← Table of contents
Łąka

IX ASOKA

Reading edition

ASOKA.

Król Asoka, na wzgórza smuklejąc odsłoniu, Patrzał zowąd na wroga, co poległ na błoniu, I rozżalił się duchem na wronistym koniu. I rzekł: „Odtąd niech wrogów nie będzie na świecie, „Niech łzom stanie się zadość, niech spoczną zamiecie, — „Tak przysięgam: po pierwsze, po wtóre, po trzecie!” I, ukląkłszy na mieczu, jak klęczą mocarze, Poukochał kolejno te rany, te — wraże, I zgromadził w pamięci przewymarłe twarze. A na jego skinienie od owej godziny Powstawały schroniska — dziwy tej krainy — Dla człowieka, zwierzęcia i wszelkiej rośliny. Oto razu pewnego w tym czasie bez czasu Król Asoka zmiłował oczyma wśród lasu Wierzbę, co umierała bez liści hałasu. Zadżumiona skwarami, bez jadła, napoju, Schła, ledwo zieleniejąc, wpośród pszczół wyroju, W przeubogim, na zgony ordzewiałym stroju. Król pojął z woli serca i z duszy nakazu Jej milczenie, tak inne od milczenia głazu, I czuł to, co się czuje — nigdy, lub odrazu. Więc serdecznie jej sękom przyglądał się zbliska, Więc widział, jak się zmaga i rdzą bólu błyska, Więc poniósł własnoręcznie chorą do schroniska. Tam jej wybrał zakątek od słońca pstrokaty, Tam jej rany w rosiste poobłóczył szmaty, Tam przygrywał na lutni i znosił jej kwiaty. Ale wkrótce nadeszły rozpląsane święta, I króla otoczyły w pałacu dziewczęta, I zapomniał o wierzbie, — bo któż to spamięta? I tanecznie wędrował od sali do sali I czuł, że tchom dziewczęcym brak jakichś korali, I że coś powierzbnego w duszy mu się żali. Aż oto strażnik bramny otrąbił po grodzie, Że wierzba uzdrowiona w cudnej bezprzeszkodzie Przyszła, by odtąd szumieć w królewskim ogrodzie. Król Asoka z pałacu wybiegł na spotkanie I wyciągnął ramiona i poglądał na nie, Że się tak wyciągnęły i tak niezachwianie. I przybyłej sam wskazał wcieleniem swej dłoni, Kędy ma się zielenić i w jakiej ustroni, — I spełniła to wszystko tak, jak mówił do niej. A w zwierciedle sadzawki aż do dna odbita Jaśniała, przeciw niebu w fali wniebowzbita, I szepnął król do siebie: „Tu niechaj rozkwita!” A po nocy, gdy księżyc jarami się bieli, I gdy wszystko posnęło i wszyscy posnęli, Ona wyszła podwójnie: z ziemi i z topieli. I biegła, pątnikując, po schodów marmurze W głąb nieznanych pałaców — ku górze, ku górze, Czyniąc kroki płochliwe, zwiewne i nieduże. Do królewskiej komnaty chciała się przedostać I wniosła do jej wnętrza niebyłą tam postać, A własnemu wzruszeniu nie mogła już sprostać. Ponad królem uśpionym tak długo — nie długo Szumiała, aby senną uczcić go posługą, I w pierś jego zieleni wlewała się strugą. Król się zbudził i spojrzał w pośpiesznej zadumie, I zgadnął, że go kocha, po szumie — po szumie, I uląkł się miłości, że jej nie zrozumie. I rzekł smutny: „Bacz na to, że kochasz daremnie, „W słońce tobie poglądać, nie we mnie — nie we mnie! „Jakimż darem twe dary, wierzbo, odwzajemnię? „Chcesz połowę królestwa, czy skarbu połowę? „Chcesz, bym ciebie na kwiatów pasował królowę? „Otom stał się ubogi i w miłość i w mowę.” A ona mu szepnęła w którymś okamgnieniu: — „Chcę, byś czasem znużony przystanął w mym cieniu „I gałąź moją swemu przychylił ramieniu. „Chcę, byś wierzył, że myślę o tobie i sobie, „I że nie bez miłości twe ogrody zdobię. „To — wszystko! — I byś pobyt dał mi na swym grobie.” I król rzekł: „Wierzbo, wierzbo, iść mi z tobą w pole! „Dolę twą, skoro trzeba, wraz z tobą przedolę, — „Stanie się, jako pragniesz! Spełnię twoją wolę. „Czuję szczęście, gdy duszę w twoją zieleń wyślę, „Do miłości podobne tak bardzo, tak ściśle, „Że jest samą miłością, skoro się zamyślę...” Król umilkł. Chwilę wzajem patrzyli w swe światy, Aż ona się z królewskiej wymknęła komnaty, Nieśmiało więc powłócząc swe zielone szaty. Król słyszał, jak radośnie w dół biegła po schodach, I jak potem się w nocnych pogrążyła chłodach, I jak potem szumiała w królewskich ogrodach.

Explore with AITake your curiosity a little further.

Reading settings