V.
Reading edition
Wartko wóz toczą parskające konie, Mijają bory, i mostki, i błonie, Cała drużyna siedzi zadumana. Wesołość tylko nie opuszcza Jana: Bo radość w sercu utajoną żywi, Że dwie rodziny wrychle uszczęśliwi. Przydrożne lipy długie ścielą cienie, Gore nad lasem niebieskie sklepienie, I rzeźwą wonią tchnie wieczór pogodny. Jest blizko drogi gościniec wygodny, Tam każą stanąć, bo choć wioska blizka, Jednak ją dzielą zarosłe stawiska. Przeto, nim wokół jadący okrąży, Pieszy ścieżkami trzykroć pierwej zdąży. Idą więc wszyscy ścieżkami wesoło, A wóz pył wznosi, okrążając koło. Dziwnie Haliny twarz się uwesela, Swawolna, więcej mówić się ośmiela. Przebyli kładki i zaczepne[21] krzewy; Z błoni pastusze ozwały się śpiewy, Które jej bardzo do serca trafiły: Tak na weselu nucił Wiesław miły. A Jan uważnie pogląda w jej lica, Czy jej nie będzie znaną okolica. Wtem uroczyście od kościelnej wieży Dzwon na modlitwę głos po rosie szerzy Pobożnie wszyscy padli na kolana; A twarz Haliny, od zorzy oblana, Podobną była do twarzy anioła— Ale tęsknocie wytrzymać nie zdoła, Do dziwnych marzeń głos dzwonka ją skłonił, I słodki smutek kilka łez wyronił. A idąc dalej, na wzgórku stanęli; Już tylko wioskę jedno błonie dzieli, Z którego, krzycząc, swawolne pachołki Spędzają na most i krówki i wołki. Skrzypią z ról czarnych wracające pługi, A cała wioska, jako ogród długi, W kwitnących sadach nizkie strzechy kryje, Z których dym kręty ku niebu się wije. A stary kościół z blaszanymi szczyty Ponad wsią błyszczy, lipami zakryty. Wieża, z której dzwon o milę donosi, Już pogrzeb piątym pokoleniom głosi. Gdy tak na wszystkie poglądają strony, Jan się zapytał, na laskę schylony: »Jak ci się zdaje to nasze siedlisko? Chata Wiesława już tu bardzo blizko«. Ale Halina w jedną patrzy stronę; Bijące łono, usta otworzone Poznać dawały wielkie zadumienie, Błogie się w serce cisnęło wspomnienie. Nie mogła mówić, bo w takowym stanie Każdy jej oddech zajmowało łkanie. Dalej przy miedzy, naprzeciwko chaty Stoi krzyż Pański, pochylony z laty, Wokoło wierzby i zielona trawka; Tam wiejskich dzieci niedzielna zabawka. Tu już Halina pada na kolana, W dłonie uderza i mówi do Jana: »Mocny mój Boże! toż moja rodzina! Gdzie moja matka, gdzie matka jedyna? Jeśli już w grobie, na grób jej pójść muszę, Stęsknioną do niej niech wypłaczę duszę! Tu się bawiłam, tu zbierałam kwiaty, Ale nie widzę rodzicielskiej chaty: Bo tu inaczej wszystko dawniej stało, Nie tak, jak mi się w pamięci zjawiało«. Tu Jan o ziemię kij i czapkę rzucił, Klęknął i pod krzyż łzawe oko zwrócił. »Tu najprzód, rzecze, na kolana padaj, Tu już nie pytaj, ale dzięki składaj! Widzisz tę ziemię, jak jest wydeptana? Twoja to matka, matka żałowana, W modłach za tobą tak ją wyklęczała; Bóg nas doświadcza, Bogu zawsze chwała! Bóg litościwy i ciebie ratował, I ojców twoich przy zdrowiu zachował; Wzmogli się znowu po niszczącym boju, Z sierotą dzielą owoce pokoju. Chatkę i córkę stracili w potrzebie, Dziś w nowej chacie uściskają ciebie«. Klękła Halina, Wiesław za Haliną, A zamiast modłów łzy im z oczu płyną; Łzy, które czystsze od rosy wyleli, Które, jak perły, liczyli anieli; A kiedy wstała, już uczuć nie kryje, Ściska Wiesława i Jana za szyje. Weszli w podwórko, lecz ojców nie było. Patrzy Halina, co się, odmieniło. Spokojnie ojców od pola czekali, Aby Halinie wypoczynek dali. Już też Stanisław idzie z łąki z kosą, Idzie i żona, konicz krówkom niosą; Najprzód z bławatem szła Bronika mała, Gości w podwórku ojcom wskazywała. Chciał Jan, by Wiesław naprzeciw pośpieszył, Aby wprzód matkę szczęśliwą ucieszył. Jak się witała rodzina złączona, Jedno drugiemu oddając do łona; Jakie pytania, dzięki, odpowiedzi, Jako się zbiegli ciekawi sąsiedzi; Jako Bronika starszą siostrę ściska, Nie znając straty, a czując, co zyska— Tego wam, moi mili towarzysze, Jakobym pragnął, nigdy nie opiszę! Na tem więc kończę, bo wy, co czujecie, Lepiej to sobie w sercu opowiecie.