← Table of contents
Łąka

VIII NOC BEZSENNA

Reading edition

NOC BEZSENNA.

Świeci woda o północy, Księżyc okna przewiał wskroś. Pełen mocy i niemocy Księżyc okna przewiał wskroś. Bezimienne i ponure Idą ku mnie poprzez chmurę: Mrok — po pierwsze, blask — po wtóre, A po trzecie — jeszcze ktoś. Gdy tak słucham przyczajony, Ktoś zapukał raz i raz, W moje wrota z tamtej strony Ktoś zapukał raz i raz. Kto tam puka w moje wrota? — „To — my: Wicher i Tęsknota, „I ja — Ciemność z popod płota, „Otwórz prędzej, bo już czas!” Otworzyłem w imię Boga — Wszystko troje wbiegło snać! Tętni pułap i podłoga: Wszystko troje wbiegło snać! I zdobywszy łoże moje, Co zna nocne niepokoje, Wszystko troje, wszystko troje Legło rzędem, aby spać. — „Razem z tobą będziem spali „W jednem łożu za pan brat. „Niech się przyśni sznur korali „W jednem łożu za pan brat.” — Wicher przez sen w bok się miota, Jęczy Ciemność z popod płota, I przeciąga się Tęsknota, Ziewająca w cały świat!

***

Tam na obczyźnie, gdy próżni ostoję Noc wiekuista w bezgraniczach da mi, Pójdę, zbłąkany pomiędzy śmierciami, A cobądź spotkam — to nie będzie moje. Pełen niczyjej ciemności i zgrozy, Samemu sobie obcą będę marą, — Z jakążbym wówczas miłością i wiarą Modlił się choćby do obrazu brzozy! Jakżebym spłonął łzą szczęścia gorącą, Gdybym znienacka wśród mroków bezczynu Natrafił dłonią, Boga szukającą, Na gniazdo ptasie lub kwiaty jaśminu.

W PRZEDDZIEŃ SWEGO ZMARTWYCHWSTANIA.

W przeddzień swego zmartwychwstania, w przeddzień żywota, Bóg, leżąc w mogile, żmudne liczy chwile. A przykuła go do ziemi ciała ciężkota. Śmierć mu w oczy wieje, a on samotnieje. I śni mu się nawprost lica Betleemska błyskawica I żłób i siano. I śni mu się brzeg jeziora ozieleniały, A smuga od łodzi po jeziorze chodzi, I śnią mu się owe gaje, co tak szumiały, Choć gajom boleśnie być marami we śnie! A to wzgórze, to oliwne, We wspomnieniu takie dziwne, Takie dalekie! I śnią mu się nasze twarze, niby niczyje, Ręce nasze krwawe i lewe i prawe, — I to życie, co po śmierci nie wie, gdzie żyje, Jeno szuka siebie po własnym pogrzebie. Mówmy wobec jego zgonu To, co mówi dzwon do dzwonu Późnym wieczorem. Nie zakłóćmy snu bożego, bożej niemoty! Któż Boga obudzi pierwszy z pośród ludzi? Kto rozepnie w jego cieniu swoje namioty? Cień się jego szerzy w bezbrzeż po bezbrzeży, A my stójmy zwarłem kołem I śnijmy się Bogu społem, Póki czas jeszcze.

***

W kraju bardzo dalekim, smucąc się ku wiośnie, Tak synowie swym ojcom mówią bezlitośnie: — „O, jakże wy bezradni! O, jakże wy starzy! Już nie chcemy w chałupach widzieć waszych twarzy, Już zabrakło nam lichej szczęścia odrobiny, By się z wami podzielić z nadejściem godziny. I łez w oczach nam zbrakło, ażeby ich solą Zaprawić czczość tych bólów, co wiedzą, że bolą. Już nas nie stać na smutek, co się w nas zapodział! Oto skończył się smutku, łez i szczęścia podział, Nożem sami przetnijcie nić swego żywota Tak, byśmy nie widzieli, jak śmierć wami miotał!” Dzisiaj, gdym w blasku świecy nawprost ciebie siedział, Wzrok mój, nagle zlękniony, to samo powiedział.

***

Pociemku, pociemku łkasz, Bezradność twych łez rozumiem! Schorzałą śmiertelnie twarz Radośnie całować umiem. Do końca nie zbraknie mąk, Do końca wystarczy mocy! Zmarniałych, zmarniałych rąk Potrafię pożądać w nocy! Oględnie z rozkoszy mdlej Tą piersią, co z trudem dyszy! Do śmierci, do śmierci twej Wraz z tobą nawykam w ciszy.

WARKOCZ.

Znowu nędza do ucha nam śpiewa, I tej śpiewki słuchamy bezradnie. W piecu reszta dopala się drzewa, — A co jutro uczynić wypadnie? Mówię do cię z koślawym uśmiechem: — „Mam ja trąby, fujary, organy, „Śpiewak ze mnie, co kupczy swem echem, — „Gdzież mam echu ustawić stragany?” Z bezmyślnego wyrazem skupienia Dzieci nasze w nas patrzą ciekawie. Ty mi ruchem wskazujesz ramienia Bose nogi, zwieszone na ławie. Ból się skrzętny w twych wargach trzepocze, Aż myśl zbawcza w tym bólu urasta: — „Wiem, co zrobię! Obetnę warkocze „I na sprzedaż poniosę do miasta! „Głód je codzień przepala zarzewiem, „Codzień wiotsze i wartość już tracą. „Tak mi smutno i straszno, bo nie wiem, „Ile ludzie za warkocz zapłacą?”

ŚNIEG.

Pamiętam ów ruchliwie rozbłyskany szron I śniegu ociężałe w gałęziach nawiesie, I jego nieustanny z drzew na ziemię zron, I uczucie, że w słońcu razem z śniegiem skrzę się. A on ciągle narastał tu w kopiec, tam — w stos, I drzewom białych czupryn coraz to dokładał, Ślepił oczy i łechtał podbródek i nos, I fruwał — i tkwił w próżni — i bujał i padał. I pamiętam ów niski, wpół zapadły dom I za szybami włóczek różnobarwne wzory. Kto tam mieszkał? Pytanie — czy człowiek, czy gnom? Byłem dzieckiem. Śnieg bielą zasnuwał przestwory. Dotknąłem dłonią szyby, mimo strachu mąk, I uczułem ślad hojny, niby czarów zbytek. Tą dłonią dotykałem mych sprzętów i ksiąg I niańki, by ją oddać na baśni użytek... Serce marło, gdym w dłoni unosił ten ślad W ciszę śniegu, co, prósząc, weselił się w niebie. Śnieg ustał — i minęło odtąd tyle lat, Ile trzeba, by ślady zatracić do siebie. Jakże pragnąłbym dzisiaj, gdy swe bóle znam, Stać, jak wówczas, przed domu wpół zapadłą bramą I widzieć, jak śnieg ziemię obiela ten sam, Śnieg, co fruwa i buja i pada tak samo. Z jakimż płaczem-bym zajrzał — niepoprawny śniarz — Do szyby, by swą młodość odgrzebać w jej szronie, — Z jakąż mocą-bym tulił uznojoną twarz W te dawne, com je stracił, w te dziecięce dłonie!

Explore with AITake your curiosity a little further.

Reading settings