V PIEŚNI KALEKUJĄCE
Reading edition
ZALOTY.
Nędzarz bez nóg, do wózka na żmudne rozpędy Przytwierdzony, jak zielsko do ruchomej grzędy, Zgroza bladych przechodniów i ulic zakała, Obsługując starannie brzemię swego ciała, Kręci korbę, jakgdyby na lirze w czas słoty Wygrywał swoje skoczne ku niebu turkoty, — I nad brzegiem urwistym tęczowych rynsztoków Toczy się wraz z odbiciem zmydlonych obłoków, Toczy się bałamutnie do dziewki z podwórza, Do przystani stóp bosych — i ducha wynurza Z łachmanów i wyciąga paździory swych dłoni Ku jej zębom śnieżystym i tak mówi do niej: — „Kocham strzęp twojej błotem zbryzganej spódnicy Kocham głośny twój oddech! Na całej ulicy Ty jedynie mym ustom bywasz tak potrzebna! Wiem, że moja tęsknota, niby szkapa źrebna, Wlekąc mię, wyda na świat płód nowych udręczeń. W tem mój tryumf, że jestem niestrudzony klęczeń Twej krasy! Kochaj-że mnie! Nuże do pieszczoty! Potwór błaga cię o nią! Przyjm moje zaloty! Wnijdź naga i bezwstydna w mej nędzy bezdomność I tak pieść, by wargami pożreć mą ułomność!” Ona mu się broni, A on mówi do niej: — „Wszak musi ktoś pokochać to, co już się stało, — I ten wózek męczeński i korbę zbolałą, I żądzę w resztkach cielska, jak w zgliszczach, poczętą, I ten ochłap człowieka, co chce być przynętą! Odsłoń czar w mej brzydocie! Znijdź z wyżyn do karła! Bądź posłuszna mym dłoniom, jak ślepa lub zmarła! Zdołam być nieodparty, jako grzech i zguba, I potrafię wysiłkiem zmyślnego kadłuba Zdobyć się na pieszczoty słodkie, jak czereśnie, Których dotąd nikt nigdy nie oglądał we śnie!” Ona mu się broni, A on mówi do niej: — „Małoż ci pół człowieka, by stał się twym skarbem? Chcę być drogą ci raną, wiernym tobie garbem! Czyż próżni, którą nóg mych nieobecność tworzy, Nie zapełni ból, miłość, ni jęk mych bezdroży? Śmiech mię bierze! O, gdybym ziemię nieobjętą Mógł uderzyć raz w życiu zdrową, silną piętą I widzieć, jak zdeptana pod stopą wygląda! Śpieszno mi w nieskończoność! Wiem, że mnie pożąda I bez wstrętu spożyje me łachy i żale. Są gdzieś dłonie mi chętne i usta — korale, Co od głów się przesuną w pieszczocie ochoczej Aż do stóp, których niema! Niech wóz się potoczy Na przełaj — tam, gdzie właśnie ode mnie zdaleka Ktokolwiek, zwierz lub robak, na mą miłość czeka!” Ona mu się broni, A on w zaświat stroni, Ona go swoim czarem do bólu zachęca, A on patrzy, nie patrząc, i korbę pokręca I odjeżdża — odjeżdża — gdziekolwiek — pośpiesznie, Turkocząc i furkocząc niezgrabnie i śmiesznie, Odjeżdża, kalekując, w poszukiwań znoje, W kraje przygód miłosnych, w wieczne niepokoje.
SZEWCZYK.
W mgłach daleczeje sierp księżyca. Zatkwiony ostrzem w czub komina, Latarnia się na palcach wspina W mrok, gdzie już kończy się ulica. Obłędny szewczyk — kuternoga Szyje, wpatrzony w zmór odmęty, Buty na miarę stopy Boga, Co mu na imię — Nieobjęty! Błogosławiony trud, Z którego twórczej mocy Powstaje taki but Wśród takiej srebrnej nocy! Boże obłoków, Boże rosy, Naści z mej dłoni dar obfity, Abyś nie chadzał w niebie bosy I stóp nie ranił o błękity! Niech duchy, paląc gwiazd pochodnie, Powiedzą kiedyś w chmur powodzi, Że tam, gdzie na świat szewc przychodzi, Bóg przyobuty bywa godnie! Błogosławiony trud, Z którego twórczej mocy Powstaje taki but Wśród takiej srebrnej nocy! Dałeś mi, Boże, kęs istnienia, Co mi na całą starczy drogę, — Przebacz, że wpośród nędzy cienia Nic ci, prócz butów, dać nie mogę. W szyciu nic niema, oprócz szycia, Więc szyjmy, póki starczy siły! W życiu nic niema, oprócz życia, Więc żyjmy aż po kres mogiły! Błogosławiony trud, Z którego twórczej mocy Powstaje taki but Wśród takiej srebrnej nocy!
GARBUS.
Mrze garbus dosyć korzystnie: W pogodę i w babie lato. Garbaty żywot miał istnie, I śmierć ma istnie garbatą. Mrze w drodze, w mgieł upowiciu Jakby baśń trudną rozstrzygał, A nic nie robił w tem życiu, Jeno garb dźwigał i dźwigał. Tym garbem żebrał i tańczył, Tym garbem dumał i roił, Do snu na plecach go niańczył, Krwią własną karmił i poił. A teraz śmierć sobie skarbi, W jej mrok wydłużył już szyję, Jeno garb jeszcze się garbi, Pokątnie żyje i tyje. Przeżył swojego wielbłąda O równą swej tuszy chwilę, Nieboszczyk ciemność ogląda, A on — te w słońcu motyle. I do zmarłego dźwigacza Powiada, grożąc swą kłodą: — „Co ten twój upór oznacza, „Żeś wpoprzek legł mi przegrodą? „Czyś w mgle potracił kolana? „Czyś snem pomiażdżył swe nogi? „Po coś mię brał na barana, „By zgubić drogę w pół drogi? „Czemuś łbem utkwił na cieniu? „Z trudem w twych barach się mieszczę! „Ciekawym, wieczysty leniu. „Dokąd poniesiesz mnie jeszcze?”
RĘKA.
Podczas, gdy ciało w mękach żebraczego postu Kurczyło się, jak ochłap wyschłego moczaru, Ręka ma w samowolnym obłędzie rozrostu Wszerz i wzwyż potworniała od żądzy bezmiaru. Wypaczona od skwarów i pusta, jak dzieża, Miażdżąc stawów hamulce, rosła mi i rosła, Czując radość zawczasu ciosanego wiosła, Co już w samym zapłodku śni morskie bezbrzeża! Ręko, nadmierna Ręko, W pięść modlitewną się złóż! Męko, nadmierna Męko, Zmalej i skurcz się i znuż! My, co mamy dłoń większą nad zamiar człowieka, Pośpieszniej się od niego lub od niej oddalmy! Jakże znikąd przyszliśmy i jakże zdaleka, Że dłoń nasza w świat rzuca nieludzki cień palmy! Sen unika jej w nocy, ptak płoszy się we dnie, Pierś dziewczęca nie spocznie w jej chwytnej ustroni! Przechodzień na jej widok wzdraga się i blednie, Bo nie starczy jałmużny dla tak wielkiej dłoni! Ręko, nadmierna Ręko, W pięść modlitewną się złóż! Męko, nadmierna Męko, Zmalej i skurcz się i znuż! Przekroczyła mych kości zbolałe granice, Przerosła moją duszę, sumienie i łoże, I lękam się, że skoro ukryję w niej lice, Nigdy już ich na światy nie wyłonię boże! A gdy nią się przeżegnam — przesadny znak krzyża, Obłąkany rozpędem zbytniego ogromu, Źdźbłem zaledwo się garnie do mego pobliża, A resztą — pierzcha w mroki, nieznane nikomu! Ręko, nadmierna Ręko, W pięść modlitewną się złóż! Męko, nadmierna Męko, Zmalej i skurcz się i znuż!
ŻOŁNIERZ.
Wrócił żołnierz na wiosnę z wojennej wyprawy, Ale bardzo niemrawy i bardzo koślawy. Kula go tak schłostała po nogach i bokach, Że nie mógł iść inaczej, jak tylko w poskokach. Stał się smutku wesołkiem, skoczkiem swej niedoli. Śmieszył ludzi tym bólem, co, tak skacząc, boli. Śmieszył skargi hołubcem i żalu wyrwasem I żmudnego cierpienia nagłym wywijasem. Zwlókł się do swej chałupy: — „Idź precz popod płoty, „Niepotrzebny nam skoczek w polu do roboty!” Pobiegł do swego kuma, co w kościele dzwonił, Lecz ten nie chciał go poznać i kijem postronił. Podreptał do kochanki, a ta się zaśmiała Ramionami, biodrami, wszystką mocą ciała! — „Z takim w łożu drygałą mam tańczyć do śmierci? „Ciała ledwo ćwierć miary, a skoków — trzy ćwierci! „Ani myślę ci dotrwać w takim niedopląsie! „Ani myślę wargami sypiać na twym wąsie! „Zanadtoś mi wyskoczny do nieba na przełaj! „Idź-że sobie gdziekolwiek i nie klnij i nie łaj!” Więc poszedł do figury, co stała przy drodze: — „Chryste, nawskroś sosnowy, a zamyśl się srodze! „Nie wiem, czyja cię ręka ciosała wyśmiewna, „Lecz to wiem, że skąpiła urody i drewna. „Masz kalekie kolana i kalekie nogi, „Pewno skaczesz, miast chodzić, unikając drogi? „Taki z ciebie chudzina, takie nic z obłoków, „Że mi będziesz dobranym towarzyszem skoków.” Chrystus, słysząc te słowa, zsunął się na ziemię, Ów, co Boga wyciosał, bity bywał w ciemię! Obie ręce miał lewe, obie nogi — prawe, Sosnowemi stopami podziurawił trawę. „Marna ze mnie sośnina, lecz piechur nie marny, „Przejdę wieczność piechtami, chociażem niezdarny. „Pójdziemy nierozłącznie, bo wspólna nam droga, „Będzie nieco człowieka, będzie nieco Boga. „Podzielimy się męką — podzielnać jest męka! — „Wszak ta sama nas ludzka skoślawiła ręka. „Tobie trocha śmieszności, mnie śmieszności trocha, „Kto się pierwszy zaśmieje — ten pierwszy pokocha. „Ty podeprzesz mię ciałem, ja ciebie sośniną, „A co ma się nam zdarzyć, niech się zdarzy ino!” I wzięli się za ręce i poszli niezwłocznie, Wadząc nogą o nogę śmiesznie i poskocznie. I szli godzin wieczystych niewiadomo ile, Gdzież bo owe zegary, co wybrzmią te chwile? Mijały dnie i noce, którym mijać chce się, I mijało bezpole, bezkrzewie, bezlesie. I nastała wichura i ciemność bez końca I straszna nieobecność wszelakiego słońca. Kto tam z nocy na północ w burzę i zawieję Tak bardzo człowieczeje i tak bożyścieje? To dwa boże kulawce, dwa rzewne cudaki Kuleją byle jako w świat nie byle jaki! Jeden idzie w weselu, drugi w bezżałobie, A obydwaj nawzajem zakochani w sobie. Kulał Bóg, kulał człowiek, a żaden — za mało, Nikt się nigdy nie dowie, co w nich tak kulało? Skakali jako trzeba i jako nie trzeba, Aż wreszcie doskoczyli do samego nieba!