez czas ten cały śledził słowa i grę fizyonomii Zielińskiego, a w myślach jego równocześnie stanął wyraźnie kontrast rażący, pełny ironii, między życiem jego, a życiem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie popłaca być idealistą!
Ożenił się bez majątku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierżymirski, zgrzeszył był idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy, pozbył się przed laty nietkniętych banknotów i ożenił się następnie z jaką dziewczyną zupełnie biedną ?..
- No, w każdym bądź razie, jakoś dałbym tam sobie radę! - odpowiedziało coś butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart, wolę, rozum, rzutkość, dar oryentowania się trafnego, i spryt - to wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak trochę... głupi!
- Ale czysty ! - ukłuło coś, jakby żądłem Romana. Spuścił głowę i słuchając dalej losów kolegi Zielińskiego, mówił sobie zarazem:
- Jednak pomóc trzeba... należy. Dla wspomnień, no, i dla zasady.
Gdy zaś dawny towarzysz mówić już przestał, odezwał się z kolei:
- Więc życzyłby pan sobie otrzymać zapewne miejsce na kolei, gdzie jestem prezesem... Niestety, nie mogę, postanowiłem bowiem podczas całego trwania tam moich rządów, od siebie nie narzucać nikogo... Ale mógłbym pomieścić pana gdzie indziej. W Banku Handlowo-Przemysłowym, na przykład, należę do zarządu... Czy znane są panu: rachunkowość kupiecka, buchalterya i języki obce biegle, jak francuski, niemiecki, a może i angielski`?..
- Niestety, nie! - odparł Zieliński. - Fachowego wykształcenia nie posiadam, gimnazya klasyczne zaś i wydział prawny uniwersytetu nie wyszkoliły mnie dostatecznie w żadnym z nowożytnych języków europejskich... Co innego grecki i łacina... Co się zaś tyczy rachunkowości, poza arytmetyką i matematyką wyższą, t. j. algebrą, geometryą, trygonometryą, inną służyć nie mogę...
I machnąwszy przy tych słowach ręką, w zniechęceniu, młodzieniec, westchnąwszy smutnie, dodał.
- Zresztą, panie prezesie, mówiąc szczerze całkiem, przekonywam się teraz coraz bardziej, iż szkoły nie dały mi zgoła żadnej nauki życiowej i praktycznej.
- Ma pan słuszność, zapewne... - potwierdził Roman. - Niedaleko, szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mieście ludzi fachowych, zajechałbyś pan ze swym dyplomem, ale nie martw się pan... Spotkałeś mnie na swej drodze. Ja zaproteguję pana po pierwsze w imię lat dawnych, po drugie, że należysz pan, jak widzę, do prawdziwie potrzebujących pracy! - ostatnie słowa silniej zaakcentował Dzierżymirski. - Czy ładny i czytelny masz pan charakter pisma?
- Owszem, staranny i czytelny w zupełności! - pośpieszył z odpowiedzią Herman.
- No, to dobrze - odparł Roman, i przy tych słowach sięgnął do stojącego na biurku pudełeczka po bilet wizytowy. - Napiszę słówko do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w ścisłych bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim pomówię - odmówić mi nie może... Od pierwszego przyszłego miesiąca dadzą panu posadę. Przypuszczam, iż... na początek z jakieś 500 rubli... Będziesz pan obrachowywał, sprawdzał, a potem przepisywał zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak się pan zaś wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobię, iż dadzą panu polisy do kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan więcej. Zgoda?...
- Ależ naturalnie - dziękuję stokrotnie, dziękuję po tysiąc razy! Wdzięczność moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy się z krzesła, Zieliński, wzruszony i uradowany, uścisnął z przejęciem dłoń Romana.
Ten ostatni, napisawszy słów kilka, zapieczętował list i powstał, a podając go młodemu człowiekowi, rzekł:
- Życzę szczęścia i powodzenia!.. Bardzo kontent również jestem, że pan zwróciłeś się bezpośrednio do mnie, i że znajomość naszą odnowiliśmy znowu... Doktorowi Zboińskiemu moje ukłony, gdy go pan zobaczysz!..
I Roman Zielińskiemu podał rękę.
- Dziękuję... Nie zapomnę tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciepłem w głosie odparł młodzieniec, ściskając dłoń dawnego swego towarzysza.
Dzierżymirski odprowadził go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zielińskim znikło mu z przed oczu przeszłości widmo, odetchnął swobodniej, i zadzwonił na, lokaja.
Ten zjawił się natychmiast, niosąc w ręku tacę z kilkoma biletami.
- Czekają jeszcze? - zapytał Roman, i spojrzał pobieżnie na bilety, a równocześnie wyjął z kieszeni zegarek, wskazujący już parę minut po dwunastej.
- Przeproś tych panów i powiedz, że dziś za późno!.. - rzucił czekającemu słudze.
Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski przechadzać się począł z wolna po pokoju i cygaro zapalił, wypuszczając od niechcenia z ust małe kółeczka dymu.
Cały był jeszcze pod wrażeniem ostatniej wizyty, oraz tej odżyłej z nią tak nagle świeżo minionej przeszłości.
I Dzierżymirskiemu czoło poorało się w drobne bruzdy, zamyślony wciąż tak samo, nerwowym krokiem przebiegał komnatę.
Od lat kilku, gdy ożenił się był z Olą, nie zmienił się Roman prawie że wcale. Ta sama inteligentna i piękna twarz południowca, taż sama młodzieńcza szybkość ruchów, oraz niezmienna wytworność sylwetki całej - cechowały go obecnie tak, jak i przed paru laty.
A ileż, ileż zdarzeń przewinęło się dotąd w życiu jego!
Po odbyciu żałoby na wsi, w Gowartowie, przyjechał z Olą do miasta. Tu, dzięki dziedzictwu pana Januarego, położeniu towarzyskiemu żony i, odnowionym własnym stosunkom, zdobył Roman to, co do dziś dnia posiadał.
Energiczny, rzutki, giętki, sprytny i pełen ambicyi zaszedł wysoko. Ola kochała go dotąd niezmiennie, ludzie korzyli się przed jego rozumem, stosunkami, wpływami, a jednak nie był on zgoła szczęśliwym!..
I teraz po twarzy jego odgadnąć to również łatwe było. Cierpiał...
Rozpamiętując w myślach przeszłość własną, zapomniał widać zupełnie o teraźniejszości. Niby wczorajsze świeże, we wspomnieniach żyły znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana ułudna mamiły wzrok duszy jego niedościgłą, bo bezpowrotną już dalą, rozpierzchały się, nieuchwytne, to znów wracały jawne - żywe!
Widział się więc Roman w poślubnym roku miłości wzajemnej, haszyszów i upojeń, z dysonansem śmierci teścia swego na końcu i widział siebie potem lata całe w ciągłych zabiegach, trudach, w prawdziwej, namiętnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za popularnością, wielkością i znaczeniem.
Wznieść się!.. wznieść ponad drugich, ponad tłumy - to stało się życia jego celem!.. Widzieć kornemi te ludzkie masy u stóp swoich - marzeniem - pomimo samopoznania w głębi duszy, że na to wszystko nie zasługuje się zgoła, pomimo gryzącej go, jak jad, toczącej go, jak robak, samowiedzy, że on moralnie nie godzien może żadnego z tych, którzy go ponad siebie wynoszą!..
Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeń, tysiące ludzi przemknęły, jak w kalejdoskopie, w życiu Romana, a tajemnica jego odległego "wczoraj", pozostała nadal - tajemnicą... Nikt jej nie odkrył, nikt nie przypomniał. O właścicielu dwudziestu siedmiu tysięcy głucho i cicho było, jakby fakt ten cały był li tylko snem strasznym, zaklętą bajką z tysiąca i jednej nocy!
A tymczasem życie, tocząc się wartkiem kołem, pochłaniało sobą Romana, pochłaniało go tak dalece, że bywały chwile, iż zapominał. Ale, niestety, były to tylko... chwile.
Sumienie uparcie czuwało bezustannie. Nie było dnia jednego, by Dzierżymirski w cichości ducha nie uchylił głowy przed przypomnieniem strasznem; nie mijał miesiąc, by godzin kilka, z dala od ludzi, nie był zmuszonym przepędzić sam na sam ze sobą i z wyrzutami sumienia.
O! jakże pragnął on nieraz oddać to złoto cudze, jak pragnął!..
Oddać! Ale komu?.. Zwrócić, ale jak, nawet gdyby się i znałazł właściciel zagadkowy, by nie splamić nieskazitelnego połysku czci własnej, honoru i opinii człowieka, przodującego społeczeństwu całemu?..
W tym samym, ozdobionym granacikową koroną hrabiowską, pugilaresie, leżały odłożone przezeń na miejsce, owe dwadzieścia siedem tysięcy, w banknotach i rulonach złota, schowane w tajemnej i nikomu nie znanej skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego właściciela - czekały one nań tam daremnie.
Bo gdybyż przynajmniej, choć promykiem małym, rozdarła się ta tajemnicza ciemność, kryjąca dotąd w swych czeluściach bezustannej zagadki prawnego pieniędzy tych pana!
Och, wtedy, będąc choć trochę przygotowanym, niewątpliwie dałby on jakoś sobie radę! Wolałby bowiem zobaczyć nawet roztwierającą się przed nim przepaść bez wyjścia, gdyż ufny w swój rozum, znalazłby je na pewno, niż widzieć ciągle przed sobą ten pełny milczenia sfinksowy spokój, idącego przed nim ciemnego, nieodwołalnego jutra!.. Przestraszał go on - przejmował zgrozą...
Bo Dzierżymirski poza licznemi zajęciami swemi społecznej natury, czynił dotąd niemal bez skutku wszystko, aby zrzucić z siebie, już raz na dobre, gniotący go skrycie ciężar wspomnienia!..
Podawał więc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogłoszenia w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granicą, w nadziei, iż wpadnie na trop właściwy.
Sam pozatem odbył kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których wiedział, że zgubili niegdyś, bez znalezienia, sumy większe...
Zbadawszy ich jednak podstępnie, z ostrożna, wracał zawsze z niczem. Zagadka trwała.
Teraz wreszcie również, nie dalej, jak za dni już kilka, postanowił Roman raz jeszcze uczynić próbę w tym względzie i wyjazd za granicę, zapowiedziany przezeń, dla wypoczynku, "de facto" był związanym ściśle z tą tylko samą, wiecznie jedną, sprawą.
Przechadzający się wciąż szybko po gabinecie Dzierżymirski, w chaosie jątrzących go myśli i wspomnień, schwycił się nagle za głowę i szepnął do siebie przejmująco:
- Och, czemuż, czemuż, na Boga, natura obdarzyła mnie sumieniem tak czujnem, wrażliwem, czemu?.. Byłbym położenie moje brał filozoficzniej, prościej... Wszak z pieniędzy znalezionych w rzeczy samej korzystałem tak mało! Przegrałem je przecie wszystkie w Monaco, do ostatniego grosza, a wygrałem z pieniędzy zupełnie innych! - sofizmat, niezmiennie ten sam, powracał w umyśle Romana.
O ile jednak dawniej pocieszał on go chwilami, teraz, dziś - nie działał już bynajmniej.
Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekształcony życia szkołą, patrzący z odległości lat kilku zimniej daleko na uczynek swój własny "przywłaszczenia", Dzierżymirski, nie wyzbywszy się dotąd wcale wszczepionych silnie w dzieciństwie zasad uczciwości, nieprzejednanej, prawej, czystej, - rozumiał, iż, pomimo pochłonięcia cudzego złota przez jaskinię gry i dotychczasowej bezkarności - zbłądził, i że wina jego zgoła nie była mniejszą. Czuł, że życie moralne wykoleiło go niemiłosiernie, i cierpiał...
Roman przetarł ręką rozpaloną głowę; atak apatyi nerwowej pesymizmu, żalu i goryczy, szeroką falą napływał znowu do duszy jego.
W tej samej chwili na ściennym zegarze wybiło wpół do pierwszej. Roman się wstrząsnął.
Sesya, obowiązki, przodownictwo społeczne - trzeba być silnym!.. Odpocznie później, gdy wyjedzie - za dni parę, teraz odwagi!.. spokoju!..
I uczyniwszy nad nerwami swymi i myślą wysiłek, Dzierżymirski wyprostował się. Rzuciwszy opodal do połowy spopielałe, cygaro, począł porządkować śpiesznie porozrzucane na biurku papiery.
W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnął i odwrócił się. Poznał sposób stukania żony, co dzień bowiem, o tej porze, Ola zwykła była odwiedzać go po pracy.
- Entrez!.. - rzucił donośnie i czoło jego wypogodziło się natychmiast.
Ma ją przecież, najdroższą żonę, podporę-kochankę i przyjaciela ! Wszak wzajemnie nie posiadają przed sobą żadnych tajemnic, prócz jednej - jedynej!
Przez próg komnaty do gabinetu wchodziła już Ola, ubrana do wyjścia, w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczącej jedwabiami spódnic.
I ona od lat tych pięciu nie zmieniła się prawie. Wypiękniała tylko jeszcze bardziej, bujniejszemi stały się kształty i linie jej ciała, ponętniejszemi, w całym swym czerwcowym rozkwicie, lat już niespełna trzydziestu.
Z uśmiechem, przywitali się małżonkowie; Roman ucałował żonę w czoło i zapytał:
- Dokądże to tak moja pani?
- Na ogólne zebranie pań Opieki Ś-go Franciszka z Assyżu; a ty wychodzisz także?..
- A jakże. Na sesyę Związku Kredytowego.
- Na którą godzinę?
- O pierwszej się rozpoczyna...
- Pysznie!.. - zawołała uradowana Ola.- Kazałam właśnie do powozu zaprządz, podwiozę cię... A śniadanie drugie już jadłeś?
- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyło. Przekąszę coś nie coś na mieście...
- Mój ty biedaku !.. - i pogłaskawszy pieszczotliwie męża po twarzy, uściskała go Ola serdecznie, - taki zajęty zawsze, że nawet prawie nie można nigdy pomówić z tobą swobodnie...
- A czyja wina? - przekomarzał się wesoło Dzierżymirski.- Gdy ja do domu wpadnę, nigdy pani mej nie ma... To zebranie Ś-go Antoniego, Kalsantego, Ambrożego, - wszystkich świętych jednem słowem... To znów z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytułki, obrady na zabawy filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja w końcu wiem i pamiętam, wszystkie owe tam wasze damskie pseudo-prace?..
- No, no... Bardzo proszę, nie wyśmiewać mi się z nas... Niby to wy, panowie, robicie co na owych sesyach. A jakże! Rozmawiacie zgoła o czem innem, papierosy palicie, kłócicie się i rozchodzicie. Ho-ho, już ja wiem dobrze, co mówię!..- odparła z przekonaniem obrażona niby Ola.
I w ten sam sposób dłużej jeszcze przekomarzaliby się żartobliwie małżonkowie, gdyby nie wejście lokaja, który zaanonsował:
- Proszę jaśnie państwa, powóz już czeka...
- Aaa... to dobrze! - rzekł Roman żwawo, daleki już myślą od dręczących go do niedawna wspomnień.
- Nie przebierzesz się Romciu? - zapytała Ola.
- Ani myślę, nie mam czasu! Patrz, dochodzi już pierwsza... Cóż to, moje życie, uważasz może, że nie po dżentlemeńsku wyglądam?... - zapytał lekko.
- Ale gdzież tam... Cóż znowu?.. Tego myśleć się nie ośmielam - roześmiała się Ola. - tylko tak trochę... nie świeżo... Czekaj, przeczeszę cię, poprawimy krawat i oczyszczę...
Dzierżymirski poddał się pokornie wymaganiom estetycznym żony.
- No, fertig! Wyglądasz znośnie!.. - zadecydowała Ola po chwili.
- Phi... tylko? To niezbyt pocieszające, - odparł, śmiejąc się, Roman - i wyszedł z Olą do przedpokoju.
W bramie domu czekał już powóz odkryty; Dzierżymirscy wsiedli doń pośpiesznie, lokaj wskoczył na kozły i ruszyli. Znany w całem mieście pojazd "prezesowstwa", zaprzężony w dwa rosłe mieszańce, krwi anglo-arabskiej, wytoczył się na ulicę i pomknął chyżo.
Co chwila z pośród idącej po szerokich chodnikach publiczności, lub z wymijanych powozów, kłaniał się ktoś uprzejmie Dzierżymirskim, a oni, uśmiechnięci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim ukłony. Po dłuższej chwili milczenia, odezwał się Roman:
- Ale, a propos, musisz się tem zająć, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu nie mam. Dziś, lub najdalej jutro, wysyłamy zaproszenia do wszystkich naszych znajomych... W sobotę damy raut pożegnalny... J'espere, że nic nie masz przeciwko temu, moje życie ?..
- Ależ, naturalnie!.. - pośpieszyła z zapewnieniem Ola, - lecz musimy przecież złożyć wizyty...
- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobić musisz, kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zresztą, pas de crainte, stawią się wszyscy...
- Dlaczego nie chcesz jechać ze mną?
- Nie nie chcę, lecz nie mogę. Mam przed wyjazdem jeszcze zajęcia huk! Nie możesz mieć nawet wyobrażenia, moja droga, co to znaczy wyrwać się na miesięcy kilka, jak tego pragnę, z tego kołamych rozlicznych obowiązków - c'est un vrai tour de force!.. - Dzierżymirski zamilkł na chwilę, poczem kończył:
- Bo pomyśl tylko... Tu znaleźć na czas ten cały zastępcę, tam znów wycofać się zręcznie, by nie obrazić nikogo i załatwić wszystkie czynności już z góry... Więc chyba rozumiesz teraz, iż w wizyty światowe bawić się nie mogę, najwyżej do kilkunastu wybitniejszych osobistości, i koniec.
- Ależ dobrze, już dobrze, nie tłumacz się, nie broń - zrobię wszystko, mój władco i panie! - z uśmiechem, pocieszyła go Ola. - Pytałam się tak tylko... Czy wracasz dziś na obiad ?..
- Pas possible! - odparł Dzierżymirski stanowczo. - Akurat o szóstej zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego przedsiębiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Związek krajowy... Zjem na mieście.
- A wieczorem? - pytała dalej Ola.
- Muszę być koniecznie u księcia Artura, w sprawie budowy nowego kościoła Św. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu - obiecałem.
- Niemożliwym jesteś człowiekiem !.. - roześmiała się Ola, - ja już o czwartej wracam do domu.
Umilkli. Wkoło nich śmiało się w słońcu miasto; wiosna czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny tchnąć potrafiła - oddychało się swobodniej, szerzej, świeżość majowa pieściła twarze śpieszących zewsząd tłumów, śmiejących się i wesołych.
- Stań! - rzucił nagle i rozkaz Dzierżymirski, dotykając z lekka laską liberyjnych pleców stangreta. Dojeżdżali do wspaniałego gmachu Związku Kredytowego.
Powóz zatrzymał się posłusznie.
- A ce soir! - rzekł Roman, i lekkiem uściśnieniem ręki pożegnawszy żonę, wyskoczył z ekwipażu. Po kamiennych stopniach krużganka skierował się ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim ukłonie, otwierał już usłużnie szwajcar miejscowy.
Na progu gmachu Dzierżymirski obejrzał się i spotkał ze wzrokiem Oli. Spojrzeniami wzajemnie pożegnali się jeszcze pieszczotliwie, poczem Ola odwróciła się pierwsza, Roman zaś, ścigając ją oczyma, zatrzymał się i uśmiechnął...
W oddalającym się powozie, młoda kobieta po chwili, instynktownie jakby, raz drugi spojrzała za siebie. Dzierżymirski jednocześnie skinął głową i znikł za drzwiami, Ola zaś odwróciła się i niedbale rozpięła białą, koronkami obszytą, parasolkę. Promienie i blaski majowe zalśniły się jeszcze na jej postaci chwilę, i powóz znikł, pochłonięty wielkomiejskim wirem.
------------
Kaskadą świateł i blasków płoną rzęsiście apartamenty Romanowstwa Dzierżymirskich...
Z pół otwartych lilii z kryształu, zdobiących gazowe po bocznych ścianach kinkiety, z żyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów łagodniej, drżą w dusznej atmosferze salonów pęki promieni, spadają deszczem na tłum wesoły, elegancki i strojny, grają, załamując się w klejnotach kobiet - pieszczą ich nagie gorsy i ramiona, głaszczą je swym niewidzialnym dotykiem.
Gwar stłumiony prowadzonych z ożywieniem rozmów, oraz tłok i ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; część tylko gości siedzi, większość, wahadłowym ruchem płynącej fali, przechadza się bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.
Nie omylił się bowiem w przewidzeniach swych Dzierżymirski. Całe towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiły się na raut pożegnalny prezesa, wice prezesa, dyrektora i członka licznych instytucyi -rade i poczuwające się do obowiązku obecnością swą złożyć daninę grzeczności światowej temu, kto trzymał obecnie w silnej dłoni wątek ich spraw i interesów - natury społecznej, przemysłowej, filantropijnej, a często gęsto i osobistej nawet.
Pełni uprzejmości, dystynkcyi i gościnności szczerej, wśród tłumu swych gości, uwijali się Dzierżymirscy, zmieniając się kolejno w pobliżu wejścia pierwszego salonu, dla witania wchodzących co chwila nowych przybyszów. W końcu jednak i ten czasowy posterunek ich okazał się wprost niemożliwym...
Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszać się z tłumem rautujących gości, ustępując sami naporowi ścisku.
A kwadranse tymczasem mijały szybko. Liczba napływających osób powiększała się coraz bardziej, wśród szeleszczącej zaś, barwnej fali gości, w liberyi i pończochach, ukazywać się poczęli, posuwając się z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U wejścia zaś salonów, wyparta zwiększającą się falą ludzi, stanęła zwarta gromada mężczyzn, tamując w ten sposób po prostu komunikacyę do przepełnionych nad miarę apartamentów.
Młodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o impertynenckiej nieco, choć wielkoświatowej powierzchowności, wchodził w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierżymirskich.
Znalazłszy się niebawem poza zbitą u drzwi garstką panów, na razie nie mógł postąpić ani kroku naprzód. Widząc to, skrzywił swe wąskie usta, i wspiął się dyskretnie na palce.
Ponad zbliżonemi, wypomadowanemi głowami stojących mężczyzn, ujrzał dokładnie kołyszące się morze kobiecych biustów, główek czarownych, pięknych, różnobarwnych tualet, gorsów i fraków i mruknął do siebie:
- Ho-ho!.. pas mal...
Spojrzał następnie na stojących opodal rautowiczów. Nie znał żadnego z nich. Żachnął się niecierpliwie i szepnął znów z cicha do siebie, po francuzku:
- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...
I jednocześnie posunął się zręcznie naprzód, potrąciwszy zaś lekko po drodze swej paru sąsiadów, rzucił, z wytwornym ukłonem, kilka: "Pardon", w rezultacie jednak znalazł się zaledwie o parę kroków naprzód.
Popatrzył znowu przed siebie, wspiąwszy się na palce.
- Ach, przecież choć jeden!.. - szepnął z ulgą, tym razem już po polsku, dojrzał bowiem właśnie poznanego w przeddzień Emila Ładyżyńskiego.
Rzuciwszy po francusku parę ugrzecznionych przeproszeń, młodzieniec postąpił znów kroków kilka, aż stopniowo, przepraszając dalej bezustannie, zdołał dotrzeć do Ładyżyńskiego.
Ten już go był zoczył. Podali sobie ręce, witając się uprzejmie.
- Eh bien, chčr comte - zagadnął, z uśmiechem pierwszy pan Emil - jakież wrażenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno się dostać, co? Et, ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas, bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.
- A ja właśnie muszę, bo go nie znam. Pani Dzierżymirska była tak bardzo uprzejmą zaprosić mnie, bo złożyłem jej wizytę, lecz prezesa, jako nader zwykle zajętego podobno, nie widziałem...
- Ba... ba... c'est simple - potwierdził Ładyżyński - nasz prezesunio jest to człowiek, który jest wszędzie, ale nigdy u siebie w domu... Voulez - vous, przedstawię pana. W drogę zatem... Płyńmy, płyńmy, póki czas!.. - zanuciwszy półgłosem wyrazy ostatnie, rzekł starzejący się kawaler, i prowadząc za sobą przybysza, puścił się naprzód.