← Table of contents
Łąka

VII PURURAWA I URWASI

Reading edition

PURURAWA I URWASI.

Pururawa w godzinie, gdy słońce mgły krasi, Urzał nimfę wód przaśnych — Indjankę Urwasi. Wynurzyła dłoń z wody, a za dłonią — głowę, A niedługo — popierśną kibici połowę. Górowała rozbieżnej pierścieniami fali, Palcami zlekka pierśnych tykając korali. Purpurawa podpatrzył, jak nieśmiertelniało Jej obcisłe przywdziane powierzch ducha ciało. Pomiażdżyła mu serce miłości nagłota — Jął się skradać ku bogu ruchem snu i kota. Porwał ją w swe ramiona ku warg swych potrzebie. — „Ciebież tulę w objęciu? Odpowiedz, że ciebie!” Bożym wrzaskiem przeczyła rąk jego przemocy, Wyrywała się z ramion aż do późnej nocy! Ale on ją pod leśnym uciszył pagórem, Wtłoczył żywcem do wora i przewiązał sznurem. Jak złodziej, pomykając jarami po jarach, Powrócił do dom z worem wrzeszczącym na barach. Wiedział, co przyniósł w worze — a i poco — wiedział! Stał u progu zdyszany, — wór mu u nóg siedział. Świerszcz w chałupie skowronił, jaskólił i brzęczał, A on stał zadumany, a wór nagle klęczał. — „Wróć mi wolę ruczajną, wróć stawne bezczasy! „Więcej we mnie drga boga, niż dziewczęcej krasy.” — „Darmo pragniesz się z wora prośbą wyszeleścić! „Chcę boga, com go schwytał, raz w życiu popieścić!” — — „Cóż ci po tej pieszczocie, co rozkosz przekracza? „Cóż ci po tej rozkoszy, co w otchłań się stacza?” — „Niech się rozkosz odmieni aż nie do poznania, „Już ja nigdy swojego nie wściągnę kochania!” I wyłonił ją z wora na żądz swych bezdroża: — „Niemasz wokół nikogo, oprócz nas i łoża!” — „Oddam ci wniebowzbitą mych piersi urodę, „Warg mych odwilż różaną i ramion dogodę. „Jeno ukryj w pieszczocie nagość swego ciała, „Abym ludzkich upojeń ja — bóg — nie widziała!” — Pociemku barwił łoże we kwiaty i liście, W ciemnem łożu do niego polgnęła biodrzyście. Kształt jej wgarniał w objęcia, płonął w jej upale, A ustami wyławiał dwu piersi korale. — „Kiedyż ty mnie podpatrzysz, jako w ciebie dyszę?” — „Nigdy cię nie podpatrzę! Dość, że dech twój słyszę!” — „Czemuż nie chcesz oczyma wyjść szczęściu na drogę?” — „Pocóż jeszcze mam widzieć to, co kochać mogę?” — „Chciałbym w oczach twych odbić radość, co mózg mroczy!” — „Bądź-że mi niewidzialny, póki mam te oczy.” I czuł, w sobie zamilkły, że bogini ciało, Wieczyściejąc ku niemu, chętnie namdlewało. I namdlewał z niem razem rozkoszy bezsiłą, Aż namdlał w taki bezświat, że go już nie było. Nie było go na drogach, ni w ukryciu alej, Ani w nim, ni poza nim, ni bliżej, ni dalej! Wezbrany poza łoża miłosnego miedzą, Jeno poił się słodką o sobie niewiedzą. I tak uczył się nie być od nocy do świtu, Aż się zbudził przy gwiazdach — bywalec niebytu. I ujrzał, że bogini, rozkoszą opiła, W mrocznem łożu jaśnistym kształtem się ciemniła. — „Ciemnij się w moją miłość, rozum mi odbieraj, „Ale w moich objęciach nigdy nie umieraj!” — „Jeno tyle umieram, ile miłość każe. „A spłodzę tobie syna w mych bioder pożarze.” I spłodziła mu syna na polu, w południe, Kiedy zboże ku słońcu złoci się bezludnie. — „Bogom w oczy wsmucony jestem od spowicia, „A weseli się we mnie życie z poza życia. „Pójdźcie ze mną do lasu nieopodal gaju, „Pragnę zbadać twarz ojców, odbitą w ruczaju. „Jest tam skwar w macierzance i chłód w leśnym dzwońcu, „Spróbujemy we troje zanieistnieć w słońcu.” Poszli za nim do dziwnie ruczajnego lasu, Gdzie czas szumi wśród liści, a liście wśród czasu. Poszli w skwar macierzanki, rozpełzłej samotnie, I zabrnęli w chłód dzwońców — i już bezpowrotnie. Troje było ich w lesie: dwa i jedno ciało, Nikt nie wie, co się z nimi stało, lub nie stało.

Explore with AITake your curiosity a little further.

Reading settings