← Table of contents
Język Polski, 1920, nr 3 (maj/czerwiec)

Liberum veto choćby—w ortografji.

Reading edition

Do końcowego ustępu artykułu prof. Łosia pragniemy dodać i my pewne wyjaśnienia, by również nie narażać się na niezasłużone czy to pochwały czy nagany. A także czytelników »Języka polskiego« może oczywiście obchodzić rola zawodowej czystej nauki w stosowaniu jej do zagadnień praktycznych. Temat to z punktu widzenia społecznego bardzo zajmujący, gdyby go tylko było można traktować naukowo, tj. z wyłączeniem tych ludzi, niemających odpowiedniego [pg 18] naukowego przygotowania (niekoniecznie ściśle językoznawczego), którzy nie potrafią zapanować nad swemi uprzedzeniami i uczuciowemi odruchami. A dysputy z ludźmi tego właśnie rodzaju mogły juz naukowym zawodowcom gruntownie obrzydnąć. Dlatego to w »Języku polskim«, na razie przynajmniej, unikamy szczegółowych rozważań ortograficznych. Tym razem zaś występujemy we własnej obronie. W przeciwieństwie bowiem do zasad ortograficznych Akademji z r. 1891 zasady jej z r. 1918 zapadły naogół nie wbrew opinjom językoznawców; w szczegółach nieraz się oni nie godzili, ale rozumiejąc, że żadne dzieło społeczne nie może dojść do skutku bez wzajemnych ustępstw, poddali się uchwale, powziętej bądź co bądź na podstawie wniosków Komisji językowej przez przedstawicieli wszystkich polskich towarzystw naukowych i ważniejszych instytucyj szkolnych.

Dlatego to zdziwić nas musiało postąpienie: 1) Wydziału Towarzystwa dla popierania nauki polskiej we Lwowie, 2) prof. Kryńskiego. Tak bowiem lwowska instytucja jak i warszawski profesor założyli przeciw uchwałom Akademji swoje »liberum veto«, motywując je także względami naukowemi. Ponieważ z tego pośrednio ale zupełnie wyraźnie wynika, że większość ludzi, mianujących się zawodowymi językoznawcami, postąpiła w tym wypadku nienaukowo, uważamy za potrzebne pewne wyjaśnienia.

Wydział Towarzystwa dla popierania nauki polskiej—którego sprężyną był w tym wypadku, jak wiadomo, jego prezes, prof. Balzer—»na posiedzeniu z 13 marca 1918 uchwalił, mimo odmienne zapatrywanie na niektóre szczegóły, zastosować w wydawnictwach swoich punkty 2—17 prawideł Akademji, tj. wszystkie przez konferencję i Wydział filologiczny powzięte uchwały, z wyjątkiem punktu pierwszego«; uchwalił więc zatrzymać nadal pisownię Azya, Dania. Napozór wygląda to dość lojalnie: przyjęto punktów 16, odrzucono tylko jeden, i to z przyjęciem dla dopełniacza l. mn. akademickich form Indyj, parafij! Ale to tylko napozór: bo przecie spór toczył się właściwie tylko o 4 punkty (-ja, -ym, -em, rzekłszy, geograf), z których 3 rozstrzygnięte zostały przypadkiem po myśli prof. Balzera (zob. jego »Jeszcze o punktach spornych pisowni polskiej«, Lwów 1910). W rzeczywistości więc, gdzie uchwała była mu sympatyczna, przyjął ją, gdzie zaś zapadła wbrew jego życzeniom—zgłosił liberum veto; a trzeba jeszcze przypomnieć, że Towarzystwo dla popierania nauki polskiej było jedynem, co na konferencje krakowskie delegata swego nie przysłało, chociaż byli na nich nawet delegaci toruńskiego Towarzystwa naukowego mimo odległości i przeszkód paszportowych.

[pg 19]

Prof. Kryński wydał świeżo książkę p. t. »Jak nie należy mówić i pisać po polsku« (Warszawa 1920), gdzie osobny rozdział V (str. 290—311) poświęcony jest pisowni, oczywiście przedewszystkiem pisaniu tych czterech punktów, które w całości lub w części wypadły wbrew jego życzeniom. Gdy więc lwowskie Towarzystwo zaprotestowało przeciw »jocie«, warszawski profesor protestuje przeciw rozróżnianiu -ym, -em, przeciw zjadłszy, przeciw geografowi, nawet przeciw diagnozie. Gdyby Akademja oświadczyła się była za nierozróżnianiem rodzajów, za zjadszy i za gieografem, prof. Kryński byłby zadowolony, ale nie poddałby się prof. Balzer! W takim stanie rzeczy z góry niemożliwa była taka uchwała Akademji, któraby liberum veta nie wywołała.

Przyznać trzeba, że jest między temi dwoma postępkami pewna różnica. Towarzystwo lwowskie ogranicza się do swoich wydawnictw i to tylko »do czasu, dopokąd... prawidło... w rzeczywistości przez powszechną praktykę ortograficzną nie zostanie przyjęte«, czyli zapowiada, że gdy już nikt inaczej pisać nie będzie, to i ono się podda, ostatnie. Prof. Kryński natomiast, wydając książkę pod wymienionym tytułem, propaguje wprost nieuznawanie ogólnie narodowej zasady.

Wspólne jest im jedno: powoływanie się na zasady naukowe, przyczem jedynemi powagami naukowemi są: dla Towarzystwa dla popierania nauki polskiej R. Zawiliński5, dla prof. Kryńskiego on sam. Wobec tego, nie wchodząc nawet w szczegóły, podnosimy, że chyba i my mamy prawo żądać, by nas w zakresie językoznawstwa uważano za ludzi nauki, nie gorszych od dwu wymienionych i od znakomitego... historyka prawa, prof. Balzera. Toteż protestujemy przeciw narzucaniu szerszej publiczności twierdzeń, jakoby »z najpoważniejszej, fachowej strony stwierdzono, że do uchwalenia nowego prawidła doszło skutkiem przeoczenia« jakiejś naukowej »zasady«, lub jakoby prawidła te »nie odpowiadały dzisiejszym wymaganiom i zasadom naukowym«. W zgodzie z nami będzie zapewno jeszcze kilku innych językoznawców pozakrakowskich, między innymi prof. Baudouin de Courtenay, jedyny, który zasadniczo zajmował się sprawą stosunku języka mówionego do pisanego i który o tem, ze szczególnem uwzględnieniem języka polskiego, osobną przygotowuje książkę.

Każdy niemal (bo tylko z bardzo małemi, i to drobiazgowemi [pg 20] wyjątkami) pŗzytoczony argument podejmujemy się zbić właśnie naukowo. Sądząc jednak, że ortografja Akademji tym razem już się powszechnie przyjmie, tylko dla przykładu przytaczamy co następuje:

1. Niezgodnem z nauką jest twierdzenie, jakoby w typie biologja, diecezja »do pisowni jednakowych wartości dźwiękowych zastosowano równorzędnie dwie zgoła odmienne... zasady« (Tow. popier. nauki), jakoby pisownia przez i zgłosek początkowych była »niezgodna z żywą mową i sprzeciwiała się wprost naturze głosowni polskiej« (Kryński, str. 290). Przeciwnie, twierdzimy, że wartość dźwiękowa zgłosek przedakcentowych i poakcentowych jest właśnie w żywej mowie niejednakowa i że uchwalona pisownia zgodna jest z naturą głosowni polskiej. Wymienione rozróżnianie uważamy za poważny krok w uzgodnieniu naszej ortografji z nauką, za wyrwanie z jednego czy drugiego szablonu (biologia czy bjologja).

2. Rozróżnianiu końcówek zaimkowo-przymiotnikowych -ym, -em i -ymi, -emi byliśmy osobiście przeciwni, jako nieuzasadnionemu ani historją ani dzisiejszą wymową. Nie byliśmy jednak głusi na inne okoliczności: na ogólny niewątpliwy fakt odmiennego nieraz rozwoju języka pisanego a mówionego i na ten szczegółowy, że tyloletnia wytrwała propaganda prof. Kryńskiego, zdoławszy tyle zrobić dla zwycięstwa »joty«, przeważnej, bardzo przeważnej części »jotaków« nie potrafiła zjednać dla nierozróżniania tych końcówek. Nie będąc znawcami pierwotnych języków amerykańskich, wierzymy prof. Kryńskiemu, że »żaden z nich nie ma podobnego rozróżniania«, ale sądzimy, że argument to zupełnie obojętny: przecież każdy język oprócz wspólnych z innemi ma także swoje odrębne znamiona. I rzeczywiście nie możemy pojąć, czego tu chcą języki czerwonoskórych: gdzie Rzym, gdzie Krym...? Z tego powodu, nie będąc zwolennikami tego rozróżniania, nie uważamy go jednak wcale za jakiś naukowy skandal. Do pewnego stopnia może nawet z naukowego punktu widzenia dobrze się stało, że ta zasada przeszła. Bo przy tej sposobności udało nam się przekonać uchwalających, że jedynem możliwem w l. mn. rozróżnianiem jest rozdział na formy męskoosobowe i nie-męskoosobowe: dobrymi ludźmi ale dobremi końmi, stołami, kobietami. Takie rozróżnianie, od dawna popierane przez prof. Baudouina de Courtenay, może przecie złamie ten bezmyślnie w podręcznikach gramatycznych szerzony fałsz, jakoby dzisiejszy język polski miał w liczbie mnogiej te same trzy rodzaje co w liczbie pojedynczej; będzie to o wiele większem uświadomieniem naukowem całego narodu niż jest jego zaciemnieniem zbyteczne rozróżnianie -ym, -em w liczbie pojedynczej

3. W sprawie zjadłszy byliśmy obojętni, ale zgodziliśmy się na [pg 21] niehistoryczne ł, widząc, że większość jest za niem, a u wielu Polaków napewno skojarzyło się już ono z imiesłowem zjadł i przez to nabrało rzeczywistej wartości psychicznej. Godzimy się (Kryński, str. 306), że »nauczycielowi wypadnie powiedzieć otwarcie, że to ł wtrącono... wskutek błędnego pojmowania tworzenia się form tego imiesłowu«, ale nie godzimy się, żeby »pouczanie takie dzisiaj wobec wiedzy językoznawczej żadną miarą nie uchodziło«. Naszem zdaniem, zapewne nie mniej naukowem niż zdanie prof. Kryńskiego, najzupełniej ono uchodzi, jest nawet dobrym przykładem na nie, rzadkie w języku powstawanie form historycznie fałszywych, a jednak faktycznie istniejących. Niezupełnie godzimy się też na rymowe dowody autora (str. 307), bo jeśli poeci rymowali stale: usiadłszy—patrzy, to rymowali również: popadł—listopad (już Potocki) mimo że w popadł ł jest historycznie uzasadnione.

I t. p., i t. p.!

Jeszcze jedna sprawa, zupełnie podrzędna, a jednak wielu dra-żniąca: kwestja dzielenia wyrazów. Tutaj co do jedynego punktu spornego: dzielenia grup spółgłoskowych, byliśmy za zupełnem zostawieniem swobody. Skoro jednak tak wszyscy uczestnicy ankiety, jak i wszystkie głosy publiczne, które się tem zajmowały, były za ścisłem ustaleniem, Komisja językowa wystąpiła z projektem dzielenia według natury spółgłosek; por. wyżej, str. 74, litera c). Natomiast Wydział filologiczny uznał jako zasadę dzielenia wzgląd na to, czy od pewnej grupy spółgłosek może się czy nie może zaczynać wyraz; por. wyżej str. 72, a) b). Gdy przyszło do szczegółowego wykonania, okazało się, że według tej zasady niemożna nigdy być pewnym, jak należy dzielić (chyba że się kto wyuczy 34 wyjątków!), dlatego też prof. Łoś w »Pisowni polskiej ustalonej« (wydania 2. str. 26—8) obok reguły uchwalonej podał też wymienioną fonetyczną (według natury spółgłosek). Ze system uchwalony był w praktyce niemożliwy, to stwierdził też bezwzględnie najlepszy w Polsce znawca praktycznej ortografji, dyrektor A. Passendorfer, pisząc w »Poradniku językowym« (luty—marzec 1920, str. 30): »Jestem także pewny, że młodziuchny [tak go słusznie nazywa, zob. niżej] »obowiązujący« system dzielenia wyrazów ustąpi wkrótce miejsca drugiemu systemowi, opartemu na właściwościach spółgłosek«. Mimo to, umieszczenie przez prof. Łosia, nie bez naszej rady, tego systemu obok uchwalonego wywołało na posiedzeniach Komisji języka polskiego i Wydziału filologicznego protest jednego członka, który zakończył się pozostawieniem systemu uchwalonego ale w formie podanej w poprzednim artykule, wcale nie łatwiejszej, jednak istotnie trochę możliwszej i zostawiającej mniej pola dowolności.

[pg 22]

Argumenty zwolenników uchwały były dwa: 1) że ludzie nie potrafią się nauczyć, które spółgłoski są zwarte, 2) że niema potrzeby zarzucać »starego« systemu, obowiązującego lat tyle. Nas one najzupełniej nie przekonały z następujących powodów: 1) Prosimy porównać, co jest trudniejsze: wyuczenie się szeregów p b, t d, k g i c dz, ć dź, cz dż, czy tez tabelki, podanej wyżej na str. 80—1. Nasz system miał też tę zaletę, że łączył dzielenie z niezbędną w gramatyce szkolnej (jeżeli się jej ma wogóle uczyć) a bardzo łatwą do nabycia znajomością sposobu i miejsca tworzenia w jamie ustnej spółgłosek. Obok rozróżniania die(ce)· od ·zja i rozróżniania w l. mn. końcówek -ymi, -emi nie według rodzajów l. p., ale według rodzajów męskoosobowego i niemęskoosobowego uważaliśmy ten punkt za istotny naukowo-praktyczny postęp nowej ortografji. 2) Zasada dzielenia według tego, czy od jakiejś grupy spółgłosek może się zaczynać wyraz, jest ze stanowiska Akademji też zupełnie nową, bo w jej »Uchwałach z 31 października 189l« na str. 21—3, gdzie mowa o rozdzielaniu, o systemie takim niema ani słowa!

Pozostajemy więc przy twierdzeniu, że z dwu proponowanych nowych systemów przyjęto i trudniejszy i niedający się ściśle przeprowadzić. Przyczyną tego nieszczęśliwego wyboru był w znacznej mierze brak podstawowego wykształcenia językowego u ogółu filologów, historyków literatury i sztuki i t. p., a co za tem idzie, także pewna do językoznawców nieufność. Nie łudzimy się, by to prędko ustało, ale dążenie do tego jest jednym z celów wydawania przez nas »Języka polskiego«.

Chociaż jednak uważamy uchwaloną zasadę naukowo za gorszą i trudniejszą, to jednak bynajmniej nie mamy zamiaru... warcholić. Uważamy, że liberum veto a nawet votum separatum zachować należy tylko dla spraw naprawdę bardzo zasadniczych, w ortografji zaś stroną zasadniczą napewno nie jest ani jej naukowość, ani nawet łatwość, ale przedewszystkiem jej powszechność, a co za tem idzie, ogólnonarodowa jednolitość. Nie wierzymy zaś, by ten cel dał się przeprowadzić inną drogą, niż ta, która doprowadziła do uchwał, ogłoszonych przez Akademję.

Kazimierz Nitsch, Jan Rozwadowski.

Notes in this chapter

Explore with AITake your curiosity a little further.

Reading settings