← Table of contents
Ironia Pozorów

Front matter (continued 2)

Reading edition

Dzierżymirski, niespokojny snać dotąd jeszcze, szedł krokiem raźnym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczył tak zamyślony, że byłby, nie widząc wyminął Olę niewątpliwie, gdyby ta, ubawiona, nie roześmiała się wesoło i nie pochwyciła go za ramię. Na dźwięk znajomego srebrnego śmiechu podniósł Roman głowę i twarz, chmurna dotychczas nieco, rozpogodziła mu się natychmiast.

- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknął radośnie, i ująwszy obie rączki Oli w swe dłonie, obsypywać je zaczął pocałunkami, a następnie pociągnął ją ku sobie, i nie zwracając zgoła uwagi na kilka mijających ich osób, ucałował w twarz serdecznie.

- A tak, Romeczku! - odparła żywo Ola - wybiegłam, bo zobaczyłam przez lornetkę, jak wy­siadałeś! Fe! któż widział siedzieć tak długo, gdy się ma tak ładną, jak ja żoneczkę... - dorzuciła, przymilając się, z lekką wymówką w głosie, i do­dała jeszcze:

- Myślałam już, że ci się co złego stało!

Promień przebiegł po twarzy mężczyzny, ujął ramię Oli, i odparł:

- A wiesz, moje życie, że i ja miałem co do ciebie myśl podobną?.. - uśmiechnął się i dodał - ale z mej strony to usprawiedliwione, zostawiłem cię przecie bowiem w łóżku...

Idąc wciąż szybko przed siebie, zamilkli oboje. Miłość odczuta, taka sama, drobną swą powyższą oznaką zamknęła im usta na chwilę.

- Skądsiś od Wielkiego Kanału, w pewnych od siebie, odstępach, dolatywało właśnie echo silne­go męskiego głosu, przy akompaniamencie chóru innych.

- Pojedziemy może gondolą, jak myślisz? - zapytała Ola - słyszysz jak ładnie śpiewają?..

- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł wesoło Roman.

Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierży­mirscy usłyszeli za sobą kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,. gón-dola signore... gón-dola!.."

Na lewo, obok idących, znajdowała się "Piaz­zeta", a naprzeciw wznoszącego się majestatycznie pałacu Dożów, największa przystań gondolierów.

Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych, napraszających się przewoźników, podszedł ku przystani, gdzie wespół z Olą usadowił się niebawem w gondoli.

- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało Włochowi.

"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola z wolna, cicha, wysunęła się z pomiędzy dziesiątek innych, a kołysząc się na, czarnej fali kanału, pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić żony i po­czął muskać delikatnie ustami jej oczy, czoło, szyję i usta. Ona zaś uchylała się wciąż figlarnie, szepcząc:

[*) Wioślarz.]

- Wstydź się... gondolier patrzy...

Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie usta ich złączyły się w pocałunku gorącym, długim, od którego zadrżeli oboje, z ust Romana sypały się ciche i urywane, dyszące uczuciem i namiętnością, pieszczotliwe wyrazy...

A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, sunąc również, jak i oni cicho, mknęły, migocząc kolorowemi światełkami, gondole, zmierzając wszyst­kie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi, całemu rozbrzmiewającemu w tej chwili, jak harfa ruszona śpiewem i muzyką. Oświetlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migały w oddali wielkie gondole, a raczej statki małe, tak zwane „serenady", na których orkiestry cale grajków i śpiewa­ków-samouków popisywały się ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem.

Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po ka­nale; wabiło światłami i stłumionym śpiewu odgłosem, koło nich zaś, w pobliżu, grupowały się krę­giem dziesiątki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich niedbale i wygodnie słuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewających śpiewem i muzyką bark pod­jeżdżały pod okna dawnych dworców, a dzisiejszych pierwszorzędnych hoteli i koncertując tam wyłącznie dla hotelowych gości, zbierali od nich dla siebie datki, sunąc różnobarwnemi światłami i gorejącym kadłubem stateczku zwolna u marmurowych stopni pałacowych balkonów.

Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, śpie­wających wprost kościoła S-ta Maria della Salute, pod oknami pałaców Ferro i Zucchelli, (dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kościołem, zabrzmiała właśnie nagle pieśń solowa ..

Zagłuszając inne głosy śpiewaków bliższych i dalszych, zadrgała ona uczuciem, i zręcznie modulowana przyjemnie pieściła słuch, coraz donioślejsza, bliższa...

- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zapro­ponowała Ola, ujęta głosem śpiewaka.

- Bene, carissima! - odparł Roman, i skinął na wiosłującego. Gondola ich, kierowana umiejętną ręką, wymijać zaczęła łodzie, coraz liczniejsze.

Roman i Ola, widząc się coraz bardziej oto­czonymi, przestali pocałunków i pieszczot, chwilowo poddawszy się zupełnie czarowi pieśni, płynącej ku nim w ciszy wieczoru.

Oboje milczeli...

Gondola tymczasem skręciła powoli w lewo, ku rozśpiewanej barce, i wśliznąwszy się swym wysokim przednim dziobem, jak wąż, pomiędzy ko­łyszące się dziesiątki innych gondol - stanęła wresz­cie, zatrzymana zręcznie. Gondolier przymocował sznurem swój pojazd do sąsiednich i założywszy na krzyż ręce, w skupieniu wespół z innymi zasłuchał w pieśń...

Szerokiem półkolem, ciche, kołysały się wszędy ­inne gondole; wsparci w nich słuchacze pod­dawali się niewytłumaczonemu czarowi tej weneckiej, cichej nocy, tej pieśni szczerej, niewykwin­tnej, chwytającej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadającej w duszę głęboko.

Po smętnych pieśniach następowały skoczne, i tak dalej, bez zmiany. Co kilka "numerów" z barki "serenady" schodził włoch, rozczochrany, od śpiewu wzruszony jeszcze, i z czapką w ręku zbierał "co łaska", przestępując ostrożnie z jednej gondoli na drugą.

W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swe­go rodzaju antraktem, ruszały się z miejsc swoich nie­które łodzie, wracając, lub zdążając dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwała się milcząco no­woprzybyła gondola, a publiczność, zebrana w tych zaimprowizowanych wodnych lożach, natychmiast spoglądała ciekawie na swego sąsiada, półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych językach.

I w cichości powoli milkły, to znów z kolei rozbrzmiewały dalsze i bliższe rozśpiewane barki, wreszcie antrakt się kończył, po wodach kanału mknęła znów ze „sceny" serenady pieśń namiętna...

Słuchały jej echa zdawało się, pobłażliwie i cieka­wie gwiazdki, licznie rozsiane po gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże, i wieżyce licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych dworców.

Od czasu do czasu komunikując sobie przyci­szoną uwagę, Roman i Ola słuchali również uważnie włoskich pieśni, nastrój zaś dzisiejszego wieczora rozmarzająco działał na nich. Myśli ich daleko ulatywały, pod wpływem tej nocy, tego krajobrazu nie­zwykłego, a pełnego czaru, i tej niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni, wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących się melodyą słów swoich, kochających tak wyraźnie pie­śni owe, narodowe - własne!

Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego popołudnia, myśl Oli biegła nieprzeparcie do stron ojczystych - przymru­żała oczy, i widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze ojca...

Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad morzem myśli... Fałsz obecnego położenia, przy­szłość niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnicą na dnie duszy ukrywać się zmuszoną, przed okiem najdroższej nawet teraz dlań na świecie istoty, zaciemniały chmurą troski czoło Dzierżymirskiego, mgłą smutku matowały spojrzenie czarnych, rozumnych oczu.

I żal jakiś niezmierny, żal do życia, rozpierał mu piersi, do losu, że, postawił go na tak śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko za cenę tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to jego dzisiejsze nieograniczone szczęście!

Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglądał na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... Cienie przechodziły, przemykały się po jej wdzięcz­nem, zamyślonem obliczu, czasem na usteczkach za­gaszczał błąkający się uśmieszek.

Roman wtedy z miłością bezgraniczną zatrzy­mywał dłuższą chwilę spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadał w zadumę, lub słówkiem pieszczoty, albo spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie. Ola odpowiadała mu skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą zdań urywanych kil­kanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi ze­wnętrznemu otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób czas mijał.

Powoli, stopniowo rozluźniło się ścieśnione gondol półkole... Z cichym wioseł szelestem i pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne po drugich - duże barki sąsiednich serenad ginęły również w oddali, śpiewy ich cichły...

Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale ostatnimi tony, a między innemi i barka, koło której kołysała się gondola Dzierżymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznikały już także ­liczne sylwetki i twarze gości, w pobliżu, na wieży kościelnej, wybiła rytmicznie godzina jedenasta...

Roman ocknął się pierwszy, dotknął delikatnie dłonią rączki Oli i rzekł:

- Pora już nam, kochanie... prawdaż?..

- Która? - zapytała Ola, zbudzona.

- Jedenasta, moje życie - odparł Roman.

- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. ­To jedźmy, nie sądziłam nigdy, by już tyle czasu minęło...

- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał Roman, z uśmiechem.

- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola.

- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpie­sznie Roman, i jakby pragnąc, by powtórnie nie py­tano go o to samo, odwrócił się szybko do gondo­liera, informując go, dokąd ma ich zawieźć.

Gondola, wycofana z łatwością z przerzedzonego już kręgu, zawróciła i pomknęła ku oświetlone­mu niebieskawym światłem latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wieżach odległych kościołów, układającej się do snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi tony dzwoniła godzina jedenasta, zdała dochodził jesz­cze przyciszony odgłos muzyki...

Wyciągnąwszy się wygodnie w gondoli, Roman ujął znów kibić żony, i pieszcząc wargami jej szyję, począł mówić cicho, długo, ciągle.

Czuł potrzebę mówienia; chciał zagłuszyć, od­pędzić natrętne myśli, wspomnienia, przechodził z tematu na temat, śmiał się, dowcipkował, całował Olę co chwila. A ona szczebiotała również...

Pełne wesela głosy dwojga młodych złączonym akordem przerywały co chwila milczenie i spokój "Canale Grande", padały i ślizgały się echem po ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pławiły się cienie pałaców, złotym deszczem igrały gwia­zdy i swawolił powiew wietrzyka, idącego z morza, pokrytego ciemnością, śniącego w oddali...

Dostawszy się na pełnię wód kanału św. Mar­ka gondola pomknęła chyżo, a niebawem po falistej tafli włoskiej laguny rozległa się śpiewana zgodnym liórem męskiego barytonu i kobiecego sopranu pieśń polska: "Szumią jodły"...

- A co, nie mówiłem, że to nasi, choć on taki czarny, jak Włoch - odezwał się po polsku, z gondo­li, którą mijali Dzierżymirscy, rubaszny trochę głos mężczyzny.

- No, tak dziobać się, jak gołąbki, to i inni potrafią... odpowiedział ironicznie ktoś drugi.

- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humo­rom - to nie!... z przekonaniem, stanowcza, rozległa się odpowiedź szlagona.

Tymczasem gondola Dzierżymirskich malała już coraz bardziej, na tle nocy tylko czerwonawem światełkiem migocąc z oddali. Wkrótce, zaleciała jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj, Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...

- Moo - ja!... oddało echo lagun morza i zmilkło, cały zaś kadłub czarnej gondoli znikł gdzieś niebawem, ustępując miejsca innym, nadciągającym co­raz gęściej od strony Wielkiego Kanału, coraz cichszego, coraz bardziej pogrążającego się w czerni bezbarwną, głuchą, zapadającego tam uśpienia - Nocy!

* *

*

- Patrz, patrz! jakież to piękne!..

Słowa te, półgłosem, z akcentem zachwytu, wy­mówiła Ola, i oboje wraz z Romanem stanęli na miejscu, jak przykuci. Nad ich głowami wznosiła swe dumne gotyckie arkady jedna z najpiękniejszych, po bazylice San Marco, świątyń w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari - stali zaś przed mauzoleum Canovy.

- Prawda! - szepnął w odpowiedzi żonie Dzier­żymirski. - Zdawałoby się, iż ten oto anioł, czy geniusz uśpiony, żyje, oddycha, stróż czujny... urwał, studjując dalej pomnik z uwagą.

- A te postacie, nieprawdaż, iż rzeczywi­ście idą, ruszają się wolno, pogrążone w cichej bo­leści i smutku! - podchwyciła żywo Ola, podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piękna.

Oboje umilkli, z niekłamanym zachwytem wpa­trując się w rzeźbę.

Od grobowca bowiem, przez samego Canovę modelowanego niegdyś na pomnik dla Tycyana, biło rzeczywiste, szczere piękno i chwytało za serce­ - mówiło...

Przyparty do ściany, cały z białego marmuru, a trójkątnym kształtem w minjaturze przypominający­, piramidy Egiptu, stał sarkofag otworem...

Na lewo, jakby strzegąc doń wchodu, olbrzymi lew marmurowy leżał, z obwisłemi łapami, potężny, srogi, i jakby smętnie zadumany, a na nim, z rozpostartemi skrzydły, opierał się wielki Anioł uśpiony...

I tchnące łagodnością, cudne oblicze Anioła zda się być rzeczywiście nie z tego nędz padołu!..

Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać się zdaje na widza, lecz oczy jego przymknięte nieco, skupienia i zadum pełne - znieruchomione w nadziemskim spokoju, ciszą zaświatów, wieczności milczeniem i by­tu zagadką, nęcą oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę, myśl... gdzieś w strefy nadziemskie do nieba!...

A z prawej znów strony grobowca, jakby z zie­mi, ze świata, wolno suną jakieś postacie, zmierza­jąc do otwartych na ścieżaj wrót sarkofagu...

Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, kobieta młoda, jest już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad za nią, z girlandami kwiatów, postępują postacie mniejsze - to dziatki.

Idą... Kroczą, z pochyloną głową, przygnębieni, smutni, niebawem już cisi przestąpią oni próg grobowca...

- Chodźmy! - szepnęła Ola pociągając lekko Romana za rękę.

Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc oder­wać wzroku od pięknego pomnika, poruszył się Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem:

- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko?

- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała Ola.

W pustej i cichej świątyni rozlegały się wyraźnie ich kroki, ­prócz nich bowiem obecnie nie było tu nikogo.

Dzierżymirski wyjął zegarek.

- Szósta! Wracajmy, musimy pożegnać jesz­cze Wenecyę z Campanili - rzucił żywo, i ująwszy ramię żony, skierował się ku wyjściu z kościoła.

Na progu Dzierżymirscy stanęli, obrzucając ostatniem spojrzeniem kościół; wzrok ich przesunął się raz jeszcze po wspaniałych grobowcach dożów, Tycyana i wyszli.

Upalny spokój włoskiego popołudnia objął ich natychmiast. Słońce paliło jeszcze, na uliczkach Wenecyi było pusto.

Dzierżymirscy szli przyśpieszonym krokiem, zmierzając ku mostowi "di Rialto." Był to ostatni już dzień pobytu ich w Wenecyi, wyjeżdżali nazajutrz, żegnając dziś po raz ostatni urocze miasto pamiątek.

A żegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie jeszcze kościołów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokąd zachęcało ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piękna.

A więc pałac Dożów, jego archeologiczne mu­zeum i liczne przepiękne sale i ponure więzienia, pałac królewski, bazylikę, a także zarówno arcydzieła pędzla Tycyana, Tintoretta, Pawła Veronese, Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti."

- Wiesz, kochanie? musimy spieszyć się porządnie, gdyż o siódmej podobno zamykają już Campanillię*)-odezwał się Roman po dłuższem milcze­niu idąc z Olą bezustannie tak sarno szybko i słuchając zarazem szczebiotu jej, wciąż jeszcze znajdującej się pod wrażeniem pysznego dzieła Canovy.

[*)Znana powszechnie pod tą nazwą dzwonnica Świętego Marka w Wenecyi, siegająca budową i stylem X wieku, dziś, jak wiadomo, już nie istnieje. Runęła dnia 14-go Lipca 1902 roku.]

- Co za świetną doprawdy miałeś myśl, Rom­ciu, zestawić to obejrzenie Wenecyi z wyżyn na zakończenie! - rzekła Ola, i dorzuciła z ożywieniem: - Bo ostateczne owe wrażenie nie zużyte dotąd jeszcze, nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj...

- A widzisz, me życie, że nietylko moja pani miewa genialne koncepty - z uśmiechem odparł Roman, miłą mu bowiem była myśl, że ich wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzają się tak dobrze.

W tem bo ostatniem los rzeczywiście nie był poskąpił zadowolenia Romanowi. Ola, była to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem poczuciem piękna i niezmierną wrażliwością na dzieła sztuki, zgrzytów pod tym względem pomiędzy nimi nie było wcale - dopełniali się wzajemnie.

- Poczekaj, kochanie - odezwał się znów Ro­man - spożyjemy sobie parę brzoskwiń... Mam ogrom­ne pragnienie, a ty?...

- O! ja także!.. wykrzyknęła potwierdzająco i wesoło Ola, poczem oboje zbliżyli się do charakterystycznego, szerokiego, pod płóciennem okryciem od słońca, weneckiego straganu, przepełnionego różnemi owocami i jarzynami.

Minęli już byli waśnie "ponte di Rialto",­ znajdując się obecnie w okolicy i punkcie targu, oraz ożywionego ruchu. Wokoło nich szwendali się liczni przechodnie, przekupnie wychwalali głośno swój towar, t. j. drobiazgi, owoce, lub rzadkość w Wene­cyi - zimną wodę do picia, mówiąc nawiasem, nad­zwyczaj niezdrową.

Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzosk­wiń, i spożywając je, Dzierżymirscy puścili się znowu w dalszą drogę. Szli obecnie najbardziej ożywioną i handlową ulicą w Wenecyi, tak zwaną "la Merceria", wijącą się w kształcie szerokiego tro­tuaru pomiędzy domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim położonych sklepów, a wiodącej zygza­kiem od mostu di Rialto do wieży zegarowej na pla­cu San Marco.

Zaczepiani co chwila przez natrętnych właści­cieli magazynów, przekupniów mozaiki i małych bosonogich chłopaków, narzucających się im co chwila, z pytającem słowem i spojrzeniem ładnych, czarnych ocząt: "Accompagnare, signore?...", Dzierżymirscy szli szybko, wygodną, choć krętą ulicą, rozmawiając wciąż ze sobą.

Niedosłyszane wzajemnie często w gwarliwym hałasie "Mercerii" słowa ich ginęły bez echa, gdy naraz i tym razem zupełnie głośno, po niewiele znaczą­cych uwagach, odezwał się pierwszy Dzierżymirski.

-Czy wiesz, moje życie, iż to już trzy ty­godnie blisko, jak wyjechaliśmy z kraju? Czas leci, kto by pomyślał, że niebawem już minie miesiąc, jak porwałem ciebie, szczęście moje, z łona rodziny?..

Choć w ostatnich słowach brzmiał ton żartobliwo-dobroduszny, jednak Roman niespokojnie spojrzał na żonę, pierwszy to bowiem raz tak wyraźną czy­nił alluzyę do niedawnej, a przełomowej chwili ich życia; dorzucił zaraz:

- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem my­śli i co czyni w tej chwili twój ojciec... przytem wahająco spojrzał z pod oka na Olę, uważnie, jakby zbadać pragnąc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.

Lekka mgła jakby przemknęła po twarzy mło­dej kobiety, a brewki jej zmarszczyły się przelotnie, jednakże odpowiedziała natychmiast.

- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuściła oczy, zarumieniwszy się lekko - bardzo często... podkreśliła akcentem te słowa, - myślę o tem...

I Ola z kolei podniosła swe przymglone oczy na Dzierżymirskiego, a jemu zdało się jednocześnie, że wilgotnemi były one...

W tej samej chwili młoda kobieta ruchem łagodnym, a wdzięku pełnym, położyła swą rączkę drobną na ręku męża.

- Nie gniewaj się, mój drogi, że ci to mówię - rzekła miękko - ale... ale wierz mi, że ja nieraz lękam się jakby po prostu, by ta przeszłość nasza, a w szczególności gwałtowna chwila ucieczki mojej, nie przyniosła nam nieszczęścia... Biedny ojciec! - cicho westchnęła Ola i umilkła, spuściwszy nieśmia­ło wzrok ku ziemi, jak gdyby przestraszywszy się słów ostatnich.

Teraz Roman z kolei pochwycił rękę żony i uścisnąwszy ją serdecznie kilka razy, wzruszony, począł pocieszać Olę z cicha, w końcu zmienił zupełnie temat rozmowy, przeszedłszy pośpiesznie na przyszłe zamiary wspólnej podróży. Równocześnie jednak spo­sępniał, i, choć drobna, mała chmurka, co niby cień, wśliznęła się pomiędzy ich dusze - względnie rozwia­ła się dość prędko, zostawiła jednak w umyśle Dzierżymirskiego ślad trwały. Teraz zatem, gdy znowu zamieniał z Olą banalne nieco frazesy, myśl jego pracowała uparcie w dalszym ciągu.

Więc on nie mylił się, będąc częstokroć niespo­kojnym, gdy widział przychodzącą na czoło żony nagłą zadumę, na pozór niewytłumaczoną zgoła niczem.

Więc w główce tej, w której, prócz miłości dla niego, długo nie przypuszczał innego uczucia - tkwił jednak w swoim rodzaju wyrzut sumienia?.. Odmien­nemi zatem krocząc drogami, dusze ich - ze źró­dła tylko innego całkiem płynące - obie jednocześnie miały swoje skryte zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola więc także cierpiała...

- Dziwne, to życie, dziwne! - omal że nie gło­śno wymówił Roman.

- 0! patrz, już plac św. Marka - wesoło wykrzyknęła Ola w tej samej chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocześnie dodała:

- Wpół do siódmej! - Zdążymy!..

Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, prze­lotnie spojrzał tylko w jej twarz, a widząc Olę uśmiechniętą, poweselał sam również.

Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali się już oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoło ko­lumnami pałacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzędnych kawiarniach Wenecyi, roiło się od ludzi; na mozajkach, krzyżach, brązowych ko­niach i kopułach bazyliki św. Marka grały promie­nie słońca, u stóp zaś Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i przed kościołem, pośrodku placu, gruchały i latały setki gołębi, karmionych ręką publiczności. Zapłaciwszy za wejście, Roman i Ola powoli zaczęli wstępować na górę.

Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelającej w górę wysoko i samotnie, szło się nie po schodach, lecz po lekko pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choć krętej, wcho­dzącego wcale nie męczącej.

Co kilka minut postępującym na szczyt dzwon­nicy Dzierżymirskim migały z prawej strony małe okienka, pozwalające im pochwycić rąbek krajobrazu, ściany zaś wieży przepełnione były licznymi podpisami turystów.

Względnie dość długo, bo powoli, zmęczeni po­przednim pośpiechem, szli pod górę Roman i Ola, zanim dostali się wreszcie na obszerną szczytową platformę dzwonnicy. Prócz sprzedającego w zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ri­cordo di Venetia," kilka zaledwie osób znajdowało się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli się do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i hen­hen, daleko!...

- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili Ola półgłosem, z przejęciem, Roman zaś, potakując żonie, wyjął noszoną stale ze sobą lunetę i regulować ją począł.

Słońce właśnie zniżało się ku zachodowi. Z jed­nej strony krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziejąc purpurą, kąpała się promienistymi blaskami w morzu, rozświetlała jego tajemniczą głębię, rozżarzała, na kształt głowni, czerwonawym ogniem zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym gościńcem zanu­rzając się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą się światłami toń. I zielonkawe, łagodne Adryatyku fa­le, rozchylały się przyjacielsko i gościnnie - roztwie­rały swe nurty do idącego na spoczynek słońca, wód szmerem kołysać się je zdając do snu cichego...

Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły ostatnie promienie jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym odblaskiem - pieściły już morze całe, zapalały na niem miljony barw i odcieni, skośne le­ciały w lewo ku Lido, "giardini publici," słały się krwawiące na dachach i wieżach leżącej w dole We­necyi - i ginęły nareszcie w zamglonej gdzieś dali, tuląc się do majaczących hen, hen, w perspektywie górskich alpejskich szczytów...

Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.

Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem idącego wieczora, zachwycał ich ten krajobraz.

- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni włosi swoje "pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, wskazując ręką spiętrzoną u stóp ich, wśród wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione da­chy jej domów, gdzie na werandach spożywano wła­śnie posiłek.

- A, prawda! - potwierdził Roman.

- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak liliputy... - zauważył jeszcze i ująwszy ramię żony, zbliżył się znów ku balustradzie od strony morza.

- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, wskazując na prawo ląd stały - widzisz te otulone mgłami sylwety miast i gór?..

- Widzę - potwierdziła Ola.

- Oto Fusina - objaśniać począł żonie Roman - tam znów głębiej, to Padwa i Treviso...

Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty górskie, a tam - wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił dalej Dzierżymirski - to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.

I Roman manewrując równocześnie lunetą odkrywał coraz to inne odległe góry i miasta, a użyczając lornety swej żonie, objaśniał ją, tłumaczył.

Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała stopniowo. Prócz przekupniów, zalecających swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie było tu już prócz Dzierżymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali się do odejścia, gdy oto nagle przystanęli znowu, zasłuchani.

Z weneckiego starego grodu szła muzyka dzi­wna... Jak orkiestrą dobraną grana, wędrowała przez otulone milczeniem przestworza melodya kościelnych dzwonów...

Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony kościołów: Redentore, na wysepce Giudecca, i San­to Giorgio Maggiore, opodal, a w ślad za niemi powtórzyły inne świątynie. Z Santa Maria della Salute na czele rozbrzmiały kolejno po całej Wene­cyi, wstrząsnęły ciszą „królowej Adryatyku" - tu do­nośnie bijąc basem, tam znów skarżąc się łagodnie, kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń wie­czorną...

Dobranymi jakby akordy popłynęły dźwięcznie tony poprzez laguny i kanały, morzem, po grzbietach fal, uleciały w dal siną, zda się, niosąc swe echa aż do podnóży gór.

Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił półgłosem:

- Co za wspaniałe i silne wrażenie, niepraw­daż?...

Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie urwał...

Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytu­liła się, jak powój, do mężczyzny, on zaś objął opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem ramieniem przy­cisnął wylękłą do siebie.

To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o parę zaledwie kroków od nich, zagrzmiał właśnie do wtóru innym, zadudnił, głusząc wszystko swą si­łą, dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco."

Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się z ogólną aryą dzwonów, napełniając echami grzmotów, trzęsąc platformą wieżycy.

A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrażenia. Zdało się im bowiem, jakby ich tutaj nie było już zupełnie.

Nie, oni stanowczo znikli, a znajdował się tu jeno jeden jedyny olbrzymi dźwięk, z którym istnienia wspólne zlały się, złączyły. Glos dzwonu przenikał ich do głębi, szedł aż do dna dusz, grał na fibrach nerwów; trząsł nimi, potężny w swej mocy - wielki...

Ola jeszcze bardziej przytuliła się do męża, jakby szukając obrony przed czemś, czy przed kimś, Dzierżymirski silniej przygarnął ją do siebie. Równocześnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem jednomyślnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zbliżyły się i złączyły usta!...

Ostatni z ostatnich promień zachodu zapalił na sekundę jedną gwiazdę na czołach mężczyzny i kobiety, skojarzył się z ich pieszczotą i znikł. Słońce zgasło... Roman i Ola jednak nie odrywali ust od pocałunku, a trwali w nim jeszcze...

Jakaś bowiem niewytłumaczona niczem chęć przedłużenia jakby tej chwili ogarnęła Dzierżymirskich.

W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgały uczuciem, a huczący głos dzwonu zdawał się bardziej jeszcze kojarzyć ich ze sobą... Łączył się sam niby z ekstazą ich pocałunku, a usuwając z niego zarazem pierwiastek zmysłów poziomy - wznosił dusze Romana i Oli w nadziemskie gdzieś strefy, uszlachetniał, budził w nich jakieś chęci i pragnienia i przy­pinał skrzydła do lotu i rozszerzał piersi i kazał się modlić pokornie...

Z ekstazy pierwsza zbudziła się kobieta.

Przybladła nieco, oderwała drobne wargi od ust Romana i szepnęła cichutko: - Chodźmy już!..

- Dobrze, złoto moje, kochanie najmilsze! - odparł pieszczotliwie Dzierżymirski, i oboje w ślad za tem skierowali się ku wyjściu.

Nic nie mówili teraz do siebie. Zamyśleni, po­grążeni w swój dziwny stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w dół ciągle.

I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wśli­zgiwać się poczęła w ich dusze, mózgi i serca...

Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma, jakieś zwątpienia obsiadły nagle ich dusze, a czar, tam, na górze, odczuty - niknął, wewnętrzne ­zadowolenie i napięcie duchowe słabło!..

Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż samego dzwonu jest teraz jakimś całkiem innym, odrębnym; to nie ten na górze, wysoko!

Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzma­cniał. A ten, wstrząsając murami wyniosłej wieżycy, błąka się gdzieś tylko po jej zakamarkach, szczeli­nach, taki odmienny, ponury, smutny...

I pod jego wpływem, jakby pod działaniem cza­rodziejskiej siły, w myślach Dzierżymirskich, każdemu z osobna, zaszumiały znowu wyrzuty sumienia.

Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, mar­sowa twarz ojca, i jego spojrzenie smutne, wyrzu­tów pełne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem zda­wały się skarżyć, mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a ty tak pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i boleśnie!

Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z przed laty chwila pewna, iż zdziwił się sam niepomiernie. Swą ubogą izdebką z przed laty, straszną noc walki ze sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w Campanili-wszystko!..

A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroższy i bezwzględniejszy, surowsz­y... Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej po prostu obawie przed tym głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w dół schodzić poczęli.

Cienie wieczorne kładły się już po pustych za­kątkach starej, jak świat, wieżycy, mroki tajemnicze pełzały tu swobodnie. Przy dźwiękach dzwonu, któ­ry wciąż trząsł jej ścianami, wśród ciemniejącej stopniowo, a zamkniętej w nich pustki, schodziła, spuszczając się coraz szybciej, zniżała się para mło­dych.

Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne postacie, i zapanował bezpodzielnie w Cam­panili. Jednocześnie o jej mury odbiło się echo ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierżymirskich przypomnienie przeszłości...

W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko.

Wiekopomna wieżyca, zasłuchana jakby jeszcze w końcowy zamierający dźwięk dzwonu, przycichła; szarość, smutek i głusza rozsiadły się tu wokoło... W milczącą senną zadumę, we wspomnienia przebrzmiałe, zapadała powoli Campanile.

---------------

- Rojno i gwarno było dziś u marszałkowej ­nieprawdaż? Ha-ha-ha, wiedziałem doskonale, że się stawią wszyscy... Poczciwa jednak ta nasza światowa menażerya.... No, i cóż? Uwierzyli?

Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej dużym, pięknym salonie, wygłosił, sadowiąc się wygodnie na fotelu, Emil Ładyżyński. Był to męż­czyzna lat przeszło pięćdziesięciu, wysoki, szczu­pły, od stóp do głów drobiazgowo wytworny, o wyrazie twarzy szyderczym, przyrosłym jakby do rysów jego, świeżych i żywych jeszcze, oraz pięk­nych oczu podłużnych, zielonkawych, z pod pince­nez patrzących rozumnie.

- Uwierzyli. To jest, może udali tylko, że wierzą... odpowiedziała marszałkowa rozpartemu z gracyą w krześle gościowi swemu.

- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myślą sobie, co im się żywnie podoba!- zawyrokował tenże głosem stanowczym.

- C'est ce qui me tranquillise, iż zamknęłam zupełnie dziś już rachunki z towarzystwem tutejszem - odparła z westchnieniem ulgi pani Melania.

Rozmowa potoczyła się dalej; treścią jej był prze­bieg dzisiejszego, a ostatniego czwartkowego przyję­cia u Marszałkowej.

Zniknięcie Oli, choć trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w takich razach, nagle, pewnego poranku przedostało się niewiadomo przez kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieść ta, podawana z początku ostrożnie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce była już na wszystkich ustach, komentowa­na, przeinaczona, a plotką i skrzydlatym ptakiem obmowy obleciała niebawem wszystkie niemal salo­ny towarzyskiego świata w mieście. Pomimo to, nikt nie wiedział nic jeszcze dokładnie. Zaalarmowany pierwszy Ładyżyński, który, jako przyjaciel domu Gowartowskich, a zarazem bywający wszędzie światowiec, osaczonym był ciągle pytaniami, odbył dni temu parę istną sessyjną konferencyę z marszałko­wą: Co czynić, by ocalić pozory?.. I wówczas to postanowiono, co następuje:

Puścić natychmiast w świat niejasną pogłoskę o ślubie Oli z Dzierżymirskim, i opowiedzieć wyjazd marszałkowej, która, postanowiwszy już poprzednio przenieść się całkiem na wieś, teraz, po naradzie z Ładyżyńskim, zgadzała się tę chwilę odjazdu swego przyśpieszyć. Za parę dni właśnie przy­padał czwartek, jour fixe pani Melanii; łatwo było przewidzieć, iż towarzystwo cale, wobec rozsiewanych zręcznie półsłówek o wielkiej powyższej nowinie, nie omieszka, przywiedzione ciekawością i chęcią po­żegnania czcigodnej matrony, zawitać na jej salony...

- Wówczas to wszystkim i każdemu z osobna da­my do spożycia następującą pigułkę! - zadecydował wesoło na owej konferencyi pan Emil:

- Powiemy, że Ola i Dzierżymirski są już po ślubie, uznanym przez rodzinę najbliższą i przez nią urządzonym, lecz cichym i bez rozgłosu, a to na własne i wyraźne żądanie państwa młodych...

- Co się zaś tyczy dotychczasowej o tem wszyst­kiem tajemnicy, wytłumaczymy ją tem, iż dzisiejsi państwo Dzierżymirscy kochali się w sobie na zabój od dawna, od lat, przypuśćmy, ośmiu... że ojciec srogi nie chciał o związku tym słyszeć nawet, iż zmiękczo­ny wreszcie zgodził się nań... Pani marszałkowa nie była na ślubie, no... bo jest słabego zdrowia, Janua­ry zaś, w ostatniej chwili, gdy jechał na kolej, za­chorował... Państwo młodzi obecnie bawią zagranicą. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy na przykład, że w Szwecyi... Całą tę historyjkę, pa­ni marszałkowa na przyjęciu u siebie, a ja u innych, tegoż samego dnia i w tychże godzinach ukoloryzu­jemy jeszcze należycie kilkoma pseudo-autentycznymi szczegółami, no... et il faut espérer, że nam chyba uwierzą!..

Tak ostatecznie uradził Ładyżyński, a do ulti­matum owego, uznawszy jego słuszność, marszałko­wa Warnicka zastosowała się ściśle przez cały dzień dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjęcia. Obec­nie zaś w dalszym ciągu informowała przybyłego swego wspólnika o wywiązaniu się z zadania i roli własnych, opowiadając mu zarazem, jak wiele dnia tego odwiedziło ją osób ze świata, do tego stopnia licznych, iż chwilami w ogromnym jej salonie brakło po prostu dla nich miejsca.

- Każdy niemal po banalnym wstępie grzecz­nostek, pytał mnie o Olę, nie przeoczył tego nikt -mówiła pani Melania, kończąc opowiadanie swoje - aż w duchu sama śmiałam się z tego...

- Więc któż był? któż był? - pytał ciekawie Ładyżyński.

- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo całe, nie zawiódł nikt - opowiadała dalej marszałkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i niemili, oraz nawet, którym się zdaje, że obecnością swoją czynią mi łaskę najwyższą, raz na rok zaledwie bywając u mnie... i lekceważąco na pozór przy tych wyrazach pani Melania machnęła ręką...

Pan Emil zaś słuchał i nieznacznie uśmiechał się pod wąsem, znał bowiem dobrze słabą stronę staruszki, którą gniewało zawsze, gdy ktoś ze „świata," mieszka­jący stale w mieście, omijał jej dom w wizytach.

- Par exemple... - odezwał się - ręczyłbym, że księżna Marya i hrabiowie Doliwscy...

- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i ksią­że Jerzy, hrabia Alfred, księstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córką i jej narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego księcia Ryszarda S. z Poznań­skiego... A także Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... już nie pamiętam wszystkich nawet... kończyła pani Melania, zadowolona w duszy z szumnej nomenklatury.

- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, śmietaneczka ze śmietanki naszej... Powinszować marszałkowej, powinszować... - rzekł z lekka drwiąco pan Emil. -L'essentiel - ciągnął dalej, - że wszyscy, jak przewidywałem, połknęli przygotowaną przez nas wia­domostkę.

- Wszyscy, bez wyjątku; robiłam przecież, co tylko mogłam - potwierdziła pani Melania.

- A więc n... i-ni-c'est fini; nie pokażemy się my im tu tak prędko na oczy; by sprawdzić to, co posłyszeli, Dzierżymirskich również mieć nie będą, a zresztą - pan Emil niedbale poruszył ręką - tout passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszą sobie nowe sitko na kołek i... zapomną. Ainsi va le monde - dokończył, i wyjmując srebrną z monogramem papierośnicę, ujął w palce delikatnej swej ręki cienki papieros, uprzejmie py­tając zarazem pani domu: - Vous permettez?..

Marszałkowa, z uśmiechem, przyzwalająco kiw­nęła głową. Ładyżyński zapalił, i wypuściwszy z ust mały obłoczek dymu, pogładził wytwornym ruchem ręki swe siwiejące już nieco, a starannie wyczesane, bokobrody.

- Ja także, według programu, nie próżnowałem, - odezwał się po chwili swobodnym tonem. - Wyszedłszy stąd temu godzin parę, byłem na jour fixe u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u księstwa Pila­nich... Zastałem tam wiele bardzo osób i wszędzie opowiadałem, naturalnie en long et en large la nou­velle du jour, co należy, o Romanie i Oli - bref, Ja­nuarek powinien być kontent ze mnie: wykryłem, jak, co i dokąd wyfrunęła mu jedynaczka, teraz znów my z panią marszałkową tuszujemy za młodą parą ślady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...

- Że też pan wszystko z wesołej tylko strony bierze - nieco smutnie i pobłażliwie jakby uśmiechnę­ła się pani Melania.

- Que voulez vous, pani marszałkowo, świat pełen dramatów i tragedyj w teatrze i w życiu, że cóżby wartem było ono, gdybyśmy się czasem starali przynajmniej komizmu choć trochę zeń wycisnąć - odparł pan Emil, poczem zaś dodał: - Więc pani marszałkowa jutro na Podole, do Ulanówki?

- Tak - potwierdziła pani Melania - do siebie jadę na dni kilka, potem zaś natychmiast do Januarego, a pan wyjeżdża?.. Il faudrait.

- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sześć tygodni... Ale, a propos, cóż January?..

- Niespokojną jestem o niego - odpowiedziała marszałkowa - jak panu wiadomo, bawił tu u mnie tylko dzień jeden; nazajutrz po otrzymaniu smutnej wiadomości odjechał, pożegnawszy się ze mną, notabene, bardzo chłodno, i odtąd żadnej odeń z Gowartowa nie mam wiadomości. Może chory...

- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się Ładyżyński - ­pani marszałkowa niech będzie spokojną, poluje sobie na kaczki, i jedynaczkę swą wydziedzicza. Do­brze robi zresztą, bardzo dobrze... Wydziedziczać młodych! Niech nie lekceważą woli starszego pokolenia!.. Wydziedziczać!.. dokończył pan Emil z patosem, i powstawszy z fotelu, jednocześnie z panią Me­lanią żegnać się począł.

- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, ale... Ładyżyński urwał - Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaż? - mówił, ca­łując z wdziękiem rękę staruszki - nie żegnam się więc, będę na dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc...

- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - odparła z uśmiechem pani Warnicka - do miłego zobaczenia się. .

Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił się u drzwi raz jeszcze, poczem jego elegancka, opięta w tużu­rek, zgrabna sylweta zniknęła za portyerą salonu.

Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, Ła­dyżyński wskoczył pośpiesznie do oczekującej nań dorożki na gumach, i rzuciwszy niedbale adres, ka­zał się wieźć dalej.

Już na ulicach i w magazynach jaśniały rzęsiście światła, gdy w dwie godziny później wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną kamienicą w śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż, skierował się w bramę czteropiętrowego domu, gdzie na pierwszem piętrze zajmował eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.

Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, ze złotemi guziczkami, granatową kurtkę, przekomarzał się właśnie na dziedzińcu, z którąś chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się nagle w bramie, a ujrzawszy śmiejącą się dwójkę, pogroził jej laską, z uśmiechem. Służąca zaśmiała się zalotnie i głośno, lokajczyk zaś pędem porwał się z miejsca i poleciał na górę, w parę minut później, z pokorną miną, otwie­rając drzwi Ładyżyńskiemu.

- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjąwszy paltot, zapytał: - Był tu kto?

- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety odparł chłopak pośpiesznie, podając małą tackę ze stołu.

Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów.

- Aaa!.. zadziwił się głośno przy jednym z nich, poczem odłożył wszystko na bok.

- Frak od krawca przynieśli? - zapytał jesz­cze - wyprasowany?

- W sypialni u jaśnie pana powiesiłem - objaśnił mały lokajczyk.

- Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie łobuzuj się!.. rzekł Ładyżyński, a minąwszy przedpokój, za­trzasnął za sobą drzwi od gabinetu, prowadzącego do sypialni i ubieralni, gwiżdżąc jednocześnie pod nosem aryę z modnej podówczas operetkowej pre­miery.

Jako szanujący się kawaler, pan Emil, stale żad­nego wieczoru nie przepędzał u siebie w domu. Dziś zatem również wybierał się na raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynający się już o dziesiątej.

Dziewiąta właśnie biła na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil więc, znalazłszy się w gu­stownie umeblowanej sypialni, przystąpił natychmiast do tualety swej wieczorowej.

W tym celu wygodnie zasiadł na foteliku przed małą gotowalnią, przepełnioną wytwornymi, w srebrnych pudełkach i przykrywkach, przyborami tuale­towymi.

Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroił się na raut, marszałkowa, po wyjściu ostatnich, zapóźnionych, gości, przykazaw­szy pogasić światła, odpoczywała na kanapce znużona, po dniu tak pełnym dla niej zmęczenia i wy­siłków. Oparłszy głowę o poduszki mebla, pani Me­lania, położyła się, i wyciągnąwszy wygodnie swe członki, przymknęła powieki, stan zaś błogi nie krępowanego niczem spoczynku owładnął nią bezpo­dzielnie.

Jak szum niknący, daleki, w uszach jej tylko brzmiał jeszcze gwar prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywały urywki z dali, a przed oczyma majaczyły, zmieniając się kolejno, postacie, zaludniające w ciągu kilku godzin jej salony...

Ponownie zatem widziała przed sobą staruszka w sąsiednim pokoju tłum elegancki, rozbawiony...

Mile pieścił on wzrok wytwornym wdziękiem kobiecych tualet, szeleszczących łagodnie, a zgoła nie krzyczących barwą i gustownych - nęcił powabem na jedną modłę elegancko skrojonych ubiorów męskich, pławił się cały w estetyce ogólnej manier, ukłonów, w szablonie światowej salonowej komedyi, a popraw­ny - nie raził niczem harmonii, w całości swej nie wywołując również wcale fałszywo brzmiących zgrzy­tów. I uśmiech pół gorzki, pół smutny, w zamyśle­niu okolił wąskie usta marszałkowej Warnickiej.

Jak nicości pełnem bowiem wydało jej się te­raz, w oświetleniu dzisiejszej złośliwej ciekawości, to całe towarzyskie stado, kryjące swą przewrotność pod blichtrem i szychem zewnętrznych pozorów, jak mało godnem żalu i marnem!

Ach, bo ileż schowanej zręcznie złości, tłumio­nych chęci sponiewierania rodziny jej i Oli, jej sa­mej, ile wreszcie jadowitego fałszu kryło się w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej światowych pseudo-przyjaciół i gości!..

Marszałkowa czyniła dalej w myśli przegląd galeryi osobników, widzianych na dzisiejszem przy­jęciu; we wspomnieniu ich słów, wyrazów twarzy i gestów powtórnie czytała, zda się, ukryte myśli przybyłych; moralnie obnażała ich wszystkich, starając się zarazem znaleźć, przypomnieć choć jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego uczucia, wykwitły wśród tych chwastów obłudy!..

Nie znalazła nic podobnego jednak. Były tam tylko same śmiecie.

Pani Melania, dumając w ten sposób, miała oczy wciąż przymknięte, niebawem znużenie wzięło górę nad jej myślami, głowa staruszki pochyliła się na piersi, cichy mrok wieczoru otulił postać marszałkowej. Zdrzemnęła się.

W kwandrans może później, w milczeniu wy­poczywających po najściu gości apartamentów, rozległ się; silny odgłos dzwonka... Staruszka rzuciła się z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy, poczęła wsłuchiwać się w mącący ciszę odgłos.

W drzwiach buduaru po chwili stanął lokaj i zaanonsował:

- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, że chciałby koniecznie widzieć się z jaśnie panią.

- Proś, proś natychmiast tutaj! - rzekła ży­wa marszałkowa i równocześnie powstała z kanapki. Lokaj wyszedł.

Zadowolenie, połączone z ciekawością osiadło na twarzy staruszki.

Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszałka, a zaprotegowany ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę ogólnego i głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc przynosił jej wiadomość o bracie!..

Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny bru­net, ogorzały i przystojny, z dziarsko do góry podkręconym wąsem, stanął na progu.

- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowa­nie - przemówił swobodnie, i podbiegłszy, ucałował z szacunkiem rękę staruszki.

Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czy­sto, ruchy zaś jego, oraz sposób mówienia, zdradza­ły człowieka, choć nie obytego może zupełnie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.

- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła staruszka, zwracając się dobrotliwie ku przybyłemu­ - siadaj, proszę, i mów, mów jak najprędzej, co sły­chać?..

Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekł pośpiesznie:

- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani mar­szałkowo, ale... i nic również dobrego - dokończył wahająco i ostrożnie.

- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski oczy spuścił, i ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi rzęsami, mówić czął zwolna:

- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknął pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...

- Więc pan już wiesz?.. Skąd? - z okrzykiem niepohamowanego zdziwienia, wyrwało się staruszce, pytanie.

Coś niemiłego snać dla ucha młodzieńca zabrzmiało nagle w tych kilku słowach, bo nie podno­sząc oczu, jakby nie chcąc onieśmielać marszałkowej swym wzrokiem, spokojnie i poważnie odrzekł:

- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie mając nikogo, zwierzył się z troski własnej, natu­ralnie pod słowem honoru z mojej strony, że słów­kiem nawet o tem nikomu nie wspomnę...

Krasnostawski zatrzymał się chwilkę, i ciągnął dalej:

- Obowiązki, jakie mam dla całej rodziny państwa, szacunek i poważanie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowią, chyba dość trwałą rękojmię, iż słowa dotrzymam... I... o tem... nikt z państwa, przypuszczam, nie wątpi... - dokoń­czył młody człowiek, podnosząc tym razem wzrok, jasny i pytający na marszałkową.

- Ależ naturalnie, panie Bolesławie, natural­nie! - skwapliwie pośpieszyła z odpowiedzią staruszka. - Lecz mówże mi pan, co się tam w Go­wartowie tak niedobrego dzieje? - zapytała niespo­kojnie.

- To, pani marszałkowo, że z panem Gowar­towskim jest źle... - i Krasnostawski, spuściwszy znów wzrok, ciągnął dalej:

- Pannę Olę, jak pani marszałkowej wiado­mo, ojciec kochał bardzo, prawie, że bałwochwalczo; otóż skutki wypadków ostatnich bardzo, bardzo silnie odbiły się na nim. Nic go już prawie teraz nie zajmuje, ani gospodarstwo, ni wieś, ni inne zajęcia, do sąsiadów nie jeździ, u siebie nikogo nie przyjmu­je - słowem obecnie z niego zupełnie inny człowiek...

Krasnostawski przerwał opowiadanie, jakby namyślając się, co mówić dalej. Staruszka, w zadu­mie, ze wzrokiem na dół spuszczonym, milczała.

Po chwili wahająco ciągnął dalej:

- Wobec tego samotność dla pana Gowartow­skiego jest wprost zabójczą, koniecznie potrzebuje on nieustającego towarzystwa, jednem słowem - potrzebuje obok siebie przyjaciela.

Krasnostawski ponownie zatrzymał się na se­kundę.

- Moja osoba nie wystarcza - mówił dalej - ­zajęcia liczne, mieszkanie nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje... tu po twarzy młodego człowieka przemknął lekki cień - wszystko składa się na to, iż pan Gowartowski, choć zawsze dla mnie tak samo łaskaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam...

Z pod oka, przelotnie, spojrzał Krasnostawski na marszałkową. Z misyą nader delikatną i przykrą przybył on tutaj; w kieszeni surduta palił go własnoręczny list pana Januarego, w którym ten ostatni, żywiący jeszcze do siostry bardzo głęboką urazę za spełnione wypadki, pomimo wszystko, w głębi duszy posądzający nawet staruszkę, iż była, może w tajnej zmowie z jego córką - delikatnie, lecz sta­nowczo, odmawiał jej gościnności u siebie, wobec zapowiedzianego przez nią przyjazdu do Gowar­towa.

Krasnostawski o zawartości listu wiedział, w chwili żalu bowiem Gowartowski wypowiedział mu wszystko, ba, polecił jemu nawet, jako protego­wanemu i lubianemu przez marszałkowę, napomknąć jej o tem przed wręczeniem listu.

Przerwawszy na chwilę opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie zastanawiał się właśnie, czy poruszyć w rozmowie, lub nie, temat drażliwy. Postanowił jednak nie czynić tego wcale, a natomiast, czując, że na ustach domyślającej się już czegoś: marszałkowej, zawisa jakby jakieś pytanie, by po­wstrzymać je, odezwał się pośpiesznie:

- I dlatego, pani marszałkowo, polecił mi pan January, łącznie z innymi interesami, powoływującymi mnie tutaj, zaprosić do Gowartowa na czas dłuższy pana Ładyżyńskiego, jego bowiem obec­ności tylko pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... Muszę zatem być dzisiaj u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana Ładyżyńskiego niewątpliwie znanym jest pani marszałkowej?..

Słowa powyższe i pytanie ostatnie zabrzmiały w ustach młodzieńca pomimo woli zimniej nieco. Ner­wami uczuł chłód jakby w zachowaniu się staruszki, milczącej wciąż od chwili, gdy jej powiedział, iż: wie o wszystkiem. Gniewało go to spostrzeżenie i raniło dotkliwie dumę jego.

Wypowiedziana głosem miarowym, a wskazu­jąca ulicę i numer domu, zamieszkałego przez pana Emila, zabrzmiała odpowiedź marszałkowej.

Krasnostawski zerwał się natychmiast i rzekł szybko:

- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej...

Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem życze­niem wycofania się stąd co prędzej, ciągnął żywo dalej:

- Nie zajmuję już więcej czasu pani marszał­kowej, zapomniałem zupełnie, wszak to dzisiaj czwartek, dzień przyjęć - uciekam...

- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco rzekła sędziwa matrona. - Ale już po wszyst­kiem, wszak wieczór nadchodzi...

- Tak... tak, prawda, zapomniałem - bąknął Krasnostawski, sięgając jednocześnie ręką do kie­szeni. - Przepraszam najmocniej panią marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy! Byłbym zapomniał... Mam list od pana Go­wartowskiego, służę pani marszałkowej.

Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak równocześnie pochylił się do ręki jej, w ukłonie.

- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do wi­dzenia! - z roztargnieniem pożegnała go staruszka, podając mu rękę do ucałowania, poczem zaś gorącz­kowo rozerwała kopertę.

Młody człowiek już był na progu, ale, spojrzaw­szy z pod oka na marszałkową, zdążył był jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec oburzenia, zakwitły tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy. Do­strzegłszy to, młody plenipotent, jak szczupak w wo­dę, rzucił się całem ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś na palcach do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z mieszkania. Na scho­dach dopiero odetchnął.

- Uf! wyrwałem się wreszcie... - szepnął. - Ładniebym się ubrał, gdyby tak przy mnie list czytała!..

W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając ulice jednocześnie pogrążał się w myślach.

Wywołana wspomnieniem apartamentów mar­szałkowej, stanęła mu nagle przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyło jej głębokie i zalotne spojrzenie, którem, jak wielu innych zresztą, witała i jego, gdy przypadek łączył ich kiedy na chwilę.

Krasnostawski od kilku już lat znał córkę pa­na Januarego; etykietalne utrzymując stosunki z pałacem Gowartowskim na wsi, widywał ją rzadko, najczęściej z daleka, na spacerze, w kościele, lub przelotnie w powozie - kilka razy u marszałkowej w mieście. Podobała mu się piękna panna, bo komuż zresztą nie potrafiła ona się przypodobać, pełna wdzięku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawiała poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kochał się w niej jednak bynajmniej, za trzeźwym był na to; choć z upokorzeniem dumy własnej, sta­nowisko swe podrzędne oceniać potrafił, a jednak...

Ździwiony analizą duszy własnej, przyznać się sam przed sobą musiał, że wieść o ucieczce i ślubie Oli zabolała go, a raczej, bezpodstawnie na pozór, po prostu rozgniewała.

Rozmyślając w ten sposób, Krasnostawski wszedł do kamienicy, wskazanej przez marszałkową. Za parę chwil znalazł się już na pierwszem piętrze, ledwie jednak zadzwonił u drzwi apartamentów Ładyżyńskiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cy­lindrze i paltocie, ukazał się pan Emil, jak zwykle uśmiechnięty ironicznie i z pogodą na czole.

- A!.. pan Bolesław, herbu Rawita, powitać, prawico Januarego de Gowartów-Gowartowskiego, powitać!.. - i uścisnął serdecznie wyciągniętą rękę młodzieńca.

- Przepraszam, że nie proszę pana kochanego do siebie, lecz postacią swoją do odejścia gotową wypędzam go raczej, lecz powody ważne... - tu pan Emil uczynił obydwiema rękami ruch półokrągły, - skłaniają mnie do tego! - dokończył, i mówiąc to, elegancko zamknął drzwi przed nosem Krasnostaw­skiemu, a uśmiechnąwszy się pod wąsem ciągnął dalej wesoło, poufale wsunąwszy zarazem rękę pod ramię Krasnostawskiego.

- Nie gniewasz się na mnie, kochany panie Bolesławie, wszak prawda?.. Spieszę na raut; no, mówże tam, co słychać?.. Kochany Januarek cóż tam porabia, poluje; weseli się, czy smuci?

Krasnostawski już chciał wypowiedzieć, z czem przyszedł, gdy Ładyżyński znowu odezwał się żartobliwie:

- Ale, zaiste, pysznie pan wyglądasz, jak rydz w maśle, powinszować! Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnąć będą do pana, jak pszczółki do miodu! Słyszałem o pańskich sprawkach za studenc­kich czasów, za młodu! - tu poklepał z lekka mło­dzieńca poufale po plecach - słyszałem - powtó­rzył - nie będę więc wzajemnie nudził pana swoją osobą, opowiesz mi pan en rčgle, lecz szybko, co cię do mnie sprowadza, a posiedzenie to odbędziemy w dorożce. Podwiozę pana... Zgoda?

- Ależ i owszem, dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, z pośpiechem.

Znajdowali się już na ulicy, pan Emil skinął na stangreta parokonnej dorożki, rzucił adres, i pojechali.

Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne wesołe miasto:

- Słucham pana - rzekł Ładyżyński.

Młody człowiek w krótkich słowach opo­wiedział mu o niepomyślnym stanie zdrowia i mo­ralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy zaś tylko o liście do marszałkowej, zakomuni­kował zaproszenie do Gowartowa.

Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan Emil i odrzekł:

- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego Januarka, ale właśnie wyjeżdżam za granicę i przyznać muszę, że na razie wybrał on się z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczy­my zresztą... Co pan wiesz, - tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego - o pani Oli i Dzierżymir­skim?..

Zapytanie to postawionem było bardzo zręcz­nie mówiło nic, a pytało wiele. Krasnostawski natychmiast poinformował krót­ko i zwięźle pana Emila, iż wiadomem mu jest wszystko.

- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust Ładyżyńskiego, i dodał ironicznie:

- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu gronostajowym przywiązania dziecinnego, szalonej miłości młodzieńczej, weselu pod niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieży codziennej, ukrytej przez nas starannie przed plotką, jedną­ - purpurą drugiej; zatem wobec tego, możemy mówić szczerze...

- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał znów na Krasnostawskiego, jakby pragnąc się przekonać, czy warto wywnętrzać się przed nim - ta cała roz­pacz „górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wi­wisekcya przywiązania do córki i ów od początku do końca poemat „zbolałego ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od po­czątku do końca jednym nonsensem. Czy nie miała racyi?

Krasnostawski milczał.

- Pieścili dziewczynę - ciągnął w tym sa­mym tonie Ładyżyński - upodobała sobie Dzierżymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To trudno, panie, kobiety także mają serca i tempera­ment... Zachciało się Oli ładnego chłopca - nie dali jej go - wzięła go sobie sama, a raczej wziąć się pozwoliła... Niech Januarek lepiej dziękuje i śpiewa Hosannę na wysokościach, że bez plebana się nie obeszło! Lub niechże nawet gniewa się, i wydziedziczy córunię, lecz nie lamen­tuje, bo to i nie po męsku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje zdanie. Cóż na to pan, panie Bole­sławie, herbu Rawita?..

Krasnostawski zżymnął się niecierpliwie; de­nerwował go zwykle ton rozmowy Ładyżyńskiego, dziś jeszcze bardziej rozgniewał go przycinek "herbu Rawita", będący widoczną alluzyą do używanych niegdyś przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .

Podrażniony zatem, siląc się na spokój, odparł zimno:

- Przepraszam, ale całkiem inaczej i zupełnie przeciwnie zapatruję się na tę sprawę, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.

- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszać, wiedziałem tylko, że i z kochanego pana tak­że romantyk; w takim razie w korcu maku dobra­liście się razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoła potrzebny nie jestem, doskonale się tam obadwa rozumiecie...

- Ale, cóż znowu! - przerwał żywo Krasno­stawski, bojąc się, czy czasem mimo woli nieostrożnem słowem nie zepsuł danego sobie polecenia. - Mogę być tych samych zapatrywań na tę sprawę, co i pan Gowartowski i odczuwać jego charakter, lecz przecież w żadnym razie nie potrafię zastąpić szanownego pana, który jest tak dobrym jego przyjacielem...

- No tak, tak..., - urwał z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez litości, nic stałego na tej ziemi, prócz przyjaźni i miłości;" to wszystko nader pięknie brzmi i wygląda, lecz mego zdania, ja osobiście ­nawet dla przyjaźni zmieniać, niestety, nie uważam za stosowne. Czy zaś ono Januarciowi się spodoba - grubo wątpię..

Dorożka w tej samej chwili zatrzymała się.

- No, kochany mój panie Bolesławie, addio!.. - odezwał się protekcyjnym nieco tonem Ładyżyński ­podając Krasnostawskiemu rękę.

- Zakomunikuj pan z łaski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na Gowartowie, a jeśli potem jeszcze znać mnie będzie chciał - niechże mi napisze, a może przyjadę...

Wysiedli obaj. Pan Emil uchylił cylindra i skierował się ku bramie, na progu zaś jej rzucił jeszcze młodemu człowiekowi, tym razem jednak przyjaźniej nieco:

- A trzymaj się tam pan dzielnie, ba płeć nadobna ma tu na wieśniaków wilczy apetyt!.. Au revoir...

Ładyżyński znikł, Krasnostawski pozostał sam ulicy. Rozejrzał się...

Był w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór już rozpoczynał swe panowanie, nadchodziła noc, wielki gród żarzył się setkami świateł; środkiem ulicy pędziły pojazdy, po chodnikach sze­rokich zwartą gromadą wymijał go pośpiesznie tłum ludzi.

Piękne, zgrabne mieszczanki prawie że ocie­rały się o niego, rzucając co chwila zalotne spoj­rzenia na ładnego chłopca. Niewiele jednak z nich szło samych, większość miała już przy sobie czulących się towarzyszy, szepczących im z uśmiechem słodkie słówka.

Pod wpływem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli przejrzał się uważniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a zado­wolony z przeglądu własnej osoby, spojrzał wesoło przed siebie. Jakieś puste pragnienie zabawienia się, oszołomienia, podobnie tym wszystkim, snującym się parom, owładnęło nim.

Przekształcony okolicznościami życia w wie­śniaka mieszczuch przypomniał sobie naraz lata da­wne, studenckie, pełne niefrasobliwego jutra i we­sołych kawałów, a choć przeplatane często biedą i głodem, bogate jednak w miłość i swobodę!

Bawiąc przelotnie w murach miasta, którego każdy zaułek znał na pamięć, a mijających go mieszkańców, szczególniej kobiety, jednym rzutem oka nieomylnie segregował, jak znawca, - zapra­gnął nagle Krasnostawski napić się koniecznie z mu­sującego uciech miłosnych kielicha.

I mimo woli młody człowiek począł uważniej przyglądać się kobietom. Ubrane „szykownie", cien­kie w talii, wysmukłe i zgrabne, mijały go one, śmiejące się i wesołe, uprawiając z zamiłowaniem flirt uliczny, skrzący się miejscowym brukowym do­wcipem, czujne jednak poza nim na każde spojrzenie przystojniejszego mężczyzny, odwzajemniające mu się zalotnem źrenic błyśnięciem - "oczkiem" i obiecują­cym nieraz wiele uśmiechem.

A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór przedświąteczny, pogodny, lwią część właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na pierwszorzędne ulice - na wspólną arenę letniego jakby "demisalo­nu" pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, śniade, czarnobrewe, blondynki, powiewne­ - białe, szatynki, o ruchach omdlewających, a wszyst­kie prawie ubrane elegancko i z pewnym, właści­wym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, żwa­we - sunęły przed zachwyconym wzrokiem wieśniaka.

I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby tajną jakąś sprężyną tłumu, bił na Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem dłuższem star­ty, urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w sie­bie niewyraźny, niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami publiczności, gorętszem okiem pa­trzył w twarz kobietom, swawolnie i niechcący, na pozór, zaglądał im prosto w oczy...

Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, szarawych, fijołkowych i modrych oczach, z natury już swej, zalotnych, bynajmniej nie zrażało go do tej; czynności.

- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie skro­mną minką, bądź odważnym, śmiałym, a może... mo­że... - szeptały, zda się, cicho wejrzenia nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku sobie; da­leko więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszy­stkie razem, wyzywane śmiałym wzrokiem mężczyz­ny, całować go jakby się zdawały, obiecując miłość-­pieszczotę!...

Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewa­jący się przez ulice miasta, a obejmujący sobą oddzielną warstwę wracających z zajęcia pracownic różnej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roił się dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczęcy światek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy - obej­mował go swym ruchomym uściskiem. I młody czło­wiek, ulegając stopniowo nastrojowi chwili, wspom­nieniom dawnym, a związanym ściśle z tymże samym światkiem, zapomniał o wszystkiem.

Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, marszałkowa, Ładyżyński, Ola, a odżył w nim tylko dawny łobuz i bałamut, żądny swawoli i użycia.

Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą rączką, a odkrywających modelowaną ślicznie, zgrabnie obutą, w ażurowej pończoszce, nóżkę, otarła się prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smu­kła, jak gazella, czarnowłosa, i rzuciła młodzieńcowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palący , śmiały, rzuciła mu takie same drugie, uważniej­niejsze jednak, gorętsze. Z dwojga par młodych oczu posypały się iskry, a panu Bolesławowi stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne ultimatum: Ta, lub żadna!

Puścił się w pogoń za piękną dziewczyną. Dognał ją niebawem, zajrzał w oczy raz, drugi, trzeci, i począł iść w ślad za nią. Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i znikło w bramie domu.

Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się na pięcie, a włożywszy rękę w kieszenie od palta, z humorem przystanął. W oddali zachęcająco zieleniał ogród śródmiejski, jakby zapraszając gościnnie.

Młodzieniec skierował się w tę stronę, i w dziesięć minut potem wchodził już w bramę ogrodu.

O tej wieczornej i spóźnionej już porze cienie jago, tajemnicze i ciche, pochłonęły Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego doleciały jednocześnie­, z pogwarem drzew szumiących splecione, jakieś szelesty, i szepty, i przyciszone gwary...

To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ław­kach siedząc samotnych, gruchające przeróżne "pary" fabrykowały najczęściej udaną, rzadko szczerą miłość... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost bru­talny, tam znów, w kontraście subtelniejszy, mięk­kszy, ten sam flirt brukowy, rdzennie miejscowy, musował, kipiał po kątach ogrodu, przyczajony do tego stopnia, iż w niektórych alejach dla uważnego słuchacza grała po prostu, zda się, powszechna jakby i wspólnie harmonijna nuta, złożona ze szmeru po­całunków, głośniejszych półsłówek, namiętnych prote­stów, zgody cichej, lub srebrzystego śmiechu...

Odgłosy te, drgając w powietrzu, leciały cicho ku wierzchołkom drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spadał wolno pożółkły liść wczesnej jesieni, - jakby pragnąc przypomnieć bawiącym się tu lu­dziom, o końcu wszystkiego na świecie.

Przeszedłszy się po ogrodzie, Krasnostawski usiadł na jednej z ławek. Zmęczonym był nieco... Przyjechał kilka godzin temu zaledwie. Marszałkowa, Ładyżyński, piękna nieznajoma, gwar miasta - wszystko to znużyło młodzieńca, przy­wykłego od lat paru do ciszy i regularnego wiejskie­go życia.

Wyjąwszy papierośnicę, zapalił papierosa, zie­wnął, a spojrzawszy obojętnie na siedzących obok na ławce sąsiadów, wpadł w mimowolną zadumę.

W myślach stanęła mu nagle własna przeszłość w tem samem mieście i przed oczyma migać poczęły przeróżne minionych lat obrazy.

Ujrzał zatem siebie maleńkim, u rodziców je­szcze, chłopcem, potem gimnazistą, a następnie akademikiem. Oblicza rozpierzchłych gdzieś po świecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyły mu żywo, wspomniał ich przywary, zalety charaktery i serca...

W kalejdoskopie wspomnień odbiło się, prze­sunęło również, kilka twarzyczek kobiecych, parę szałów, niepomnych jutra, gorączkowych, pieniących się wówczas rozkoszą, płomieniem uczucia, a dziś spopielałych już i zagasłych zupełnie.

A wszystko w tem mieście, z którego murami zżyła się, zrosła jego dusza. Dla chleba porzucił kolebkę dzieciństwa - młodości...

- Cha!... - westchnął głośno młody plenipotent gowartowski, poczem instynktownie obejrzał się wokoło, i jakby nieco zawstydzony swem westchnieniem, z pod oka uważnie popatrzył na swoich sąsiadów.

Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniętym na oczy, w wyszarzałej kapocie i z rękami w kieszeniach, drzemała jakaś męska figura, z głową, wciśniętą w ramiona, zgarbiona, o nędznej powierzchowności; był to zapewne pijak jaki ululany, lub może biedak bezdomny; z przeciwległego zaś krańca ławki jakiś staruszek zbierał się do odejścia...

- Przepraszam pana, która godzina? - zapytał go Krasnostawski, pamiętając, iż zegarek zostawił przez roztargnienie w hotelu.

Staruszek malutki, siwiuteńki, o jowialnym wy­razie twarzy, zerknął przyjaźnie na młodego człowieka, oczy przymrużył i roześmiał się głośno i dobrotliwie.

- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucił w ślad za tem - nie przyszła... Ba!... la donna č mobile... - szcze­rze zaśmiał się jeszcze do siebie i podreptał dalej, nie odpowiadając na pytanie młodzieńca.

- A to ci mantyka jakiś ! - uśmiechnął się Krasnostawski i wzruszył ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyślił się znowu.

Tymczasem w tej samej właśnie chwili siadała obok niego wysoka, zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodzący staruszek wygłaszał swą sentencyę, pośpiesznie przechodziła ona drogą, a usłyszawszy głośno wyrzeczono słowa, zwróciła uwagę na siedzą­cego młodzieńca i uważnie spojrzała nań; poczem zwolniła kroku, a po przelotnej wahania chwilce usia­dła na ławce. Teraz zaś, uporczywie z pod oka, pa­trzyła na Krasnostawskiego.

Ten zaś poczuł snać na swojej twarzy magne­tyczny wzrok kobiety, bo po chwili machinalnie obró­cił głowę w jej stronę.

Na widok nowej sąsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbił się na jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawać się zdawał piękną nieznajomą sprzed półgodziny. Spojrzenia młodych skrzy­żowały się. Z czarnych źrenic ładnej dziewczyny po­sypały się iskry, poczem opuściła na oczy powieki, z rzęsami długiemi.

Krasnostawski jednak milczał w niepewności.

- Nie, to nie ona - myślał - tamta, smukła gazella, piękniejszą była, lecz ta znów... tu spojrzał przeciągle na dziewczę - kto wie, czy nie ponętniej­sza, milsza?... Bez wątpienia... co za oczy!... - dopowie­dział sobie w duchu.

Nie ruszał się jednak z miejsca, nieznajoma bo­wiem wydała mu się dziwnie nieprzystępną - przynajmniej z powierzchowności. Ubrana była z miejskim szykiem, przeciętnym wprawdzie, ale nie rażą­co bynajmniej, całkiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakąś nieujętą jakby dystynkcyą.

Tak się zdało Krasnostawskiemu.

W tej samej chwili nieznajoma podniosła nań znowu oczy. Powoli zdjęła woalkę, wciąż paląc spojrzeniem pięknych, dużych źrenic i westchnęła cicho...

Krasnostawski instynktownie przysunął się do dziewczęcia bliżej. W parę jednak sekund później, raz jeszcze przyjrzawszy się delikatnemu profilowi nieznajomej i przywoławszy w pamięci całe swe znawstwo dawnego "don-juana", zawyrokował w my­śli: - "szyk facetka, ale szkoda czasu," i obojętnie zgasłego zapalił papierosa.

Poza tem, przed godziną pełen werwy i animu­szu, teraz czuł się zmęczonym i spać mu się po prostu chciało, rój myśli zaś, poruszonych niedawno, bezustannie mącił mu się w głowie. Ziewnął więc przeciągle i zamierzał już powstać, gdy oto nagle, prosząco, posłyszał wyrzeczone głosikiem dźwięcznym swej sąsiadki:

- Przepraszam pana... ale.... nie mogę dać sobie sama rady... Czy... nie byłby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinąć mi parasolkę?...

Słowom tym towarzyszył wyraz twarzy, pełny milutkiego wdzięku i przybranej okolicznościowo zaambarasowanej niby nieśmiałości; zatrzymała się pytająco...

Widząc jednak na obliczu młodego człowieka uśmiech i wyciągniętą już rękę po parasolkę, dokończyła zalotnie, podając mu ją:

- Tylko... tak ładnie... cieniutko...

- Pan się dziwi, zapewne - dygnęła już śmiało, lecz z tym samym nieokreślonym nieco twarzy wyrazem, - że ja, nie znając pana, ośmielam się, po­mimo to, trudzić go... ale...

- Boli rączka? - podchwycił Krasnostawski śpiesznie i pochylił się ku dziewczęciu, z uśmie­chem.

W oczach dziewczyny zapaliły się skry, nerwo­wo zadrżały jej wiśniowe usta i rozchyliły się kusząco... Zaśmiała się...

- Tak, mam reumatyzm w prawej dłoni... - odparła z powłóczystem spojrzeniem.

I rozmowa w ślad zatem potoczyła się gładko... Krasnostawski poczuł się w swoim żywiole, wpadł w zapał, dowcipkował, śmiał się, opowiadał. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinała mu się dowcipnie, podtrzymywała rozmowę...

Gwar dwojga młodych odbijał się echem po co­raz to pustszym ogrodzie; śpiący dotąd spokojnie na ławce sąsiad ich, bezdomny biedak, zbudzony, zaklął z cicha i bez ceremonyi położył się na ławce, jak długi.

Wespół z towarzyszem roześmiało się piękne dziewczę. Powstali.

Pobłądziwszy zaś samotnie po alejach ogrodu, w pół godziny później wychodzili z niego, ochoczo i żwawo, na pustą ulicę, trzymając się pod ręce, po przyjacielsku już zupełnie. Młody pan plenipotent gowartowski skinął na stojące opodal "gumy", ka­zał stangretowi podnieść budę, wsiadł do powozu razem z piękną nową znajomą, rzucił adres - i pojechali...

Gdy w ten sposób odżyły w wieśniaku łobuz zabawiał się swobodnie w wesołym grodzie - na Ukrainie, w pałacu gowartowskim, który zaledwie opuścił był dwa dni temu, w tą samą noc wrześnio­wą, pomimo spóźnionej już wielce pory, paliły się, jeszcze światła.

Po obszernych komnatach dużego piętrowego domu, otoczonego cienistym parkiem, przechadzał się, zamyślony, pan January Gowartowski, z rękami założonemi na piersiach. Kłaść się na spoczynek wca­le nie miał ochoty, od czasu bowiem powrotu z mia­sta i otrzymania wiadomości o ślubie Oli, sen, wypłoszony cierpieniem i myślami, bezpowrotnie, zda się, uleciał od powiek starca.

Pan January już od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników, nie sypiał wcale. Chodził po pustych komnatach, myślał, czytał, czasami wychodził na przechadzkę, błąkał się po polach, z rzadka bardzo polując do świta na kaczki - ulubio­nej tej swej rozrywce, oddając się teraz tylko odru­chowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby zniechę­ceniem.

By sobie zaś te nudne bezsenne noce czemkol­wiek urozmaicić, pan January wziął się do pisania własnych pamiętników, a sunąc piórem po papierze i godzinami zapełniając go swem drobnem pismem, nieraz potem, znużony, zasypiał przy biurku, i tak go nazajutrz nad ranem zastawał lokaj. W ciągu dnia zaś wyraźnie nudził się coraz bardziej; czasami od­wetował sobie długie białe noce ciężkim snem po obiedzie; poza tem nie wyjeżdżał nigdzie, ani do są­siadów, ani nawet do kościoła, nikogo również nie przyjmując.

W pałacu wszyscy po cichu niepomiernie ubo­lewali nad panem, dziwiąc się stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie był iście rażącym. Poprzednio, wesoły, uśmiechnięty, rzeźki, nad wiek swój żywy, biorący udział we wszystkich sprawach wiejskich, interesujący się najdrobniejszym niemal szczegółem, obecnie zmienił się rzeczywiście do niepoznania.

Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach po­padł pan January w trwający dotąd stan apatyi, zniechęcenia i nudy, a powiększający się ciągle i coraz bardziej. Z małżeństwem Oli pogodził się, bo zgodzić się na nie musiał, rana jednak, zadana nie­opatrznie lekkomyślną ręką córki, w ojcowskiem ser­cu, nie zagoiła się bynajmniej. Pan January zam­knął się w sobie i przeżuwał cierpienie własne, nie mogąc o niem zapomnieć.

I czyż nawet można było dziwić się temu? Każ­dy kąt, każda ścieżka i sprzęt w pałacu nasuwały biednemu ojcu na pamięć jedynaczkę, martwota zaś i cisza komnat, oraz ich głucha pustka przypominały stale nieobecność jej bezpowrotną.

Gdy Krasnostawski, zamieszkały w pobliskim folwarku, Tomaszówce, wpadał tu czasem w interesach i sprawach majątkowych, - ożywiał nieco obecnością swą te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu, dnie jeszcze bardziej dłużyły się panu Januaremu.

Na stole w jadalni gowartowskiego pałacu le­żało kilka książek, obok w salonie i buduarze wi­dniały porzucone pisma świeże - na biurku w gabinecie przyległym bielały rozłożone arkusze, zapełnionego pismem papieru. Pan January przed chwilą przestał był czytać, oraz pisać teraz zamierzał, a prze­chadzając się tymczasem poprzez szereg czterech leżących obok siebie, otwartych, pooświetlanych pokoi, myślał.

W ciszy uśpionego już od dawna domu wybiła godzina druga...

Monotonny odgłos zegara zbudził Gowartowskiego z zadumy. Poruszył się szybciej, sam poga­sił światła w czterech sąsiednich komnatach, poczem, westchnąwszy cicho, przetarł dłonią czoło i usiadł przy biurku przed rozłożonemi ćwiartkami papieru.

Nie wziął jednak pióra do ręki... Myśl leniwa odbiec na rozkaz nie chciała, podparł więc pan January dłońmi głowę i zamyślił się znowu.

Wokoło, z umilkłem echem jego miarowych kroków, zapanowała niezamącona niczem cisza, i trwale dość długo, nie przerywana zgoła niczem.

Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósł głowę dziedzic Gowartowa, sięgnął po pióro i zaczął pisać szybko. Jedne po drugich wypełniały się jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na biurku, zgrzyt zaś stalki w milczeniu głuchem donośnie rozbrzmiewał po pokoju. W ten sposób minęła godzina, a może i więcej...

Przestał wreszcie pisać ojciec Oli, odłożył pió­ro i schowawszy starannie papiery do szuflady biurka ­- powstał.

Wywołany zazwyczaj umysłowem znużeniem, sen ­nie kleił jednak dzisiaj powiek jego.

Przeciwnie. Zmuszony przed chwilą jeszcze, oderwawszy się od teraźniejszości, zanurzyć w przeszłość własnego życia, którą opisywał - pan January orzeźwionym był jakby, a wyraz melancholyi smutnej znikł z oblicza jego, oczy patrzały jaśniej jakoś, zapatrzone, zda się, w odległe dawne wspomnienia...

I wyparte tą chwilą obecną, cierpienie pierzchło na chwilę, ojciec Oli zaś, spragniony snać powietrza, otworzył okno, wychodzące na ogród.

Dotykając szyb, zaszeleściły cicho gałęzie pnącego się wysoko po murze winogradu, i powiew balsamiczny, świeży, wpłynął do pokoju.

Pałac gowartowski górował nad okolicą. Do stóp jego, poza parkiem i stawem, w półkole, tuliła się wioska, a dalej widniały uprawne pola, odcinał się na widnokręgu sinawy pas lasów, wśród rozległych zaś, jak okiem sięgnąć, płaskich obszarów - majaczyło kilka dalekich siół i futorów...

W chwili, gdy pan January stanął w oknie gabinetu, z którego krajobraz ten cały, jak na dłoni, można było objąć okiem - nad otaczającemi Gowartów wkoło równinami, pełnemi nieujętego jakby smutku i niewysłowionej dziwnej tęsknoty - nad zadumanymi jarami, sennymi łanami i bielejącymi szerokimi traktami - z wolna gasła właśnie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo niknąc, pierzchały ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mgły przedporanne błąkały się tam i ówdzie, półmrok zaś szarawy przedświtu, walczący z cieniami nocy, coraz bardziej zwycięski, hardy, panoszył się już dokoła.

Gowartowski stał nieruchomo w oknie, a odczuwając głęboko nieujęty czar, płynący ku niemu senną falą z ziemi rodzinnej, jednocześnie uczuwał w duszy chęć konieczną wyrwania się, choć na krótko z tych ciasnych ram pokoju.

W tej samej chwili ciszę drzemiącą przerwał nagle pojedynczy dźwięk, rytmiczny i daleki. Wplótłszy się melodyjnym akordem w ogólne milczenie, szedł coraz donioślejszy... bliższy...

Przez perlące się jeszcze nocną rosą łany zboża i łąki, zagony buraków i jary, leciało monotonne echo dzwonka, żałosne sobą i jakby smętne, błąkając się po uśpionych jeszcze obszarach, budząc drzemiące ptactwo, leniwo i niechętnie zrywające się gdzieniegdzie do lotu.

- Telegram! Może do mnie, pójdę i zobaczę... mruknął do siebie półgłosem pan January, i odstąpiwszy od okna, sięgnął kapelusz.

W tej samej chwili wzrok jego przesunął się po ścianie, na której wisiała strzelba i przybory myśliwskie. Gowartowski spojrzał mimo woli na swój ubiór.

Był w butach wysokich z cholewami, których dobę całą nie zmienił, pełen apatyi.

Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziął strzelbę, torbę, naboje i wyszedł przez balkon do ogrodu. Czuł potrzebę ruchu, powietrza i postanowił zapolować na dzikie kaczki. Drzemiąca żyłka myśliwska przebudziła się w Gowartowskim, a odnalazłszy ulubieńca swego, legawca, śpiącego w ładnej budce, wyruszył przez park na pola.

Myśl jego była jakby wolniejsza, wzrok zaś uporczywie ścigał krajobraz, niejako wsłuchując się w bliski już teraz zupełnie odgłos dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsunęła mu bezpodstawne przypuszczenie, iż może ten oto znajomy dźwięk, zwiastujący tele­graficznego posłańca, przyniesie mu jakąś dobrą, a niespodzianą od Oli wiadomość.

Rzeczywistość, jak zwykle, rozwiała chwilowe złudzenie. Spokojnie i równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyżu drewnianym, przesunęła się sen­nie, w jednego konia, dwukołowa bida, z siedzącą na niej skuloną postacią, i brzęcząc dzwonkiem, zginęła w mgłach porannych.

Dziedzic Gowartowa westchnął, i miną­wszy park oraz wioskę, boczną ścieżyną skierował się ku polom. Poprzedzany kręcącym się weso­ło, całym czarnym, z białemi łapami, legawcem, w pól godziny potem spuszczał się w jar głęboki.

Otulony ciszą przedświtu, drzemał tu staw ob­szerny, cały zarosły sitowiem - siedziba kaczek dzikich; mały młynek drewniany, cichutko szemrząc prze­lewającą się wodą, odpoczywał, przyparty do wązkiej grobelki; w jej pobliża maleńka, garbata chatynka młynarza dopełniała krajobrazu.

Po raz pierwszy od bardzo dawna poddał się pan January obecnej chwili tylko, zapomniawszy momentalnie o dręczącem go cierpieniu. Stąpając ostrożnie i cicho po zroszonej trawie, szedł wzdłuż stawu, nad jego brzegiem, rozglądając się bystro dokoła.

Milczenie i spokój panowały niepodzielnie w tym zakątku. Czasem tylko załopotało coś w sitowiach i zaraz zcichło; tuż ponad senną taflą wód przeleciał ­wolno koło idącego myśliwca jastrząb wodny, kulik, zniknąwszy niebawem z oczu...

I melancholijna szarość, jeszcze na wpół pogrą­żona we śnie, cicha, królowała dalej znowu, skupiona w sobie, niezamącona niczem, chyba tylko szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca.

Nagle pan January przystanął:

- Wara! do nogi! - syknął cicho na psa. Legawiec, podniósłszy lewą łapę i wyprostowaw­szy ogon sprężyście, znieruchomiał.

Na czystą taflę wód stawu, rzecz rzadka, wypływały poważnie dwie kaczki dzikie i kołysząc się niedostrzegalnie, zbliżały się, ufne, z wolna płynąc, na odległość strzału. Myśliwiec odwiódł kurka u strzelby, jak mógł najciszej, i przyłożył broń do ramienia.

Przeczekał chwilę jeszcze, i pociągnął za cyngiel...

Odbity w milczeniu dziesięciokrotnem echem huknął w ciszy pierwszy strzał!... Dosiągł on jednocześnie obie kaczki, położył je trupem, i zbudził zarazem śpiącą w sitowiach zwierzynę.

Zagotowało się tam teraz wszędzie; tłumione szelesty rozległy się na wsze strony; kurki wodne, kaczęta, kaczki nawoływały się wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwało się nawet hen, w perspektywie, na drugim krańcu stawu... daleko. Jedna zaś, wy­nurzywszy skądś, z charakterystycznym poświstem skrzydeł, przeleciała: wysoko prostopadle ponad głową ­myśliwego.

Posłuszny legawiec jednocześnie przynosił panu w zębach zabitą zwierzynę; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesił je u torby i poszedł dalej.

Powoli, stopniowo, rozjaśniało się tymczasem.. Na wschodzie, gdzieś w oddali, widnokrąg zaróżawiał się, niedostrzegalnie, leciutko...

Ojciec Oli Dzierżymirskiej, ze spuszczoną głową, postępował wciąż brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwało się trwożliwie, myśliwiec jednak nie zadawał sobie trudu strzelać do nich, bo oto znowu, wywołane na pozór drobnostką, pochło­nęły bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.

Rok temu, podobnie jak dziś, polował on tutaj.

Razem z Olą wyjechali o drugiej, nocą, i przy­byli nad staw przy księżycu jeszcze. Tak samo cisza uśpienia panowała dokoła, tak samo, jak przed chwi­lą, na toń czystą, lśniącą się tylko w dogorywają­cych, drżących promieniach miesiąca - wypłynęła zwierzyna...

Pamięta, jak dziś, ową chwilę, radość córki z tej przejażdżki i jej ciekawość asystowania przy polowaniu. Stoi mu żywo przed oczyma twarzyczka jej zarumieniona, ładniutka, wzruszona, ciekawie śledząca wzrokiem kaczki, płynące po wodach...

Pamięta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy już cyngla dłonią dotykał, szczebiot jej wesoły spłoszył zwierzynę, i jak wówczas Ola tego sobie da­rować nie mogła...

Westchnienie ciche podniosło pierś Gowartow­skiego, brwi zmarszczył i zatopił się w myślach niepomny zupełnie otoczenia swego.

Tymczasem zwierzyna co chwila podrywała się tam i ówdzie, przelatując blisko idącego machinalnie naprzód myśliwego.

Legawiec, kręcąc ogonem, wiercił się na wszy­stkie strony, skamlał nieśmiało, z cicha, gonił uciekające kaczki i powracał, podnosząc rozumny swój wzrok na zamyślonego pana, z wyrazem zdziwienia, iż nie słyszy już strzałów - wyraźnie zgorszony postępowaniem jego.

Staw tymczasem już się kończył..

W pobliżu, nieco dalej, oddzielony od pierw­szego stawu pasmem błotnistych moczarów, widniał taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i sitowiem zarośnięty cały.

Znając snać dobrze drogę ku niemu, pan January nie zatrzymał się, ­a tylko ciągle tak samo zadumany, ruszył w drogę dalej, prosto przez bagno, stawiając powoli stopy na trzęsących się kępkach zielonych.

Pod ciężarem ciała idącego myśliwca grunt uginał sie, kołysał niedostrzegalnie, a pod ­nim chlupotała woda i poruszał się krąg cały wodnistej ziemi.

Pan January nie zwracał jednak na to żad­nej uwagi; w myślach rozpamiętywał coś ciągle, w oczach zaś uporczywie majaczyła mu wywołana przypomnieniem twarz i postać Oli, przesłaniając syl­wetką swą wzrok jego zamglony.

Roztargniony jakby, tu, gdzie się znajdował, zgoła nieobecny, Gowartowski szedł przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga niespodzianie obsunęła mu się na małej kępce, i mało, mało, że nie stra­cił równowagi...

Tymczasem poza nim, w dal roztwierały się ni­by widnokręgu podwoje...

Stopniowo, wąskie pasmo skrytego jeszcze sło­necznego światła, rosło na niebiosach. Z pod bia­łych puchów posłania i spuszczonych dyskretnie jakby gazowych u łoża zasłon - zarumieniona, wstydliwa wychylać się poczęła jutrzenka różana, przecią­gając się lubieżnie jeszcze poza przejrzystą oponą obłoków bladych...

Ponad stawem latały teraz ciągle kuliki; w dali na horyzoncie, z innego snać legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciągnęło tutaj całe stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrząb krążył majestatycznie nad łanem zboża...

Ostatnie wreszcie cienie przedświtu pierzchły nagle... Pierwszy promień słońca wyjrzał nieśmiało, błysnął po białych ścianach chatynki i blaszanym dachu starego młyna, dotknął się tafli sta­wu, zamigotał w mętnych błotach moczarów i mus­nął pieszczotliwie odwróconą sylwetę idącego mężczyzny.

Na błyszczącej lufie przełożonej przez plecy strzel­by zapalił się blaskiem. Minęła chwila... i już tryumfalnie zajaśniał on, objąwszy płomieniem świateł liście kilkunastu drzew, rosnących wśród bagien. Po­stać kroczącego miarowo po moczarach człowieka na zakręcie, czy też w drzew cieniu, znikła nagle w mgnieniu oka...

Po chwili w dali rozległo się tylko głośne szcze­kanie psa.

Umilkło...

Nad ziemią w tej samej chwili wstał dzień no­wy, pełen nadziei, z radością na promienistem czole.

---------

Na platformie kawiarni, położonej na szczycie góry "Gűtsch," wznoszącej swój cypel wyniosły ponad wdzięcznie rozrzuconą u jej stóp Lucerną, roiło się od turystów, siedzących przy stolikach.

Szmery prowadzonych rozmów łączyły się w akord wspólny z grającą smętnie i cicho orkiestrą, wzrok zaś wypoczywających gości pieścił widok cudny i wspaniały na miasto, tulące się zacisznie do brzegów jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe głębie, w których lustrzanej toni milcząco przy­glądały się również zadumane wierzchołki gór.

Zamykały one łańcuchem swym cały widnokrąg naprzeciw miasta, po drugiej stronie jeziora, i ramowały na prawo krętą szyję wód jego, płynących cicho w dal...

Ozłociwszy purpurą i złotem śnieżne szczyty gi­nących we mgle Alp, zamigotawszy krwawo na białych frontach nadbrzeżnych hoteli, spiczastych wie­żach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, właśnie przed chwilą zgasł ostatni promyk słońca...

Natomiast zmierzch szary już obecnie wychylał się skądś nieśmiało, ślizgał się po gładkiej tafli jeziora, przechadzał po dwóch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, starożytnych i wąskich, a omraczając sześciokątny czubek, położonej tuż przy jednym z nich, oryginalnej wodnej wieżycy, swawolnie zda­wał się zatapiać ją, jedynaczkę, sterczącą zabawnie pośród wód szafiru.

A tymczasem, pod wpływem idącego wieczora, cichło jakby jeszcze bardziej wszystko dokoła... Sen­ny spokój płynąć się zdawał od Lucerny, która, choć przepełniona gośćmi z całego świata, tętnić poczynająca właśnie o tej porze muzyką i gwarem - obser­wowana jednak stąd, z "Gűtsch" wierzchołka, wyda­wała się tak spokojną - tak cichą, jakby nie była zgoła punktem zbornym kosmopolitycznej towarzystw śmietanki, ale tylko - oazą wytchnienia i swobody.

W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy, przy stoliku, siedziało pięć osób.

Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córką i poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - młody, żwawy, przystojny Francuz i Dzierżymirscy.

Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymy­wana głównie przez Olę i młodego Francuza, panowała przy tym, odosobnionym od innych, stoliku. Stary jegomość śmiał się co chwila serdecznie i jowialnie z dowcipów młodzieńca, panienka również rozmawiała wesoło i jeden tylko Dzierżymirski stanowił w tym akordzie dobranym kontrast aż nadto wyraźny, zachowanie się zaś jego milczące i bierny, li tylko konieczny, udział w rozmowie, świadczyły dobitnie, że to wszystko nudzi go nad wyraz.

Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, pra­wie bezustannie spoczywały na krajobrazie u podnó­ża góry, z rzadka przenosząc się, obojętne, na towa­rzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywał się głównie na Oli. Zaduma smętna, od otoczenia daleka, znikała wówczas na chwilę z jego oblicza, źrenice zaś czarne Romana, ciemniejszemi stawały się, badawcze... Nader korzystnie zaś dnia tego wyglądała pani Ola. Ubrana w zgrabną suknię, z jasnej materyi, czyniła wrażenie wytworne i eleganckie; obnażone zaś dość głęboko, z okazyi niby gorąca, pierś, szyja i ramio­na, przykryte tylko ażurową koronką, stanowiącą całość z suknią - podnosiły jeszcze wdzięk jej posta­ci. Siedząc obok młodego Francuza, rozmawiali z nim przeważnie, śmiejąc się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko, rzucając mu od czasu do czasu rozba­wione, zalotne jakby spojrzenia.

Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie jednak Ola zauważyła snać dziwne trochę zachowa­nie się męża, bo, skorzystawszy z ogólnego powsta­nia, spowodowanego czyjąś uwagą o krajobrazie, zbliżyła się do Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy, jak kocię, swą rozkwitłą kibicią o niego, miękko i czule zapytała:

- Coś taki smutny, Romciu, co ci?

-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymir­ski i dorzucił po chwili:

- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam wpaść jeszcze muszę na pocztę, tam, na dole...

- Koniecznie chcesz tam iść? To może jedź­my już razem?..

Dzierżymirski odczuł niechęć lekką w głosie żony; cień ledwie dostrzegalnego niezadowolenia, przemknął mu po twarzy, odezwał się jednak szybko:

- Nie, nie, zostań, ma chčre, proszę cię... Spot­kamy się później w alei nadbrzeżnej, będę czekał na ciebie... au revoir...

Dzierżymirski ścisnął zlekka rączkę żony i zręcz­nie wycofał się z platformy, zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki zębatej, zwanej "funiculai­re," a łączącej w pięciu minutach czasu górę z mia­stem.

Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk teraz dopiero, po chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał przemówić do ich poczucia piękna. Towarzystwo nie zauważyło nawet odejścia Romana. Ten ostatni spuszczał się powoli po schodkach i zasiadł niebawem w wagoniku kolejki, wkrótce ru­szyć mającej do Lucerny.

- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane to­warzystwo...

W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdo­wy, wagoniki poruszyły się z chrzęstem, i hamowa­ne, powoli w dół spuszczać się zaczęły.

Roman obejrzał się; w wagonie, dziwnym zbie­giem okoliczności, znajdował się zupełnie sam.

Wygodnie wyciągnął nogi, rozparł się i patrzył w dół.

Przed nim czerniała stromo idąca para szyn kolei, z położonym pośrodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem, drzemało jezioro­ - wierzchołki gór stopiły się w zmierzchu, zlały jakby z chmurami niebios, w ciemnościach zaś, coraz to większych, występowały teraz szaro domy miasta, w których, jak ogniki błędne, zapalały się co chwi­la tu i tam światełka.

Roman nagle przymknął oczy.

Bo oto jemu - wpatrzonemu ciągle w dół, w stro­mą pochyłość i powietrzną próżnię, dzielącą jeszcze kolejkę od jeziora i, miasta - zakręciło się w głowie, w wirze zaś tym wyłoniła nagle się jedyna szalona myśl, spowodowana jakimś jednoczesnym, nic nie znaczącym wagonów hałasem. Mianowicie zdało mu się po prostu, że oberwany pociąg leci w dół, coraz szybciej, i... że już... już oto w katastrofie, chaosie impetycz­nym - dotknie się on niebawem szklistej toni wód...

Po krótkiej atoli chwilce Dzierżymirski otwo­rzył oczy i roześmiał się głośno.

Nic wokoło nie zmieniło poprzedniego wyglądu. Wolno i ostrożnie staczała się kolejka dalej, jezioro byłe już tylko znacznie bliżej, u brzegu jego mrugała, iskrząca się dziesiątkami światełek, Lucerna; wagony, brzęcząc, spuszczały się ciągle, zawieszone nad miastem.

Roman wzruszył ramionami.

- Co mi dziś jest! sarn nie wiem! - mruknął.

W istocie był nie swój od samego rana. W sil­nej mierze niewątpliwie przyczyniło się do tego postępowanie żony.

Zapoznawszy się sama z kilkoma osobami, o na­trętnej manji zaznajamiania się, zanudzała go od kil­ku dni pobytu w Lucernie ich obecnością bezustan­ną, bawiąc się wszakże sama znakomicie. I to wła­śnie ostatnie najbardziej irytowało Romana. Tak unikał dotąd ludzi, tak uciekał od nich, by być sa­mym tylko z Olą, by bez zamącenia niczem pić szczę­ście chwili i tą miłością w sobie wszystko zagłu­szyć!..

Ominął wszak nawet dobrowolnie Medyolan, ro­dzinne miasto swej matki, gdzie pochowaną była na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza tem posiadał jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym celu uniknięcia musu obcowania z ludźmi, innymi, prócz niej, Oli...

A tu tymczasem ona sama wyszukiwała sobie jakieś zakazane figury!..

Roman przy tej ostatniej myśli, wyrzuciwszy z ust dogasającego papierosa, żachnął się niecierpliwie.

Bo na przykład ten Francuz, czyż nie wzbudzał w nim słusznego gniewu? Młodzik nieznośny, z bezmyślnym, banalnym wiecznie na ustach uśmiechem, z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze się śmiała...

- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówił sobie dalej Roman, - w Wenecyi przecież było daleko goręcej, nie ubierała ona jednak gorsu swego tak przej­rzyście, a tu chłód w porównaniu...

- Dla tego osła z Paryża niewątpliwie, by mógł cynicznie i lubieżnie napawać się kształtem i ciałem jej kibici! - półgłosem dopowiedział podrażniony Dzierżymirski.

- Że też te kobiety bez wabienia mężczyzny po prostu żyć nie mogą!.. - wyrwało mu, się jeszcze.

Spostrzeżenie powyższe, a tyczące się w danym wypadku własnej żony, gniewało go niepomier­nie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwując Olę, dostrzegł cechę w charakterze jej, nieznaną mu dotąd: chęć zalotną przypodobania się innemu mężczyź­nie - nie jemu... Jątrzyło go to bardzo, choć pra­gnął pozornie traktować fakt ów lekko.

Wagoniki stanęły właśnie. Roman wyskoczył szybko i skierował się ku gmachowi poczty, położonemu koło głównego mostu, tuż przy dworcu kolejowym. Przed paru dniami wysłał list do kraju, do jednego ze swych dobrych znajomych. Powiada­miał go o swoim ślubie i zarazem prosił usilnie o na­pisanie mu, co w rodzinnem mieście mówią o jego małżeństwie i co porabia January Gowartowski.

Dzierżymirski najbardziej był ciekawym tej ostatniej wiadomości, ze względu na Olę i smutek, od niedawna, stopniowo żłobiący, coraz częściej jej twa­rzyczkę.

Podał adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy raźno z wagonu kolejki, w kil­ka sekund znalazł się już przy właściwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty. Śpiesznie powiedział urzędnikowi swe imię i na­zwisko.

Grymas pocieszny wykrzywił twarz tego osta­tniego, i wykrztusił z trudnością:

- Dziez-Dzier... Cornment? Čcrivez, monsieur, sil vous plait! - podał kartkę Dzierżymirskiemu.

Roman posłusznie napisał swe nazwisko.

Urzędnik wziął papier do ręki, skrzywił się raz jeszcze, poczem wzruszył wymownie ramionami, a po chwili dopiero podał cudzoziemcowi list.

Roman chwycił go śpiesznie i wybiegł na ulicę.

Przy świetle latarni rozerwał kopertę i czytać począł zapełnioną bitem pismem ćwiartkę. Twarz je­go wyrażała niepokój i zaciekawienie widoczne, które po chwili dopiero ustąpiły wrażeniom, otrzymanym bezpośrednio z lektury pisma.

List ten, donoszący o towarzyskiem życiu w ro­dzinnem mieście, o ostatniem przyjęciu u marszałkowe­j, i pogłoskach o stanie Gowartowskiego, nic w sobie ­zatrważającego nie miał.

"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta go­wartowskiego; jeśli chcesz koniecznie mieć dokładne wiadomości o wszystkiem, tyczącem się Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniosę ci szczegółowo­.." opiewał koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...

Uspokojony, Dzierżymirski złożył list i schował go do kieszeni; pod wpływem jednak ostatnich słów pisma, zawrócił, przestąpił raz jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówkę z widokiem, napi­sał szybko, odręcznie, przyjacielowi swemu kilka słów szczerego podziękowania, z prośbą o dalsze wiado­mości, podawszy adres "Vevey", dokąd zamierzał z Olą udać się nazajutrz. Poczem wyszedł śpiesznie i wrzu­ciwszy kartę, skierował się przez szeroki most ku nadbrzeżnej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu Lucerny, pełnemu w obecnej chwili publiczności, rozbrzmiewającemu muzyką, wesołością i gwarem.

Minąwszy most, Roman wkrótce znalazł się w cieniu drzew i uszedłszy paręset kroków, siadł na samotnej ławeczce, kapelusz zdjął i położył obok siebie.

Wpółobróciwszy się jednocześnie, ujrzał stra­gan z owocami. Poczuł nagle pragnienie, i skinął, kazawszy sobie przynieść parę gruszek i brzoskwiń.

Gdy usłużny szwajcar podawał mu je, z ugrze­cznieniem, Dzierżymirski sięgnął do kieszeni, a wy­jęta ruchem szybkim sakiewka jego roztworzyła się, i zawartość jej cała wysypała się szeroko i z brzękiem na ziemię.

Roman, widząc to, machinalnie schylał się już, by zebrać leżące na żwirze alei kilkaset może franków, w złocie i srebrze, gdy oto jakaś refleksja nagła powstrzymała go w pół ruchu. Wyprostował się.

Rzuciwszy zaś oczekującemu na zapłatę przeku­pniowi po francusku, niedbale: "Ramassez Ça.! - od­wrócił się obojętnie na pozór w drugą stronę, i utkwił wzrok w jezioro.

Po chwili, w półobrocie głowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na zoraną bruzdami, opalo­ną twarz szwajcara, zbierającego już rozsypany pie­niądz - zamyślił się...

O, jakże on pragnął w tej chwili, by z gar­ści tych oto pieniędzy, które mu wręczonemi będą za parę minut , zabrakło pięciofrankówki choć jednej!...

Podarowałby on ją śmiałkowi temu, a biedako­wi zapewne, z pewnością!... Bo czyż?... Czyż godziłoby się "jemu" rzucać na niego kamieniem?...

Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gorączkowo, niecierpliwie oczekiwał rezultatu swej próby.

- Weźmie, z pewnością weźmie! - mówił so­bie równocześnie w duszy i głos jakiś cyniczny, drwią­ co wołał w nim szyderski.

- "Uczciwość ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, ­frazesy!.. malowana, wzorzysta zewnętrznie kraszanka, wewnątrz zaś skrycie cuchnąca!..."

Przed Dzierżymirskim roztaczał się tymczasem krajobraz wdzięczny nad wyraz. W drżących więc oto głębiach jeziora, na prawo, przeglądało się tysiącem światełek miasto... płynące wody, o kilka kroków od alei, skręcały w bok, tocząc swe ciemne fale, jak rozpięta nad niemi wrześniowa noc cicha, hen! dale­ko, ku górom; po powierzchni jeziora błąkały się łód­ki i małe stateczki, przy każdym zaś błyszczała czer­wona, duża, okrągła latarka, krwawym śladem, ście­żyną purpury znacząc głęboko swe przejście w prze­zroczej toni.

I ogniki owe, łącznie ze swem odbiciem, drża­ły tak bezustannie po jeziorze, sunęły z wolna, zmieniały miejsce - wreszcie malały, utożsamiając się jakby w dali latającym gdzieś świętojańskim robacz­kom...

Na lewo zaś, tuż przy brzegu, u przystani statków parowych, inne znów ognie dotrzymywały tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne spacerujących gości puszczano tam fajerwerki; kręciły się zatem młyńce, pękały rzymskie świece, strzelały wysoko barwne rakiety - spadały snopami iskier, ginęły w ciemnych falach jeziora.

Dzierżymirski, wpatrzony początkowo bezmyślnie, począł się teraz właśnie przyglądać uważniej, ujęty wdziękiem widoku, gdy nagle posłyszał głośno wy­rzeczone koło siebie słowa:

- S'il vous plait, monsieur!

Roman odwrócił się szybko. Szwajcar, pozbieraw­szy pieniądze, oddawał mu sakiewkę.

- To dobrze, macie za owoce i fatygę! - po­śpiesznie odparł Dzierżymirski i wręczył przekupnio­wi dwa franki, w srebrze.

- Merci, monsieur! - akcentując przeciągle ostatnią sylabę u wyrazu: pan, odparł zadowolony Szwajcar, skłonił się, bez uniżoności jednak, i od­szedł.

Dzierżymirski wstał i skierował się ku innej, odleglejszej, skrytej cieniem drzew, a pustej również ławce. Wychodząc z domu, dziwnym trafem okoliczności, przerachował właśnie pieniądze i wiedział co do grosza, ile ich znajdowało się w portmonetce. Od­trąciwszy w myśli wydanych kilkanaście franków, po­czął gorączkowo liczyć złoto i srebro.

Nie brakowało ani jednego centa.

Widoczne rozczarowanie odbiło się na twarzy Dzierżymirskiego. Pochylił się na siedzeniu, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłonie.

- Więc ludzi uczciwych na świecie nie brak... Uczciwym być potrafi nawet człek prosty, więc tylko ty... ty!.. - huczało mu bezlitośnie w głowie, i rumie­niec wstydu palił policzki.

Nie mogąc usiedzieć, Roman zerwał się po chwili z ławki i skierował przed siebie nadbrzeżną aleją.

Minął niebawem jeden z pierwszorzędnych hoteli, ­przed którym co wieczór stale grywała orkie­stra, dotarł aż do położonego na końcu "quai" - kursalu, - zawrócił, wciąż opanowany jedną i tą samą myślą.

W około niego roiło się teraz od eleganckiej, wytwornej publiczności; piękne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urządzonym z wielkim komfortem hotelem "National", towarzyskie kółka sie­działy grupami na bambusowych fotelach - bawiono się wesoło; wykwintnych gości pełno było rów­nież i wewnątrz hotelu, we wspaniałych salach na dole; przez otwarte na ścieżaj okna dochodziły dźwięki walca - tańczono.

Kosmopolityczny próżniaczy high-life, zjechaw­szy się tutaj, używał do woli wywczasu i przyjemno­ści, starając się zarazem opróżnić kieszenie z niepotrzebnego złota, oraz zabić czas miło i połknąć trawiącą nudę.

- A może między nimi znajduje się on "właści­ciel", "on", wówczas, przed laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drażniąc Romana uporczy­wie, myśl dziwaczna męczyć go nagle poczęła. Wstrząsnął się i skrzywił boleśnie...

W tej samej chwili jednak, do uszu jego doleciał świeży, jędrny głos kobiecy.

Pieśń włoska, namiętna, jak krew i miłość dzie­ci południa, drżąca uczuciem, pomknęła po drżącej fali jeziora, ponad głowy prze­chadzających się gości, odbiła się o echo gór...

Ktoś z płci nadobnej śpiewał artystycznie i pię­knie w jednej z sal "National'u"; Dzierżymirski podszedł bliżej i słuchać począł, zniewolony pięknością głosu.

I powoli, rozpędzona czarem pieśni, w jego du­szy równocześnie uspakajała się burza.

Gdy śpiew ustał, Roman już myślą był gdzie ­indziej; jak wpływ zewnętrzny życia przed chwilą poruszył był dotkliwie struny duszy jego - tak samo, ułagodziwszy je teraz, przeniósł naraz myśl Romana do chwili obecnej.

Dzierżymirski przypomniał sobie żonę, spojrzał na zegarek i skierował się drogą powrotną do mostu; zaniepokojony raptem, że dotąd nie ma jeszcze Oli. Idąc zaś, przesuwał wzrok uważny po twarzach przechodniów.

Nagle brwi zmarszczył. Bo oto o kroków kil­kanaście przed sobą ujrzał Olę, ale samą i w towarzystwie tylko młodego Francuza, w ciemnej narzutce na ramionach, snać nie swojej, gdyż żadnej podob­nej ze sobą nie miała.

Roman uśmiechnął się ironicznie:

- Zmarzła, biedaczka! - mruknął z zadowole­niem. - Przyśpieszył kroku, a znalazłszy się tuż przy idącej parze, pochylonej z lekka ku sobie, szyderczo odezwał się po francusku:

- A, powitać !. . Cóż to, Ola w pożyczanych szatach?...

Urwawszy w pół zdania rozmowę, idący podnieśli jednocześnie ­głowy, Ola zaś zarumieniła się nieco i odparła:

- A tak. Pożyczyłam okrycia u panny K... po zachodzie słońca tak chłodno...

- Można się było z góry tego spodziewać; bar­dzoś źle zrobiła, wyletniając się, a z odsyłaniem znów owych zarzutek kłopot tylko będzie! - rzucił Roman opryskliwie.

- Wiesz przecie, że jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzież?...

Dwa ostatnie zdania wymówił Dzierżymirski po polsku tym samym, niezadowolonym wciąż głosem.

- Wstąpiły po drodze do znajomych - odparła Ola, onieśmielona nieco tonem męża.

- A... tak. No, to wracamy do domu! - zade­cydował Dzierżymirski w tymże, co poprzednio języ­ku, i odwrócił się szybko, pragnąc w duszy co prę­dzej pozbyć się towarzysza żony.

- Przecież już Ola nigdy tego cymbała nie uj­rzy! - dodał w myśli zarazem.

- Państwo jadą jutro? O której? - pytał tym­czasem właśnie młodzieniec.

Widząc, iż Ola pragnie poinformować Francuza, Roman rzekł śpiesznie.

- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciągnął rękę...

- Ach, więc już może nie będę miał szczęścia oglądać państwa? Doprawdy, jakże mi przykro! - rzekł młody Francuzik, ściskając podaną dłoń; nie odcho­dząc jednak, wciąż szedł obok Oli.

- Państwo w którą stronę? - zagadnął uprzej­mie. - Tak mało miałem sposobności rozmawiać dziś z panem... - słodziutko ciągnął dalej, zwracając się do Dzierżymirskiego - umknął nam pan tak prędko...

Bawidamek z nad Sekwany umilkł nagle pod drwiącem spojrzeniem Romana.

- Państwo... w roku przyszłym zapewne przyjadą tu również? - jęknął jeszcze, podtrzymując rozmowę.

- A pan ?.... - słodko i uprzejmie zapytał Dzierżymirski.

- O, naturalnie, iż będę! - pośpieszył z od­powiedzią młodzieniec.

- No, to my - nie! - odparł z przyciskiem, całkiem seryo Roman, lodowatym głosem, i uchyliw­szy ledwo kapelusza, skinął na tramwaj elektryczny, by stanął.

- Wsiadamy! - rzucił krótko żonie.

- Przecież ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w przeciwną stronę?! - zauważyła zdziwiona Ola.

- Nic nie szkodzi. Pozbędziemy się tego kul­fona!- odrzekł po polsku Roman. - No, wsiadaj!... - rzucił gniewnie do ociągającej się żony, i pchnął ją z lekka do czekającego na nich tram­waju.

W sekundę później Dzierżymirscy ruszyli; wehikuł elektryczny pomknął i znikł, odprowadzony osłupiałym wzrokiem Francuza, który, postawszy na chodniku chwilę, cały, jak burak, czerwony, ru­szył w drogę, i zginął niebawem w różnobarwnym tłumie.

Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epi­zod, jednocześnie prawie, szerokim ukraińskim trak­tem, w bezgwiezdną i ciemną noc wrześniową, pędził konno na oklep wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku smolne łuczywo, tak zwany ka­ganiec.

Krwawy blask jego rozświetlał panujące woko­ło nieprzejrzane ciemności, torując w ten spo­sób w ślad za jeźdźcem drogę małemu koczykowi, za­przężonemu w cztery bułane żwawe koniki. W powoziku siedział Bolesław Krasnostawski, otulony bur­ką i obłożony pakunkami. Jechał właśnie od kolei, a powracał z podróży swej do miasta.

Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu po­lecono, - dziesięć, dziś dopiero pośpieszał do swoich obowiązków, przez całą drogę łamiąc sobie właśnie głowę, jak upozorować przed starym Gowartowskim swą przydłużoną trochę nieobecność.

Bo zgoła nie interesy służby przytrzymały pa­na Bolesława w wielkim mieście; o, bynajmniej! Młody pan plenipotent wracał goły, jak święty ture­cki. Całkowitą, naturalnie że tylko własną, zarobio­ną gotowiznę przehulał bowiem tam doszczętnie.

A teraz na ostatek, jadąc w swoim koczyku, rozpamiętywał on jeszcze miło, na odległość nawet nęcące chwile, w wesołym grodzie spędzone... My­śląc zaś jednocześnie o swym chlebodawcy, jedna szcze­gólniej rzecz dziwiła go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z Gowartowa nie otrzymał on dotąd wcale żadnej, naglącej do powrotu, depeszy, lub przynajmniej choćby jakiego listu ?... Bo że on nie dawał znaku życia - nie było w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... To zaiste, było całkiem niezrozu­miałem...

I analizując fakt ten, po raz nie wiadomo już który, Krasnostawski ziewnął przeciągle i roztworzył oczy, przymknięte dotąd, usiłował bowiem zdrzemnąć się w powozie.

Patrzał teraz wokoło nieco bezmyślnie, dość szybko względnie wśród ciemności jadąc swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony czerwony od blask kagańca ślizgał się szerokiem kołem po obu stronach drogi i zapalał się kolejno na zżętych rży­skach, zaoranych polach, lub majaczył po grzędach zielonych plantacyj buraczanych, ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzał do rowu, musnął kurhan, z pochylonym krzyżem, oświe­tlił przydrożne samotne drzewo...

- Żeby się tylko stary na mnie nie zaciął i za nieposłuszeństwo nie wymówił miejsca, hm... hm!.. - chrząkając niespokojnie, wymówił do siebie pan plenipotent, półgłosem. - E, chyba że nie... zanadto mnie potrzebuje! - uspokojony zakonkludował głośno.

Nagle wytężył wzrok, bo oto zdało mu się, że w ciemnościach, w oddali, na prawo, rysują się ja­kieś cienie, a tuż, niedaleko, środkiem pola, jak gdyby drogą, posuwają się z wolna, zbliżają, dwa inne migocące małe światełka, eskortowane z przodu krę­giem, czerwoną plamą światła.

- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknął na furmana.

[*) Słyszysz.]

Człowiek, siedzący na koźle, w burce i cerato­wej czapce, odwrócił się leniwie. Krasnostawski wskazał ręką na prawo.

- Co to takiego? - zapytał.

- Ktoś z kahańcem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokował stanowczo woźnica.

[**)Ktoś z kagańcem jedzie od Gowartowa - i już.]

- To już Gowartów? - zdziwił się Krasno­stawski.

Jadąc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pa­na plenipotenta, przejeżdżało się pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pół wiorsty.

Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roz­trzęsiony, klekotał po drodze, konie szły raźno, wyciągniętym kłusem, czując snać w pobliżu już domową stajnię. Krasnostawski zapalił zapałkę i spojrzał na zegarek: dochodziła druga po północy.

- Hm... hm!.. Stary znów nie śpi, bo widocz­nie to we dworze się pali - ponownie mruknął, wpatrzony w gorejące w oddali podłużne wstęgi świateł.

- Koło hresta - stanesz! - rozkazał, zwracając się do furmana, zaciekawiony naraz, kto może jechać z Gowartowa o tak późnej porze?

Furman huknięciem donośnem zakomunikował rozkaz wyrostkowi z kagańcem.

Na rozdrożu stanęli. Ramiona stojącego tu, om­szałego starego krzyża, zabarwiły się od łuczywa purpurą. Czekali.

W nocnej ciszy dochodził już turkot powozu, tętent koni i dźwięk jazd zbliżał się szybko.

- Semen - Howartowskije koni! - nachyliw­szy się ku Krasnostawskiemu z kozła, furman pospie­szył z informacyą.

Pierwszy pod krzyżem zjawił się na rosłym sta­jennym kasztanie parobek, z kagańcem, a poznaw­szy gowartowskiego plenipotenta, uchylił pokornie czapki.

- Kto to jide? - rzucił pytanie Krasnostawski.

- Pan dochtór! - brzmiała odpowiedź.

Pod krzyż nadjeżdżała zaprzężona w parę ra­sowych gniadoszów nejtyczanka, powożona przez wąsatego i porządnie ubranego stangreta.

Krasnostawski wychylił się ze swego kocza, począł machać kapeluszem i krzyknął donośnie:

- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitać, witać! Stój, Semenie!...

Nejtyczanka zatrzymała się posłusznie i w po­dwójnem migocącem świetle kagańców u rozstajnego drzemiącego krzyża, zeszło się dwóch mężczyzn.

- To pan? - Nie poznałem... - odezwał się na­zwany przez Krasnostawskiego konsyliarzem.

- Dobry wieczór, a raczej dzień dobry! - po­zdrowił młody człowiek przybyłego - bo to już do­brze po północy - dorzucił. - Czy szanowny pan z Gowartowa? Cóż to tak późno, ktoś chory, broń Boże, a może tylko z wincika?....

Z pod czapki spojrzała uważnie na Krasnosta­wskiego zdziwiona twarz doktora, okolona długą brodą.

- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytał.

- Wracam z podróży... - objaśnił Krasno­stawski.

- Aaa! nic nie wiedziałem... Pan January, cho­ry od tygodnia, rozwinął się tyfus, o przebiegu sil­nym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem kompli­kacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztą już lepiej... może Bóg da... doktór zatrzymał się.

- Ale, nie mówię panu, od czego się to wszy­stko zaczęło - dorzucił informująco.- Już był pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadł, polując na moczarach, w wodę po szyję i zaziębił się...

- Nikt mi znać nie dał, mój Boże! - szczerze zasmucił się Krasnostawski. - Więc pan mówisz, że dziś lepiej?...

- O tyle, o ile!.. teraz śpi po lekarstwie, go­rączka spadła nieco, lecz wczoraj było źle bar­dzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki, w całym domu nikogo nie ma przy sobie...

- Możebym ja pojechał tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? - rzekł Krasnostawski, na do­bre zmartwiony.

Explore with AITake your curiosity a little further.

Reading settings